czwartek, 16 czerwca 2011

Podwórko i moja przyjaźń z Marychną.


Podwórko -  miejsce gdzie bawię się godzinami, gdy tylko nie pada deszcz. Jest to ok 5-6 godzin dziennie. Czasami zmieniamy plac zabaw, ale zdecydowanie najczęściej siedzimy koło bloku babci Ani. Tam jest fajnie, a do tego gdy świeci słońce można znaleźć trochę cienia. Chyba z tego względu jest to jedno z bardziej jak nie najbardziej obleganych placów zabaw w naszej okolicy. Dlatego popołudniu można tu znaleźć najwięcej dzieciaków. Są duże dziewczyny, duzi chłopcy (którzy najczęściej przemieszczają się między swoimi kryjówkami mierząc do siebie z zabawkowych pistoletów) i jesteśmy my - MALUCHY. U nas przekrój wiekowy jest dość szeroki 1,5 roku do 5 lat. Zdecydowanie najwięcej jest dwulatków, a przewaga liczebna leży po stronie dziewczyn. W piaskownicy są: stali bywalcy, rzadcy i zupełnie obcy. Dwie pierwsze grupy znam, a sama zaliczam się do pierwszej, razem z moją Marychną. Na tym naszym placyku nie ma zbyt dużo stałych zabawek. Znajduje się tam piaskownica, ogromna plastikowa rura od której odchodzi 5 zjeżdżalni, a wchodzi się do nich po drabince, a ostatnio w zamian za nieco zniszczony ruchomy mostek został zamontowany samochód na sprężynie.
Teoretycznie ta ostatnia zabawka jest pojedyncza, ale przy naszych gabarytach możemy jeździć nim razem. Dokąd jeździmy??:
- Aaaaaa.......- rozlega się krzyk Marysi, a ja jadę autkiem i nie chcę jej wpuścić
- Maja uderzysz Marysię, przestań!! - wkracza moja mama
- Nie, ja sama. - mama zdziwiona bo do tej pory jeździłyśmy razem
- Czemu nie chcesz z Marysią??
- Bo ona gada i jest głośno.....- mama jeszcze bardziej zdziwiona
- Czemu nie może być głośno??
- Bo w kościele trzeba być cicho, a ona jest głośno. - odpowiadam rozgoryczona
- A gdzie ty jedziesz Maju??
- Do kościoła.
Mama próbowała wytłumaczyć Mani, że w kościele trzeba być cicho (a mi że przecież to tak na niby i Mania może trochę gadać). Po jakimś czasie Marysia wsiada do autka i woła:
- Maja chodź, jedziemy do kościoła!!
Z Marychną to my się bardzo kochamy, jesteśmy przyjaciółki. Nie możemy bez siebie żyć. Smutno mi jest gdy Marysi nie ma i muszę bawić się sama, albo z innymi dziećmi. My się tak bardzo lubimy, że często się kłócimy. Gdy tylko słyszę, że Maryś nie pójdzie z nami na loda, albo ma iść domu za karę to ja płaczę (nawet nie płaczę gdy to ja mam nie dostać loda). Ona wtedy zdziwiona pyta "cemu Maja pace??.  Marychna jest zwinna i szybka. To od niej uczę się nowych sztuczek na trzepaku, nowych zjazdów ze zjeżdżalni (tyłem, głową w dół, bokiem itd...), dziwnego wchodzenia na drabinkę, dyndania na rurze, wchodzenia po zjeżdżalni itd... Mamom, aż dech zapiera gdy Marychna  wymyśli coś nowego. Ja jestem dumna z siebie jak uda mi się powtórzyć wyczyn mojej koleżanki. Czasami dorosłym się wydaje, że nie dam rady, bo jestem mała i starają mi się pomóc. Bywa, że wtedy się złoszczę. Gdy mi się coś uda to wołam
" mamo widziałaś??". No i z  Marychną możemy już pogadać bo ona się w końcu rozgadała. Doskonale wie, że nie lubię gdy wsiada do mojego wózka, pożycza moje buty lub czapkę. Ona chyba lubi jak ja się denerwuję, a ja czasami się denerwuję bardzo poważnie, a czasami żeby jej zrobić przyjemność (tylko nikt nie wie jak ja się zdenerwuję):
- Patz Maja, siedzę w twoim józku!!
- Aaaaa to mój wózek!! (...)

- Maja ładnie mi w kapelusu?? - mierząc mój kapelusz
- Aaaa to mój kapelusz (...)

(Muszę zaznaczyć, że czasami ja też stosuję takie zagrywki. Nauka różnych dziwnych rzeczy działa w dwie strony). Czasami kończy się na tym że zrobię takie "Aaaa", a czasami jestem mocno rozżalona. My szybko zapominamy. Mamy próbują ratować sytuację, a my już nie pamiętamy o całym zajściu. Trzeba widzieć ich miny. Czasami ich interwencja jest niezbędna bo może dojść do rękoczynów. Muszę jeszcze dodać, że Marysia świetnie opanowała sztukę zdejmowania i ubierania odzieży , a przede wszystkim obuwia (czym bardzo mi imponuje). U mnie to różnie wygląda. Ja nie mam cierpliwości i się wściekam. Czasami mi się uda, a czasami nie. Tyle co się nastękam i nasapię to moje i  moich rodziców. Teraz chodzę w klapkach więc nie mam problemów ze zdejmowaniem i wkładaniem. Czasami gdy mam jakieś trampki i nie mogę sobie poradzić w piaskownicy (bo my biegamy boso), mama woła "próbuj sama" to ja wtedy mówię:
- Malysia zdejmij mi buta (albo skarpetkę).
Zawsze mogę na nią liczyć...

Poza tym bardzo tęsknie za moim tatuńkiem. Mama mówi, że z wyjazdu na wyjazd bardziej to po mnie widać. Częściej mówię o tym co bym z nim zrobiła i co mu pokarzę jak wróci. Teraz nie mogę się doczekać, aż dostanę gitarę Dory (moja nowa idolka). Będę grała razem z tatą. On na swojej gitarze, a ja na swojej. Później się zamienimy. Czekamy na niego niecierpliwie z mamą. Jak już będzie to  mamy wszyscy razem jechać na wakacje. Ja się martwię, że bez Marysi, a mama że prognoza pogody kiepska. Chociaż najważniejsze, że pobędziemy razem.

sobota, 11 czerwca 2011

Ja chcę... i nie tylko


Ja chcę
 Ja chcę: pić, jeść, loda, cukierka itd..
Mama już przywykła, że czasem tak zaczynałam zdanie. Przypominała tylko namiętnie o słówku "PROSZĘ". Teraz przyzwyczajam mamę do:
Ja chcę TAKIE ( tu wskazuję zabawkę z reklamy, albo zabawkę w rękach innego dziecka). Czasami rozczulam mamę gdy mówię np. "Ja chcę taką koparę, dla taty". Generalnie jakieś 60% wypowiedzi zaczynam od "JA CHCĘ". Myślicie, że mamie się to podoba??

Stosuję też inne, bardziej drastyczne metody egzekwowania swoich oczekiwań. Łzy to u mnie chleb powszedni (nie tylko jak coś chcę bo generalnie jestem wrażliwa i beksa :(, o tym później), czasami dołączam siad prosty na ziemi, a gdy jestem zmęczona to potrafię zrobić taki cyrk, że mama najchętniej zapadłaby się pod ziemię. Potrafię się rozpłakać gdy Marysia narozrabia i ciocia Ola chce ją zabrać do domu. Marysia nie płacze, a ja wyję "bo kto się będzie ze mną bawił"?? Ostatnio pocałowała mnie pewna mała (rok i 3 miesiące) Julka w policzek wystawiając język. "Ja nie chcę mieć obślinionego policzka" wydusiłam z siebie, a łzy płynęły ciurkiem. Gdy się uderzę też płaczę, choć nie zawsze boli. Na wszelki wypadek trzeba zaznaczyć, że coś się stało. Gdy mija dzień bez płaczu moja mama jest szczęśliwa i wypoczęta. Gdy ja mam zły dzień ona jest baaaaaaaardzo zmęczona.


Przeklinak:
Każdy musi kiedyś powiedzieć jakieś brzydkie słowo, pierwszy raz. Mi też się zdarzyło, ale jeszcze nie jest to utrapieniem moich rodziców.

Po pewnym owocowym deserze poszłam umyć ręce i buzię do łazienki. Stojąc w drzwiach już umyta stwierdziłam:
- Kulde moje zęby.
- Co z twoimi zębami?? - mama nie chciała robić afery z "kulde"
- kulde no mam tam jakąś ość, muszę umyć zęby.

Pewnego wieczoru mama poczytała mi bajki, opowiedziała historyjkę, wycałowała mnie  (nie byłoby w tym niczego nadzwyczajnego gdyby nie to, że bardzo bolały ją plecy i nie mogła się ruszać) i powiedziała:
- Dobranoc Majeczko, śpij dobrze. Proszę nie wołaj mnie bo ledwo chodzę.
Mama nie doszła do łazienki, gdy usłyszała:
- Mamo!! Oblałam się wodą, daj mi pieluszkę...
- Maju zaraz Ci wyschnie - usłyszałam
- Nie, ja nie chcę być mokra - zaczęłam szlochać
- Zdejmij koszulkę i śpij na golasa.
- Ja nie chcę być golasowa!! - rozpłakałam się, a mama zdenerwowana przyszła dać mi coś suchego
- Ściągnij tą koszulkę - stanowczo powiedziała
- Kulwa, nie mogę - wysyczałam przez zęby szarpiąc koszulkę, mama jakby trochę się uśmiechnęła
- Słucham??
- Kulwa ta koszulka.- Mama mi pomogła. Strzeliła pogadankę, że tak nie ładnie. Miała wyrzuty sumienia, bo parę razy od niej mogłam usłyszeć to słowo.
- Majeczko mama postara się tak brzydko nie mówić, a Ty jak się zdenerwujesz to lepiej mów "kurza twarz".
- Dobla.
Po paru dniach, gdy mama już zapomniała o tej sytuacji:
Bawiłyśmy się przed blokiem na huśtawkach, a potem ruszyłyśmy na pocztę. Przeszłyśmy kawałek gdy nagle oświadczyłam "chce mi się kupę". Mama się zdenerwowała bo przed wyjściem z domu pytała kilka razy czy mi się chce, zanim poszłyśmy spod bloku też przezornie zapytała, ale wtedy mi się nie chciało. Mama sapnęła i zaczęła ciągnąć mnie w stronę domu gderając pod nosem. Gadała coś o tych sikach i kupach, więc rzuciłam:
- Zrzygaj się mamo.
Mamę zatkało, bo niby że brzydko do niej powiedziałam.
- Majeczko uważaj co mówisz bo jak tak dalej pójdzie to będziesz mieć karę
- Ooo kurza twarz. Mamo czy teraz mogłam to powiedzieć??

Dziś było o tych mniej ciekawych, a może i wstydliwych aspektach mojego JA. Przecież nie będę ciągle grzeczna, czasami rosną mi rogi i kopyta, zamieniam się w diabełka (co też jest powodem do płaczu).

O DZIDZIUSIU:
Ciągle wszyscy pytają i zastanawiają się czy to będzie chłopiec czy dziewczynka. Niektórzy uparcie twierdzą, że rodzice już wiedzą tylko nikomu nie chcą się wygadać. Rodzice też nie wiedzą, bo i nie chcą!! "Znawcy" po kształcie brzucha, po tym jak mama wygląda twierdzą, że będzie chłopak. Niektórzy się zakładają, inni złoszczą bo chcieliby już kupić jakieś ubranko i nie wiadomo jakie. Jedno jest pewne, że mieszkaniec brzucha mamy rośnie, a mama wygląda jakby przechowywała pod bluzką ogromną piłkę. Do tego jest strasznym wiercipiętą. Czasami przybijamy sobie piątki, a ja częściej niż wcześniej obserwuję te dziwne ruchy brzucha. A wam jak się wydaje chłopak czy dziewczynka??

niedziela, 5 czerwca 2011

Ja chcę zwierzątko

Od jakiegoś czasu próbuję namówić rodziców na jakieś zwierzątko. Wiem, że kotka i pieska mieć nie mogę więc nie naciskam, ale jest tyle innych możliwości:
- Tato, a jakie zwierzątko lubisz??
Tata wcześniej rozmawiał już o moich rozterkach z mamą, więc był przygotowany i na wszelki wypadek wymienił kilka małych:
- króliczki, chomiki i rybki.
Oczywiście króliczka mieć nie mogę bo potrzebuje dużej klatki, a mój pokój jest za mały. Może ten chomik??

Ja sobie bardzo upodobałam papugę mojej cioci Karinki, codziennie gdy mama pyta co mi się śniło odpowiadam:
- ANU - bo tak ma na imię ta papuga.

- Mamo ja bym bardzo chciała mieć jakieś zwierzątko w swoim pokoju.
Mama nie mówi nie, ale uważa że jestem za mała, a i że teraz to kiepski moment więc ostrożnie ze mną rozmawia:
- A jakie byś chciała zwierzątko??
- Papugę taką jak ciocia Karinka.
- Myszko, ale papugi strasznie hałasują no i gdzie byśmy ją trzymali??
- W skrzynce u mnie na oknie. W skrzynce nie będzie hałasować.

Ostatnio, żeby nie iść spać zadaję mamie dziwne pyatnia:
- Mamo mam jeszcze jedno pytanie. - dobrze wiem, że nie ostatnie, ale mama tego nie wie...
- Słucham??
- Czemu żyrafy nie wydają żadnych dźwięków??
- Chyba wydają np. parskają jak koniki, no i może trochę tak rżą...- mama nie jest pewna - a teraz śpij, dobranoc...
- Mamo mam jeszcze jedno pytanie.
Mama już nieco zdenerwowana:
- Słucham??
- Czemu słonie nie rżą jak konie??
(...)
Następnego dnia po czytaniu bajek i wszystkich wieczornych rytuałach tuptam do mamy:
- Mamo, a czemu ryby nie rżą jak konie??
- Bo rybki pływają pod wodą i robią tak - tu mama otwiera i zamyka buzię - są takie cichutkie.
- To jak są takie cichutkie to może kupimy sobie rybki??

środa, 1 czerwca 2011

Dzień dziecka


Za nami dzień rodziny, dzień mamy i dzień dziecka. Ten ostatni przypadł mi najbardziej do gustu, chociaż ja nie jestem dzieckiem. Gdy ktoś do mnie mówi "dziecko" to ja się oburzam i mówię "Maja", albo "ja nie jestem dziecko tylko Maja". Wcześniej potrafiłam się nawet o to rozpłakać. Kiedyś poszłam z mamą do spółdzielni, a pani bezczelnie mówiła o mnie, przy mnie "dziecko":
-Mamo ta pani mówi,że ja jestem dziecko. Powiedz jej, że jestem Maja.
Pani mimo wszystko brnęła w to "dziecko". Teraz z okazji dnia dziecka trochę zaakceptowałam, że jestem tym dzieckiem, ale tylko na trochę i tylko trochę...
Żeby wszystko opowiedzieć to musimy się cofnąć w czasie. Jak byłyśmy w Krakowie to trochę nie dosypiałam (chodziłam późno spać, wstawałam wcześniej niż w domu, a w dzień nie lubię sypiać) więc po jakimś czasie zaczęłam bywać nie do zniesienia. Mama kiedyś głośno wypowiedziała swoje marzenie, że chciałaby troszkę odpocząć i wyjechać beze mnie. Jej emocje szybko minęły, a po powrocie do Częstochowy moje zachowanie wróciło do normy (tylko czasami jestem nieznośna), ale tata postanowił spełnić marzenie mamy. Ja zostałam u babci Ani i na początku miałam wątpliwości czy to dobrze, ale teraz wiem że nie ma się czego bać (chciałam zostać nawet dłużej, ale babcia musi chodzić do pracy). Rodzice pojechali do Wrocławia i Książa (zdjęcia), a ja miło spędziłam czas z babcią i dziadkiem. W sobotę nieco padało, ale w niedzielę zrobiła się piękna pogoda i była impreza dzieciowa. Byli na niej też Miki i Malwinka. Wyszalałam się jak nie wiem. Muszę się tylko przyznać, że clowny na szczudłach mnie przerażają. Po powrocie rodziców miałam sporo do opowiadania o szaleństwach w kulkach, o robieniu piłeczek do żonglowania, o malowaniu buziek itd....
Wczoraj byłam na przedstawieniu w przedszkolu Mikołaja. Mój kuzyn miał dużą rolę bo był narratorem w Calineczce, śpiewał i tańczył. Występował w śmiesznej pelerynce. Ja przez panujący upał i ciekawy plac zabaw (bo to było w ogródku przedszkolnym) nie mogłam się skupić. Miki zasłużył na duże brawa. Wieczorem rodzice mnie zaskoczyli, bo dostałam wspaniałe klocki z moim ukochanym Kubusiem Puchatkiem. Prezent dostałam wczoraj bo dziś rano tata pojechał już do pracy. Mimo zmęczenia grzecznie (bo obiecałam, że będę grzeczna i słowa dotrzymałam) się bawiłam do późna, a gdy rodzice kazali to poszłam grzecznie spać.
Rano tatuń mnie ucałował przed wyjazdem i wyszeptał życzenia, a potem pojechał do pracy. Mama miała dla mnie kolejną niespodziankę. Dziś otworzyli nam wyremontowany odkryty basen. Razem z Marychną i naszymi mamami poszłyśmy zobaczyć co dla nas przygotowano. Wychlapałam się i pewnie gdyby nie burza to bym tam spędziła cały dzień. Oczywiście wszystko można zobaczyć na zdjęciach.
Na koniec chciałam jeszcze opowiedzieć jak spędzaliśmy czas na podwórku. Najczęściej siedzieliśmy w piaskownicy. Tatuń Kuba, albo tata Marysi (albo obydwaj) wykopywali nam ogromną dziurę do której wskakiwałyśmy. Bardzo lubimy te zabawy...

niedziela, 22 maja 2011

Ciepło, coraz cieplej...

Po miesiącu nieobecności wróciliśmy do domku. Spotkanie z moją Marychną przebiegło normalnie, jakbyśmy się widziały dzień wcześniej. Dokazujemy po naszych podwórkach, a pogoda nam ostatnio sprzyjała. Dużo dzieciaków wychodzi jak jest tak słonecznie i ciepło. Oficjalnie zaczęliśmy już sezon krótkich rękawków, spodenek i sukienek. Ma to swoje dobre i złe strony. teraz już nic nie chroni naszych kończyn. Do siniaków dołączyły liczne zadrapania, obdarte łokcie i kolana. Każda krwista rana została przywitana łzami i lamentami. Poza tym panuje moda na gołe stopy, której prekursorem jest Marychna. Dziewczyny biegają w skarpetkach lub bez po piachu (na co mamy się godzą) i po podwórku (na co się raczej nie godzą). Mamy się obawiają, że któraś z nas wbije sobie szkiełko...

Dziś 22.V udaliśmy się do Ogrodzieńca na zamek. Spotkaliśmy się tam z ciocią Karinką i wujkiem Bartkiem. Było dużo chodzenia, wspinania się i pełno, pełno atrakcji. Po ruinach krążyli wojowie i ich kobiety (dla mnie księżniczki). Rodzice kupili mi welon, w którym wyglądałam jak księżniczka. Były pokazy walk i codziennych umiejętności. Oglądaliśmy puchacza, sokoły i pustułkę. Później udaliśmy się na górę Birów gdzie jest trochę takiej osady. Tradycyjnie wyszalałam się z ciocią i jak wracaliśmy szybciutko usnęłam w aucie.

Zagadki:
- Co to jest, jest takie i takie??
- Biała huśtawka

-Co to jest okrągłe jak śrubokręt??
- piłka

O dzidziusiu
Rodzice zabrali mnie ze sobą do pana doktora. Widziałam mojego dzidziusia na takim specjalnym telewizorku. Widziałam rączki, a pan pokazywał jeszcze oczka i nosek, ale ja tam nic już nie widziałam.

niedziela, 15 maja 2011

Czas się pakować i wracać

Ostatnie dni minęły nam tradycyjnie na spacerowaniu. Najwyższy czas pomyśleć o powrocie do naszego domku, do Częstochowy. Doczekaliśmy się mojego tatuśka to teraz tylko wystarczy zapakować walizki i jechać. Mama ma nadzieję, że część moich humorków i wykrzykiwanych kaprysów zniknie jak wszystko wróci do normalności. Ja się bardzo staram, ale to jest silniejsze ode mnie. To chyba taki mój trzylatkowy charakterek. Nigdy nie należałam do cierpliwych, szybko się złościłam gdy nie mogłam np. założyć butów, czy ich zdjąć. Dziś poszliśmy wyjątkowo do sklepu i stwierdziłam, że chcę różową firankę z konikami pony. Myślałam, że krzykiem i płaczem przekonam rodziców do zakupu. Później zobaczyłam ogrodowe huśtawki. Ja też chcę taką i koniec. Jedną dla siebie, a drugą dla Marychny. Rodzice twierdzą, że nie mamy ogródka, ale czy to powód żeby nie mieć ogrodowej huśtawki? Skończyło się na łzach, krzyku i karze. Najbardziej obawiam się groźby, że więcej mnie już nie wezmą ze sobą na zakupy. To był pierwszy i ostatni raz, obiecuję...
Muszę zaznaczyć, że maj pokazał na co go stać i zrobiło się w końcu ciepło (dzisiejszy deszcz nie jest najlepszym przykładem). W poprzedni weekend dziadek Janusz zabrał mnie i mamę do Wygiełzowa gdzie spacerowaliśmy po skansenie i zdobywaliśmy Zamek Lipowiec. Weszliśmy na bardzo wysoką wieżę. Były tam drabinki i wąskie schody. Wejście nie było takie trudne, ale na szczęście i z zejściem też daliśmy radę. Mama trochę się bała o mnie, a ja wbrew jej przypuszczeniom nie pisnęłam ani słówkiem. W niedzielę odwiedziła nas babcia Ania i dziadek Marek. Zabraliśmy ich na spacer na kopiec Kościuszki i Kazimierz. Cieszyłam się, że przyjechali bo bardzo się za nimi stęskniłam. 

Przy śniadaniu:
- Majeczko proszę jedz te kanapeczki. - mama tradycyjnie pogania i przypomina
- Mamo daj mi spokój!! Ja się odchudzam. - odpowiedziałam zdejmując i zjadając szynkę, ogórka itd...
- Jak chcesz się odchudzać to możesz nie jeść słodyczy.
- yyy... To chcę być gluba. - odpowiedziałam

O dzidziusiu:
Mama w końcu policzyła i wychodzi, że nasz dzidziuś w brzuchalu ma już 6 miesięcy. Wszyscy zastanawiają się czy to będzie chłopczyk czy dziewczynka. Rodzice, a zwłaszcza mama chcą mieć niespodziankę więc zostaje zgadywanie. Ja już teraz wiem, że wolę dziewczynkę "bo będzie do mnie pasować". Jak będzie chłopak?? "To wtedy pomyślę nad imieniem". Z tymi imionami też nie jest łatwo. Jak podoba się mamie, to tata kręci nosem i odwrotnie. Ostatni mój pomysł "Bulek" nie przypadł im do gustu. Podobno tak pieski się nazywa, a mi się bardzo podoba.

czwartek, 5 maja 2011

O zimnym maju i o dzidziusiu naszym

Pogoda w majowy weekend nie dopisała, a mama tak się martwiła że będziemy siedzieć w mieście. W rezultacie z chęcią zostawała w domu gdy padało i było zimno. Ja nie narzekałam bo mama nauczyła mnie trochę gry w domino, memory i nawet w wojnę kartami grałyśmy. Jak się dało to spacerowałyśmy, a raz to nawet wujek Bartek poszedł ze mną i Kariną na plac zabaw. Ja bardzo lubię się z nim bawić w chowanego i on chyba też. Tylko muszę pamiętać, że jak się ma kucyki to ciężko się chować - wtedy szybko można być znalezionym pod kołdrą. Wczoraj upiekłyśmy z ciocią K. i mamą ciasteczka, zabierałyśmy się do tego już przed Świętami. W końcu się udało, a rezultat był smaczny. Momentami miałam wrażenie, że przeszkadzam ale ja tak bardzo się cieszyłam na ozdabianie tych ciasteczek.
Chciałam również napisać, dla tych co tu czasem zaglądają, a jeszcze nie wiedzą (choć z ostatnich zdjęć jasno wynika), że mama ma dzidziusia w brzuszku. Ja się bardzo cieszę i deklaruję wszelką pomoc przy zmianach pieluszek, kąpielach, a nawet asystę przy karmieniu. Obiecałam mamie, że będę z naszym dzidziusiem skakać na trampolinie i nie wiem czemu ona się nie chce na to zgodzić. Jakiś czas temu zrozumiałam, że mój tatuń będzie tatuniem dzidziusia. Nie byłam tym faktem zadowolona, zaproponowałam mamie żeby dzidziusiowi kupiła innego tatę. Później się okazało, że i mamą mam się dzielić. Dziś podchodzę do tego nieco spokojniej, bo to przecież nasz dzidziuś. Czasami przykładam ucho do brzucha i nasłuchuję, żeby powiedzieć mamie co on (dzidziuś) mówi bo przecież mama nie może przyłożyć ucha do brzucha. Bywa, że do niego pogadam, a najczęściej to pogłaszczę, albo poklepię wielkiego brzuchala. Mama mówi, że strasznie się wierci, ale jak ktoś przykłada rękę to trzeba być cierpliwym żeby poczuć, a ja to tak długo to nie mam czasu.

Poważne sprawy:
- Mamo co to podlywać?? - już nieraz słyszałam to słowo i nawet mi mama kiedyś tłumaczyła, ale zapomniałam. Mama mi wytłumaczyła raz jeszcze, nawet przykłady dała więc mogłam zadawać kolejne pytania:
- Mamo, cemu panowie nie mogą podlywać pań?? - mama tak kiedyś mówiła, że tatuń nie może, ale nie pamiętałam czemu. Mama chyba zrozumiała moją rozterkę, ale nie zagłębiając się odpowiedziała na zadane pytanie (czekając na dalsze).
- Majeczko panowie mogą podrywać panie...
- To jak tata będzie chciał drugą żonę to będzie podlywał panie?? - to pytanie mamę chyba zaskoczyło. Wszystko mi wytłumaczyła, ale nie wiem czemu się śmiała. Przecież to takie poważne sprawy.