niedziela, 23 maja 2010

Wyrazy blisko brzmiące

Tak ciociu Karinko, mama pokazywała mi zdjęcia i filmiki z powodzi w Krakowie ( i nie tylko). Oglądałyśmy je ze zdumieniem i smutkiem (skoro mama była smutna to ja też). U nas w Częstochowie pogoda też dała się we znaki. Poziom wód się podniósł, ale nie było tak źle jak w moim Krakowie (w końcu tam się urodziłam). Dobrze, że pogoda się trochę poprawiła, choć mówią, że nie na długo...
Jak tylko nie pada to chodzimy na spacery. Wyjście z domu nieraz trwa bardzo długo bo nie mogę się zdecydować. Z jednej strony to chcę, a z drugiej strony to ubieranie butów i całej reszty. Generalnie coraz lepiej się dogadujemy z mamusią bo trzy dni po wyjeździe tatunia jakoś nam to nie wychodziło. Teraz tylko czasami dyskutujemy i szukamy kompromisów (choć nie zawsze się da i wtedy częściej na mamy korzyść rozwiązujemy konflikt - ale to zawsze chwile trwa). Dziś była piękna pogoda i byliśmy z dziadkami w Poraju, a później bawiłam się na placu zabaw pod blokiem. Poznałam mojego rówieśnika Eryka (o dzień starszy). Dość małomówny (tzna. mówi w swoim języku), nieśmiały (nie potrzebuje jeszcze kontaktu z dziećmi jak ja, jemu starcza babcia czy ciocia). Gdy poznaliśmy się nieco lepiej (po 30 minutach na karuzeli) było już sympatycznie. Później nawet próbowaliśmy spacerów za rączkę. Nie jest to łatwe gdy  jedno idzie w prawo, a drugie w lewo, albo każde chce się trzymać za prawą rączkę. Było mi trochę smutno gdy Eryk przniósł połamanego mlecza mojej mamusi, wyszeptałam jej do uszka "Chopec nie chce dać Majeczce kfiatuska". Później dał, ale i zabrał, ah te chopaki....

Niektóre wyrazy i zwroty (które przychodzą mi do głowy):
latka - herbatka
otwórz na mnie - otwórz mi
um - umieć (Gdy ja czegoś nie umiem mówię "Mamo um")
ykryj - przykryj
matołek matołek - koziołek matołek
małpka miki miki - małpka fiki miki
Pan Ylary - Pan Hilary ("Skandal ksycy Pan Ylary")
guza - burza (pocieszam mamę "nie bój sie guzy, nie przejmuj sie"
pac babaw- plac zabaw
fajna babawa - fajna zabawa

Moje dialogi:
Biegałam dookoła naszej "sofy" (dmuchany materac) nagle przystanęłam i z przerażeniem w oczach stwierdziłam :
- Boli mnie serce.
- Gdzie Cię boli?? Gdzie masz to serduszko?? - spytała spokojnie mama
Złapałam się za brzuszek, a moje oczy zrobiły się czerwone.
-Majeczko to jest twój brzuszek i właśnie zrobiłaś kupkę... - stwierdziła mama

Ostatnio nie lubię spać popołudniami i czasami się awanturuje i mama się skarży, że jestem niegrzeczna. Raz leżałam sobie cichutko, a mama myślała że śpię, a ja zaczęłam gadać:
- Nie ma. Nic nie ma, nic nigdzie nie ma. Nikogo nie ma. Mamusiu kólicka!!
Mama dała mi moje ulubione pluszaki i powiedziała, że piesek mnie pilnuje:
- siedź i mnie pilnuj, sysysz pilnuj mnie...

niedziela, 16 maja 2010

Przegląd ostatnich 3 tygodni

Już maj, a pogoda nas nie rozpieszcza (zwłaszcza ostatni tydzień). Nawet teraz deszcz stuka o szyby. Moje życie zaczyna wracać do normy, znowu mam SWÓJ domek. Hmm... w sumie to NASZ, bo i mamy i tatunia też. Mieszkamy dalej w Częstochowie, niedaleko babci Ani. Bardzo mi się tu podoba, zwłaszcza mój pokoik "jest fajny". Zanim dotarłam do domku to byłam w Stalowej Woli i Krakowie. Rodzice pojechali na ślub cioci Sylwii i wujka Marcina do Rudnika. Ja zostałam z ciocią u babci Stasi. Pogoda wyjątkowo się udała (zwłaszcza jeśli porównamy ją  do kilku ostatnich dni). Po uroczystości w kościele goście bawili się przy grillu w ogrodzie. Tylko dwa razy popadało (prawie nic), ale gości to nie zraziło. Ja też miło spędziłam te dwa dni. W Krakowie czekało na mnie kilka atrakcji. Odwiedziliśmy Smoka Wawelskiego, powiększone zabawki stworzone na podstawie zabawek z muzeum etnograficznego. Najbardziej mi się podobała karuzela. Innym razem rodzice wzięli mnie na takie targi przeznaczone dla dzieci ich rodziców. Latałam z mamą samolotem, trochę się bałyśmy, ale i tak było fajnie. Była SUPER NIANIA, ale ani mama, ani ciocia, ani tatuń nie mieli odwagi do niej podejść. Ja za to nie bałam się przywitać i zaprzyjaźnić ze smokiem. No i później wróciliśmy do Częstochowy. Jak było ładnie to chodziłam z mamą na spacery. Poznałam dużo koleżanek: Emilkę, Wiktorię, Martynkę, Marysię. Muszę powiedzieć, że lubię towarzystwo dzieci. W domu to było różnie. Rodzice ciągle coś sprzątali, wiercili, planowali i mało czasu mieli dla mnie. Może teraz jak nasz domek zaczyna wyglądać nieco lepiej to to się zmieni?? Chociaż mama mówi, że jeszcze dużo pracy zanim skończy się remont. Mi się podoba remontowy bałagan. Można znaleźć dużo skarbów (młotek, śrubki, deski, miotłę, fugę - czerwoną, wiadro z wodą, pędzle - mama nie była zadowolona gdy malowałam po ścianie). Było też kilka mniej fajnych przygód: przytrzaśnięty palec szufladą czy zrzucony monitor. Wszystko dobrze się skończyło, chociaż kilka łez było.

wtorek, 27 kwietnia 2010

Kwiecień plecień poprzeplata...


Ostatnie dni mijają podobnie. Pobudka, śniadanko, wyprawa do babci Dzidzi, mama załatwiająca różne rzeczy, drzemka, obiadek, czas zabaw, powrót do domku cioci Marysi, kolacyjka, kąpiel i spanie... Na szczęście ostatni weekend był inny niż reszta dni. W sobotę odwiedził nas dziadek Janusz i ciocia Karinka. Pojechaliśmy na ruiny zamku w Olsztynie. Świeciło słonko, ale wiatr to momentami chciał mnie porwać. Zamek był fajny, ale plac zabaw ciekawszy. Zwłaszcza, jak weszłam tak wysoko na drabinkę, że mama nie mogła mnie z niej zdjąć. Trochę się pobałyśmy, ale wszystko dobrze się skończyło. W niedziele były urodzino- imieniny dziadka Marka. W końcu udało mi się spotkać z Mikim i Malwinką. Mała Maliwnka jest prawie taka jak ja i już sama chodzi. Chodziłyśmy razem za rączki, przytulanki i buziaczki też były. Pobawiłam się też z moim kuzynem, chociaż nie zawsze wiedziałam o co mu chodzi.


Małe potyczki słowne:
Babcia Dzidzia trzyma w małej walizce lalki, którymi bawiła się ciocia Kasia (jak była trochę większa niż ja teraz). Jest tam jeden pan i same panie (sama je tak nazwałam "PAN", "PANI"). Mama powiedziała, że pan nazywa się KEN, a panie to Barbie. Ostatnio podczas spaceru zobaczyłam pewnego pana. Wyciągnęłam paluszek i głośno stwierdziłam "Pan KEN idzie". Pan chyba nie usłyszał, ale mamę to strasznie rozbawiło. Chwilkę później zobaczyłam coś ciekawszego. Stał sobie starszy pan i o coś się opierał. Przyjrzałam się uważnie i oznajmiłam "Pan ma chole nogi" (tak usłyszała mama). Mama mi zaczęła tłumaczyć co to pan ma w ręku - balkonik i że ma chore nóżki. Dopiero po chwili zrozumiała co tak na prawdę powiedziałam: "Pan ma hulanogę" ( co oznacza, że pan ma hulajnogę).

Szczyt prześladowania przez piosenkę:
Ponoć ostatnio dużo mówię przez sen. Mama mówi, że czasem bardzo nie wyraźnie. Natomiast udało mi się odśpiewać fragment piosenki "Mydło wszystko umyje nawet uszy i szyje, mydło, mydło pachnące jak kfiatki łące".

Pierwsze "brzydkie słówko": DUPA!!

środa, 21 kwietnia 2010

Promyczki słońca

 (chwilowo nie ma zdjęć)
Ostatnie dni były dziwne. Z jednej strony smutne. Gdy tylko ktoś włączał telewizor i słuchał wiadomości zraz robił się ponury. Z drugiej strony mój mały ŚWIAT, taki ciekawy i kolorowy. Było parę ciepłych dni więc więcej czasu spędzałyśmy z mamą (tatuń ciągle zajęty) na placach zabaw i na spacerkach. Jeździłyśmy z mamą tramwajem. Bardzo lubię te nasze podróże. Pomagam mamie kasować bilet, a później jak już siedzimy to krzyczę "szybciej amwaju". W ostatnią niedzielę rodzice wzięli mnie na cudowny spacer do lasu. Pogoda była piękna, słonko trochę nas podopieszczało.  Były tam duże kałuże, do których wrzucałam patyczki i szyszki. Raz nawet wpadłam do błota i moje buciki już nie były takie piękne. Słuchałam śpiewu ptaszków, zbierałam i ciągnęłam za sobą patyczki (jeden to był większy od tatunia), obserwowałam motylki. W tym czasie w Częstochowie był zlot motocyklistów. Gdy jechaliśmy autkiem obserwowałam motory przez okno. To był "fajny dzień".

sobota, 10 kwietnia 2010

O Świetach...

Oj się narobiło. Maił być miły i wesoły post o Świętach, a tu wszyscy tacy smutni. Wszyscy oglądają i słuchają informacji o katastrofie samolotu prezydenckiego. Nie wiele rozumiem, ale i mi smutek się udzielił :(.
Mimo wszystko spróbuję w kilku zdaniach opowiedzieć o naszych Świętach Wielkanocnych. W sobotę przyjechał tatuń i całą trójeczką pakowaliśmy i ozdabialiśmy koszyczki (jajeczka ozdobiłyśmy z ciocią Karinką poprzedniego wieczora). Później udaliśmy się na WAWEL na święcenie. Spacerkiem wzdłuż Wisły, tuż koło smoczej jamy dotarliśmy do Katedry. "Ksiąc" był, ale strasznie mnie znudziło jego gadanie i strasznie się niecierpliwiłam. W niedziele po śniadaniu, na którym u nas je się żurek z kiełbasą i jajeczkami odwiedził mnie zajączek (taki duży z prezencikiem). Później udaliśmy się na spacer do Lasku Wolskiego. Doszliśmy, aż do ZOO (gdzie widziałam słonie), a później na Kopiec Piłsudskiego. Oj męczący to był spacerek, w drodze powrotnej usnęłam. W poniedziałek pogoda się ostatecznie popsuła. Na szczęście przedpołudniem padało tylko u nas w domu. Mama dała mi pistolet na wodę i psikałyśmy wszystkich domowników. Najbardziej mi się podobało oblewanie samej siebie. Później z ciocią Karinką , wujkiem Bartkiem i rodzicami pojechaliśmy na EMAUS (na Salwatorski odpust). Dostałam pięknego balonika i pierwszy raz byłam na karuzeli. Siedziałam na czarnym koniku, towarzyszyła mi ciocia (mama ma słabą głowę ;)do kręcenia ). Baaardzo mi się podobało, śmiałam się głośno i piszczałam z uciechy. Tego dnia odwiedziłam też ciocię Marysię i wujka Łukasza. Wujek ma rybki, ale nie pozwalał mi ich karmić, za dużo. Bawiłam się ogromnym misiem i do mojego siniaka dołączyła przecięta warga. Ciocia poczęstowała nas pysznymi ciastkami, mniam mniam... We wtorek też czekała mnie niespodzianka. Poszliśmy na basen. Oj, ale była zabawa. Zjeżdżałam ze zjeżdżalni i wcale nie chciałam wracać do domu. W środę wróciliśmy do Częstochowy, ale nie do swojego domku (trochę tego wszystkiego pojąć nie mogę). Jesteśmy trochę odcięci od Świata bo nie mamy internetu.

wtorek, 6 kwietnia 2010

"szumi woda, to rzeczka"

Dziś chciałam napisać o miejscu, w którym mieszka moja babcia Krysia, gdzie najczęściej sobie spacerujemy z mamą. Babcia mieszka w Krakowie, w brzydkim 10 piętrowym bloku, na brzydkim osiedlu Czerwony Prądnik. Jednak nie wszystko jest tu takie brzydkie ;). Osiedle jest usytuowane w dość przyjemnym i urokliwym miejscu, a w szczególności "bloczek babci". Nieopodal niego przepływa sobie rzeczka zwana Sudołem Dominikańskim (Rozrywka). Wije się niczym wstążeczka wśród zieleni (chociaż teraz dopiero czekamy na tą zieleń) i czasami śmieci :(. Źródło rzeczki znajduje się w Bosutowie, dalej płynie przez Batowice,   Prądnik Czerwony i dociera do Żabiego Młyna (dawniej łączył się tu z wodami Młynówki zasypanej w latach 70. XX w). W okolicach starej rzeźni przy ulicy Olszeckiej rzeka znika w betonowym kolektorze i wypływa dopiero tuż przed ujściem do Prądnika. Mama i ciocia Karinka spędzały nad rzeczką dużo czasu jako małe dziewczynki. Łapały żaby, kijanki i skakały przez rzeczkę (nieraz wpadając do wody). Debra jako młody piesek uwielbiła kąpiele w rzeczce. Wystarczyło, że zrobiło się trochę ciepło, a ktoś spuścił psicę ze smyczy. Nie było mocnych na nią. Debra zawsze wyczuła moment nieuwagi i wskakiwała do wody. Pewnie nikt by nie miał jej tego za złe, ale... Od zawsze (odkąd tam mieszka babcia) do rzeczki odprowadzano ścieki. Więc czasami rzeczka niemiło pachniała, a co za tym idzie i Debrusia. Na szczęście ktoś docenił uroki tego miejsca i powstał tu park rzeczny. Szkoda, że efekty są mało widoczne, ale może kiedyś... Warto dodać, że nad rzeczką mieszkają różne ptaszki. Mama tylko nieliczne z nich potrafi nazwać, ale umie docenić ptasie koncerty.Czasami zaczynają się zanim jeszcze dzień się zacznie i nie dają spać (ale nie mamie). My teraz często spacerujemy wzdłuż rzeczki, słuchamy jak "szumi woda" i wrzucamy małe patyczki do niej. Odwiedzamy koniki, które się wypasają na terenach dawnego folwarku dominikańskiego. Czasami odwiedzamy plac zabaw niedaleko Żabiego Młyna.

czwartek, 1 kwietnia 2010

Wielki tydzień


Wielki tydzień mija mi tak jak i poprzednie, na spacerach. Dla mnie każdy dzień jest ważny bo czegoś nowego się uczę i poznaję dużo ciekawych rzeczy. Niewątpliwą radość dało mi sianie rzeżuchy. Siałam ją na watce i na dywanie... Teraz muszę ją podlewać i patrzeć jak rośnie (jeśli jej nie przeleję). Ważnym wydarzeniem był też Przyjazd prababci Stasi. Prababcia ma dla mnie wspaniały prezent, robi sweterek na drutach. W sumie mi się podoba, ale te przymiarki strasznie mnie męczą. Czeka mnie jeszcze malowanie jajek i święcenie, ale najbardziej nie mogę się doczekać przyjazdu tatunia (mama mówi, że to już niedługo).
Babcia Krysia uczyła mnie modlitw: "Do Ciebie Boziu..." i "Aniele Boży". Z początku bardzo mi się podobało, ale po 3 dniach znudziłam się. Teraz rozmawiam z Bozią po swojemu. Wchodzę na łóżko babci, nad którym wisi krzyżyk (taki malutki, z bierzmowania mamy). Wisi on tak nisko że mogę go dotknąć, i mówię np."Cześć Boziu!! zimno Ci??" . Gdy mnie mama na tym przyłapuje to jej też każę rozmawiać z Bozią. Szkoda tylko, że nie pozwala mi jej na spacer zabrać...

Życzymy wesołych Świąt w rodzinnej atmosferze i w aurze wiosny.