czwartek, 22 października 2015

Pasowanie i życie w pędzie


W wielkim pędzie siadam i piszę o ostatnich tygodniach. Po pierwsze, wyzdrowiała nasza pani i wróciła do nas. Wróciła z gwizdkiem, ale szczerze mówiąc na rozbrykane dzieci to gwizdek nie działa najlepiej. Ostatnio na stołówce jedna dziewczynka z drugiej klasy zdenerwowała się na koleżankę z mojej klasy i wbiła jej widelec w nogę. Nie wiem czy była krew, ale getry były podziurawione. Nie jest, aż tak źle ale bywa niebezpiecznie (np.pewien kolega popchnął koleżankę na schodach, a ta wpadła na kolejną dziewczynkę...). Oprócz tego trafiają się złośliwe dzieci, które potrafią uprzykrzyć innym życie. Czasami tęsknie za przedszkolem, tam było spokojniej, wszyscy mnie znali i nie było takich nieprzyjemnych sytuacji. Oczywiście są też miłe chwile. Ostatnio odbyły się uroczystości z okazji dnia nauczyciela i było pasowanie. Wszystkie dzieci były odświętnie ubrane, najpierw odśpiewaliśmy hymn. Powiem szczerze, że śpiewanie wychodzi nam nieźle. Po małych występach pani dyrektor pasowała nas wielką kredką na uczniów szkoły podstawowej. Dostaliśmy dyplomy, legitymacje i tarcze szkoły. Nasza klasa jak zwykle okazała się najbardziej hałasującą. Co chwilę było "klasa Ic, proszę o ciszę!!". Bawiłam się świetnie, aż na koniec imprezy przypomniałam sobie, że nie było taty i się nieco popłakałam.
   
Do tego wszystkiego mama poszła do pracy i mamy teraz jakoś mało czasu. Rano wychodzimy trochę wcześniej i pędzimy do przedszkola i szkoły, mama odbiera nas ok 15:40 czyli wracamy później. Ledwo wejdziemy do domu, a już trzeba pędzić na basen, balet i do Bystrzaka. Poniedziałki i piątki są nieco luźniejsze, więc wtedy można się z kimś spotkać. Dobrze, że póki co pani nam mało zadawała (poza wczorajszym dniem, bo wczoraj miałam 4 strony literek- ale bolała mnie ręka) i nie musiałam odrabiać lekcji. Lena tylko chodzi nie wyspana, a mama głodna bo obiad zjada na kolacje... Za to z Krakowa doszły nas słuchy, że mała Kornelcia zaczyna sama chodzić. Ciocia Karina przysyła nam czasami zdjęcia lub filmiki i szczerze mówiąc nie poznajemy naszej kuzyneczki. Ona niedługo skończy roczek...

niedziela, 11 października 2015

Cudak

Z Lenuśki jest niezły przekręt. Gdy za długo bawi się w ciszy lepiej sprawdzić czy nie łamie zasad panujących w domu. Dziś np. przyklejała na błyszczyk, naklejki do szuflady w biurku. Wysmarowała całą powierzchnię szuflady, aby następnie ozdobić ją naklejkami. Wie, że do pokoju nie nosimy wody, ale przecież nic nie zaszkodzi zrobić basen dla wieloryba. Spokojnie, nie takiego dużego, tylko takiego co pływa w kubku czyli jest bardzo malutki. Lena łamie wiele zasad panujących w domu. Kiedyś nałożyła dwie różne skarpety:
Mama: Lenko nałożyłaś dwie różne skarpety.
Lena: Tak, wiem. - dumnie odpowiedziała.
M: Kochanie, ale masz w szufladzie pozwijane skarpetki takie co mają pary. Załóż dwie takie same.
L: Nie, bo ja takie nałożyłam. Leżały w szufladzie.
M: Lenuś, ale zobacz mama ma dwie takie same, tata też...itd...
L: No, ale te leżały i nie miały pary. Nie zmienię.
 Jaki wniosek? Skoro dwie nie mają pary to już mają cechę wspólną i już mogą być parą.
Dawno nie było u nas prac plastycznych w domu, trzeba było czekać na jesień żeby się zmobilizować do działania. Na polu/dworze zrobiło się chłodno, a katary i inne schorzenia przeziębieniowe sprzyjają takim zadaniom. Dziś stworzyłyśmy Cudaka z warzyw, do przedszkola Lenki.




środa, 7 października 2015

Edukacja

Lenusia w przedszkolu ma różne dodatkowe zajęcia tj. gimnastyka, rytmika i angielski. Oczywiście awansowała do starszej grupy i już nie jest Krasnoludkiem tylko Żabką. Ponieważ Lenusia ciągle mówi "nakalm mnie, ubies,..."- zrób za mnie, chociaż te wszystkie czynności umie, to tata ją straszył, że zaprowadzi ją do Krasnoludków. Dlatego Lena rano szeptała mamie do ucha "Mamo Ty mnie zaplować do pseckola bo tata się może pomylić i zaprowadzi mnie do Krasnoludków". Za to Lenusia robi spore postępy w nauce angielskiego:
-  Mamo, mamo wiem jak jest po angielsku: chcę iść do kibelka.
- Ooo, no proszę... To jak to jest?
- Czy mogę iść do toalety?
Dalej ma problemy z rannym wstawaniem, budzik jej wcale nie rusza. Trzeba ją wyciągać z łóżka na siłę. Weszła w trudny wiek lat czterech i trenuje mamy cierpliwość. Boi się też widoku krwi. Kiedyś podrapała sobie łokieć dość mocno. Mama pocałowała i nie dała po sobie poznać, że zadrapanie było dość mocne. Lenusia bawiła się błogo, a wieczorem gdy w lustrze zobaczyła swoją ranę wpadła w czarną rozpacz "Tu jest krwi!!" krzyczała. Jest mistrzynią przekręcania usłyszanych zdań, wyrazów i czasami się głowimy o czym nasza żabka opowiada. Kiedyś mnie okrzyczała, machając palcem wskazującym " Oj panienko, panience to się nie chce...".

niedziela, 4 października 2015

Rozmowy o szkole

Ostatni tydzień był pełen emocji. W środę nasza pani wychowawczyni straciła głos. Wszystko dlatego, że musi krzyczeć na chłopców, zwłaszcza na Mikołaja. Najpierw nie chciała tego robić, ale zmusili ją do tego rodzice. Pod wpływem historii jakie wyczyniał Mikołaj pani stwierdziła, że zastosuje się do próśb rodziców. Mikołaj skacze po ławkach, wyrzuca nasze rzeczy z plecaków, krzyczy, chodzi po klasie, bije (Julkowi podbił oko), wlewa sok do zupy, a później tym pluje...Już w drugim tygodniu wylądował z Wiktorem u wicedyrektora, a gdy po rozmowie ich rodzice pytali:
- Wiktor, a co pan dyrektor mówił?
on odpowiadał:
- Nie wiem.
- Jak to?
- Bo on mówił do Mikołaja, ja oglądałem meble.
Podobną odpowiedź usłyszeli rodzice Mikołaja. 
Tak więc, pani postanowiła podnieść głos na chłopaków. Skończyło się to zapaleniem krtani i zastępstwami dla naszej klasy. My dziewczynki bardzo się przejęłyśmy tą sytuacją. Ja przepłakałam pół popołudnia (do tego dołożyło się, że katechetka zamknęła mój plecak z jedzeniem w sali i mnie nie chciała słuchać, jedna dziewczynka zniszczyła mój różaniec z makaronu). Niektóre dziewczynki też płakały, jedna stwierdziła że skoro pani chora to ona do szkoły też nie pójdzie. Na szczęście zastępstwa okazały się fajne, tylko wszyscy rodzice zaczynają marudzić że przez te wszystkie historie zostajemy w tyle z materiałem.

środa, 30 września 2015

Dzień chłopaka, czyli wrzesień dobiegł końca

Mój bezzębny uśmiech podczas wycieczki rowerowej po Jurze.
Lena i Julia
Pierwszy miesiąc szkoły i przedszkola zleciał bardzo szybko. Początek był chaotyczny i męczący. Mama biegała po zebraniach i zaprowadzała nas na zajęcia dodatkowe. Teraz sytuacja zdaje się być już opanowana, a nad moim biurkiem wisi PLAN TYGODNIA. W szkole ciągłe jest zamieszanie z planem lekcji i z zajęciami dodatkowymi. Ja chodzę na: gry planszowe, zajęcia plastyczno- teatralne, gimnastykę korekcyjną, tańce, zajęcia plastyczno- techniczne (są jeszcze zajęcia z czytania, angielskiego, origami, gimnastyki artystycznej). Ciężko było się zdecydować, a i miejsca na listach były ograniczone. Po szkole też nie mam czasu na nudę. Póki co nie mamy zbyt wiele zadawane, ale to dobrze bo mogę odsapnąć po dniu pełnym wrażeń i nabrać sił na kolejne zajęcia: basen, balet i Bystrzak. Na te ostatnie dołączyła do mnie Lenka (ale do młodszej grupy). Mama się zastanawiała jak to z nią będzie. Ja na początku musiałam siedzieć tam z mamusią. Lenka na razie siedziała sama i była zachwycona zajęciami. Ona teraz też weszła w TRUDNY WIEK i stała się nieco marudna (trudny wiek objawia się wzmożonymi pretensjami, krzykliwością, płaczliwością i całą masą zachowań których rodzice nie lubią). Stała się bardzo wrażliwa na ból- kazała pani w przedszkolu dzwonić po mamusię bo ją bolał paluszek. Kiedyś panie zadzwoniły do domu z informacją, że Lenka ma wysoką temperaturę (39). Mama szybko po nią pobiegła, ale na szczęście okazało się że to był fałszywy alarm. Wszyscy odetchnęliśmy z ulgą. Tego dnia odbyło się przyjęcie urodzinowe Lenki i jej koleżanki Julki ( prawdziwe urodziny były w sierpniu, a przyjęcie miesiąc później). Dziewczyny miały tort z Elzą i całą masę gości, którzy przynieśli piękne prezenty. Zabawa była długa i męcząca, zabrakło nawet czasu i siły żeby wszystkie pakunki otworzyć. Tym sposobem Lena hucznie przypieczętowała swoje 4 urodziny. Ja natomiast od ostatniego wpisu straciłam 3 zęby i wyglądam zabawnie bez dwóch jedynek u góry. Jedną z nich zjadłam razem z jabłuszkiem. Jednego z ząbków straciłam w dniu ewakuacji szkoły. Tak, byłam ewakuowana. Nie było to miłe doświadczenie. Byłam wtedy na świetlicy, najpierw kazano nam przejść do sali zerówki. Widziałam za oknem policjantów, ale wtedy to jeszcze nie było straszne. Później usłyszałam (bo mam gumowe ucho) coś o bombie, a panie chciały chyba wynosić meble, wtedy wzrosła moja ciekawość i niepokój. Najgorsze zaczęło się gdy panie kazały się ubrać i zabrać swoje rzeczy. Jak na złość nie mogłam znaleźć polara, pudełka na śniadanie, a nawet butów. Pytałam się pani, czemu musimy wyjść, ale pani tylko w kółko powtarzała że musimy opuścić budynek. Rzeczy w końcu znalazłam, ale brak odpowiedzi doprowadzał mnie do szału. Pytałam i pytałam, aż w końcu krzyczałam już na panią, ale nic nie mogłam się dowiedzieć. Gdy mama mnie znalazła szłam już z dziećmi na teren sąsiedniego przedszkola (tam gdzie chodzi Lenka). Szłam roztrzęsiona, zalana łzami i bez zębów. Inne dzieci jakoś się tym wszystkim tak nie przejęły. Mama mi tłumaczyła, że na przyszłość mam zachować spokój i słuchać pań. Z gazety dowiedzieliśmy si, że podczas prac koło bramy szkoły znaleziono pociski. Dla bezpieczeństwa musieliśmy opuścić budynek szkoły.

niedziela, 6 września 2015

1 wrzesnia


Nie mogłam doczekać się tego dnia, rozpoczęcia roku szkolnego. Wcześniej musiałam się do niego odpowiednio przygotować. Udałyśmy się z mamą na zakupy, chyba polubię to zajęcie. Dostałam nową sukienkę i buciki. W głowie kłębiło się dużo pytań, jaka będzie pani:młoda, stara, czy pierwszego dnia będzie nudno, czy pani będzie mówiła do nas czy tylko do rodziców, jaką będziemy mieć salę? Niecierpliwiłam się bardzo i zasypywałam mamę i tatę milionem ważnych pytań. 1 września 2015 był piękny i upalany. Rano zjadłam śniadanko i wystroiłam się w mój strój galowy. Lenusia przygotowywała się do wyjścia do przedszkola. W sumie bardzo się cieszyła na spotkanie z dziećmi i paniami. Już w szatni spotkała swojego kumpla Dawida i  koleżankę Julkę i w sumie wszyscy razem wpadli do sali i tyle ich widzieliśmy. Julkę odprowadzała siostra Hania, z którą poszłam na rozpoczęcie do szkoły. Pierwsza część odbyła się na sali gimnastycznej. Pani dyrektor witała serdecznie klasy 0-3, a starsze klasy popisywały się tańcem, śpiewem i wierszem. Najbardziej uroczysty moment był gdy poczet sztandarowy wprowadził sztandar, a później stojąc na baczność śpiewaliśmy hymn Polski. W sali gimnastycznej zrobiło się duszno i marzyłam, żeby się to już skończyło. Klasy starsze wyszły ze swoimi paniami i rodzicami do swoich sal. Klasa 0 i cztery klasy pierwsze musiały czekać. Na środek sali wchodziły wychowawczynie i czytano listę dzieci klas:a, b, c i d. Ja jestem w klasie 1c. Nasza pani na imię ma Monika, jest młoda i uśmiechnięta. Miała dla nas niespodziankę. Przyniosła do klasy rybkę, dla której mieliśmy przygotować propozycję imienia. Drugiego dnia pani spisała wszystkie imiona na karteczkach i wylosowała jedną z nich. Rybka jest Bojownikiem, koloru niebieskiego i na imię ma Krabik. Pierwsze dni w nowym otoczeniu minęły mi miło. Zajęcia zaczynam o 8 rano, a o 8:30 idziemy z panią na stołówkę, na śniadanie (więc nie muszę rano jeść w domu). Lekcji mam  4 (poniedziałek, wtorek, piątek) i 6 (środa, czwartek). Przedmioty nazywają się: edukacja wczesnoszkolna (14 godz lekcyjnych), wychowanie fizyczne (3 godz lekcyjne), zajęcia komputerowe (1), język angielski (2), religia (2), etyka (1)- te dwa są do wyboru, a że można na dwa to na razie chodzę na dwa. Oprócz tego wychowawca ma ze swoją klasą jedną godzinę zajęć dodatkowych. Nasza pani podobno była tancerką dlatego będziemy tańczyć i umuzykalniać się. Ok godziny 11 chodzimy na obiad, a po zajęciach na razie chodzę na świetlicę (bo chcę się bawić z dziećmi). W ławce siedzę z koleżanką Hanią, ale sama jeszcze nie wiem czy to tak na zawsze. Po pierwsze pani może nas rozsadzić bo jesteśmy gaduły, a po drugie możemy się pokłócić (albo mieć ochotę siedzieć z kimś innym- już raz tak było i było mi przykro). Na razie pani nie zadawała nam zadań domowych (oprócz pokolorowania zwierzątek). Ten tydzień był bardzo długi i wypełniony super wydarzeniami. Po pierwszym dniu w szkole rodzice zabrali nas do kina na bajkę "W głowie się nie mieści" - świetna bajka dla małych i ich rodziców, tylko długa i Lence było trudno wysiedzieć. Oczywiście spotykaliśmy się na podwórku z naszą paczką, a w sobotę pojechaliśmy do ZOO do Opola.
Z Klaudią i Dawidem w ZOO
To już nasza trzecia wizyta w tym miejscu, ale bardzo nam się tam podoba. Tym razem trafiliśmy na karmienie uchatek i zrobiło to na nas ogromne wrażenie. Popisywały się skakaniem, biły brawo płetwami, pokazywały zęby, śpiewały, chlapały wodą itd... Bardzo nas rozbawiły. Karmienie goryla było mniej imponujące. Pani rzucała mu owoce, a on je leniwie łapał i zjadał. Trochę brakło nam czasu, żeby ze wszystkiego skorzystać, ale może następnym razem. 
 
Wypadałby jeszcze zakończyć rozdział wakacji:
Po powrocie z Grecji spędziliśmy w Krakowie 3 dni, a później podwórkowaliśmy się w Częstochowie. Panowały takie upały, że trzeba było szukać cienia, bo w słońcu nie dało się wytrzymać. Jeździliśmy na rowerach, rolkach, hulajnogach, graliśmy w "diabła", bawiliśmy się w "rodzinę" i "extra agentów".  Bywały dni, że któreś z dzieci miało zły dzień, np. JA:
- Maju, czemu ty się tak zachowujesz? Przecież już rozmawiałyśmy na ten temat.
- No wiesz mamo, to taki wiek...
- Jaki wiek kochanie?
- No trudny...
- Yyy- mama zaniemówiła
- No mam siedem lat, a to trudny wiek.
Bywało oczywiście wesoło i radośnie. Uczestniczyliśmy też w zajęciach w naszej kochanej bibliotece np. w dniu Indian i kowboi. Z okazji urodzin Lenki pojechaliśmy do skansenu w Tokarni (to już nasza druga wizyta). Po wyjeździe taty do pracy odwiedziła nas babcia Krysia, Karinka, Kornelka i Maui. Spędziły u nas kilka dni. Kornelcia szybko się zmienia i za każdym razem zachwyca nas innymi umiejętnościami. Teraz popisywała się raczkowaniem, wstawaniem. Rozśmieszała nas do łez gdy naśladowała ciocię Karinkę, która łaskotała Lenkę. Lenusia leżała na plecach i zalewała się łzami radości gdy Karina ją gilała po brzuchu. Kori przyglądała się temu, a później krzycząc jak mamusia uderzała Lenkę po brzuchu.
 

niedziela, 30 sierpnia 2015

Droga powrotna i urodziny Leny

Oj, rok szkolny mnie zastanie, a ja nie skończę wspominać wakacji w Grecji. Moje urodziny wyznaczają początek wakacji, a Lenki urodziny przypominają, że dobiegają one końca. 22 sierpnia Lenusia skończyła 4 lata. Nie mogła się doczekać tego wydarzenia i bardzo długo dopytywała, kiedy nastąpi ten dzień. Był on bardzo miły, bo oprócz telefonów z życzeniami (od babć, prababć, cioć, wujków i taty) mieliśmy miłych gości. Był u nas dziadek Janusz z Kariną i Kornelcią. Przywieźli całą masę prezentów. Lenka dostała swój portret, i wymarzoną hulajnogę (na której obdarła już dwa kolana i łokieć). Kornelcia była bardzo grzecznym, towarzyskim i wesołym gościem. Bardzo było nam smutno, że dzień szybko zleciał i trzeba było się pożegnać.

25 lipca

Droga do Częstochowy nie miała być prosta, bo w planach było jeszcze zwiedzanie. Na pierwszy rzut poszły Saloniki. To był pierwszy dzień, gdy słońce zaszło za chmury. Początek naszej wycieczki nie był taki upalny (może 30 stopni). Chodziliśmy między współczesnymi kamienicami, budynkami. Między nimi nawciskane są ruiny, a także zabytkowe kościoły czy łaźnie. Spacer po tym mieście osłodził nam fakt zakupienia pamiątek, a uatrakcyjniła wizyta na targu rybnym gdzie śmierdziało. Sprzedawcy zachwalali swoje towary i prezentowali ich świeżość. Lena przeszła przez tą alejkę zatykając nos "Fuuuuuj jak tu śmierdzi, ja chcę do domu!!", a ja byłam zła na tatę, że zabrał nas w tak cuchnące miejsce. Starałyśmy się dzielnie maszerować po ulicach tego dużego miasta. W sumie nam się to udawało, do czasu gdy wyszło słonko. Gdy dotarliśmy do Białej Wieży to marudził nawet tata. Marudził bo zgłodniał... Po obiadku wszyscy ochoczo ruszyliśmy do auta. Wiem, że opis tego miasta w moim wykonaniu jest skromy, ale nie byliśmy tam na żadnym placu zabaw to i o czym tu pisać? Z ruin podobał mi się Łuk Galeriusza i Rotunda (bo tam spotkałam kotka). Z radością wsiedliśmy do auta z klimatyzacją (chociaż na krótsze odcinki korzystaliśmy raczej z otwartych okien). Przed nami było ok 200 km do Meteorów. Chodzi o takie śmieszne góry, na których szczytach umieszczone są klasztory. Nie ma to nic wspólnego ze spadającymi gwiazdami, chociaż krajobraz jest kosmiczny. Droga do naszego celu mijała szybko. Tego dnia widzieliśmy deszcz pierwszy raz od wyjazdu z Polski (13 lipca padało cały ranek). Ostatnie 60 km zaprezentowało nam piękne górskie widoki, ale kręte drogi powodowały, że jechaliśmy znacznie wolniej niż na autostradzie. Jechaliśmy i jechaliśmy, i mimo że odległość była nieduża, to po takim dniu wszyscy mieliśmy dosyć jazdy. Zatrzymaliśmy się na campingu. Spanie pod namiotem to miała być dodatkowa atrakcja dla nas, i była. Bardzo nam się spodobało to miejsce, to że mogłyśmy razem chodzić SAME do toalety, że pilnowałyśmy namiotu. Sama noc była dość ciężka, bo przy 27 stopniach ciężko zasnąć.

26 lipca

Dzień zapowiadał się upalnie i taki był. Plan był, że w zależności od pogody będziemy zwiedzać klasztory pieszo, bądź autem. Prognoza 38 stopni kazała nam wybrać auto z klimatyzacją. Tatuś miał ambicję zobaczenia 4 klasztorów, po 2 miał tak samo dosyć jak my. Panie, które miały na sobie spodnie musiały nakładać na siebie takie płachty, od których robiło im się jeszcze bardziej gorąco. Czasami dobrze być dzieckiem. Widoczki niczego sobie, ale po co w taki upał tam łazić? Czemu nie można by siedzieć na plaży? Marudziłyśmy, że gorąco, że dużo ludzi (którzy prawie zadeptali Lenkę), ale w sumie to nawet fajnie tam było. Dobrze, że są tam drogi dojazdowe i można tam bezpiecznie dotrzeć autem. Czy bym to powtórzyła? Nie, chyba że zrobią tam aquapark. Dobrze, że na naszym campingu był basen i mogłyśmy się tam ochłodzić po takim dniu. Widok z basenu też był piękny. Zdecydowanie większe wrażenie wywarł na nas spacerujący trawnikiem żółw. U nas są jeże, a oni mają żółwie. Kolejną noc spędziliśmy pod namiotem, aby wypoczęci rodzice mogli stawić czoła długiej drodze do domu.

27 lipca

Żeby uniknąć krętych dróg wybrał, tego dnia tata wybrał autostradę. Hmm... wyglądało to tak, że były bramki (płaciło się ok 2E), a za nimi szerokiej drogi raptem parę km i koniec, bo nie zdążyli zbudować reszty. Taka sytuacja miała miejsce chyba 3 razy, a rodzice nie wiedzieli czy to żart. Cóż, dorzucili się grekom do nowych dróg. Mama nie mogła się doczekać drogi przez Macedonię, żeby zobaczyć ładne widoczki. Przejście graniczne pokonaliśmy w 20 min. Nawet zamieniła się z tatą miejscami. Niestety droga do Serbii wiodła nieco inaczej niż do Grecji i widoki były przeciętne. Do kolejnej granicy było ok 300 km, a i tam przejście poszło nam bardzo płynnie. Za Belgradem pojawiły się czarne chmury, które niosły ze sobą deszcz. Taka pogoda krzyżowała nasze plany nocowania pod namiotem (komplikowała). Granica serbsko-węgierska okazała się nieco kłopotliwa. Do okienka dojechaliśmy szybko, ale pan powiedział:
- poczekajcie chwilkę...- zabrał dokumenty i sobie poszedł
Kolejka za nami rosła, a my siedzieliśmy w aucie jak kołki. Po 15 minutach (chyba miał przerwę na dwójeczkę) wrócił i nas odprawił. Tata poczuł węgierskie powietrze i na polskie przywitanie węgierskiego granicznika:
- Polacy? Dzień Dobry
odparł:
- Jó napot kivanok!... Kesenem sipem! Visonlataszro!
Z uśmiechami przejechaliśmy 5m, a tam kolejni panowie w mundurach.  Jeden pan stał do nas plecami i machał ręką, jakby nakazując żeby jechać:
- Jechać, nie jechać? - zastanawiali się rodzice - chyba jechać...- tata toczył niepewnie auto
- STOP!!! - krzyknął tamten
- Jednak nie jechać...
- Proszę wysiąść, otworzyć bagażnik...
- Ok, gdzie byliście?
- W Grecji, na wakacjach...
- Macie papierosy?
- Nie...
Pan rzucił okiem na nasz bałagan i pozwolił jechać.
Rodzice przekraczając tą ostatnią granicę poczuli się prawie jak w domu. Tylko co robić? Robi się późno, głód zaczyna już dokuczać (bo prócz kanapek na stacji benzynowej nic nie jedliśmy), a do tego deszcz ciągle pada. Tata wpadł na pomysł, że zrobimy zakupy w Keczkemecie, zjemy kolację i żeby nie moczyć namiotu prześpimy się w aucie. W bagażniku zrobił dla nas wielkie posłanie, mama zwinęła się w kłębek na swoim fotelu, a sam próbował znaleźć pozycję by trochę odpocząć. Trochę się wygłupiałyśmy bo nie mogłyśmy zasnąć, ale po kilku minutach wszyscy smacznie chrapaliśmy.

28 lipca


ZDJĘCIA
Ok. 5 rano wyruszyliśmy w dalszą drogę. Mieliśmy do zobaczenia jeszcze jedno miejsce, Krainę Lodu. Tata obiecał Lenie i mnie wizytę w Jaskini Lodowej. Troszkę musieliśmy nadrobić km, zapłacić przypadkowy mandacik (drogę zaszedł nam bardzo miły słowacki policjant, który "uświadomił tatę, że jednak cały czas znajdujemy się na terenie zabudowanym i jedziemy nieco za szybko..."). Od tej pory tata słyszał i cierpliwie znosił: "Uwaga, teren zabudowany", "koniec terenu zabudowanego". Słowa tata dotrzymał i dowiózł nas do Kariny Lodu. Z parkingu trzeba było jeszcze kawałek dojść, a mama zachwycała się rześkim powietrzem... Trafiliśmy przypadkiem na grupę z polskim przewodnikiem. W Jaskini było zimno i dużo śniegu i lodu. Dobre oświetlenie i kolorystyka, no i pewnie fakt, że tu kiedyś była Elza, Anna i Olaf (bohaterowie bajki) spowodował że Lenka się nie bała. Wizyta w jaskini bardzo nam się podobała (tunel w lodzie, fakt że tam kiedyś ćwiczyli mistrzowie łyżwiarstwa, obrazki jak z bajki robią wrażenie), ale wszyscy już pragnęliśmy wrócić do Polski. Gdy tylko przekroczyliśmy naszą granicę rodzice zapragnęli odwiedzić Kraków. Tu zawitaliśmy na 3 dni, gdzie my mogłyśmy się  nacieszyć babcią, ciocią, Kori i Maui, a one nami.
    
Po 16 dniach wróciliśmy do domu...