Ostatni tydzień był pełen emocji. W środę nasza pani wychowawczyni straciła głos. Wszystko dlatego, że musi krzyczeć na chłopców, zwłaszcza na Mikołaja. Najpierw nie chciała tego robić, ale zmusili ją do tego rodzice. Pod wpływem historii jakie wyczyniał Mikołaj pani stwierdziła, że zastosuje się do próśb rodziców. Mikołaj skacze po ławkach, wyrzuca nasze rzeczy z plecaków, krzyczy, chodzi po klasie, bije (Julkowi podbił oko), wlewa sok do zupy, a później tym pluje...Już w drugim tygodniu wylądował z Wiktorem u wicedyrektora, a gdy po rozmowie ich rodzice pytali:- Wiktor, a co pan dyrektor mówił?
on odpowiadał:
- Nie wiem.
- Jak to?
- Bo on mówił do Mikołaja, ja oglądałem meble.
Podobną odpowiedź usłyszeli rodzice Mikołaja.
Tak więc, pani postanowiła podnieść głos na chłopaków. Skończyło się to zapaleniem krtani i zastępstwami dla naszej klasy. My dziewczynki bardzo się przejęłyśmy tą sytuacją. Ja przepłakałam pół popołudnia (do tego dołożyło się, że katechetka zamknęła mój plecak z jedzeniem w sali i mnie nie chciała słuchać, jedna dziewczynka zniszczyła mój różaniec z makaronu). Niektóre dziewczynki też płakały, jedna stwierdziła że skoro pani chora to ona do szkoły też nie pójdzie. Na szczęście zastępstwa okazały się fajne, tylko wszyscy rodzice zaczynają marudzić że przez te wszystkie historie zostajemy w tyle z materiałem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz