piątek, 21 grudnia 2012

Świątecznie

Ostatnio Maja tak mało o mnie napisała i miałam taki plan, że dziś będzie dużo o mnie. Niestety znowu w centrum uwagi była moja siostra i nie będę mogła o niej dziś zapomnieć. Wykażę się brakiem dobrego wychowania i zacznę od siebie. Nauczyłam się paru nowych słówek:
OKO - oko u lali, mamy, misia, a u mnie to ucho
MI - miś
HA - konik
BUBU- Kubuś Puchatek
BUBA - Kuba
PUPA - pupa, która robi prrrr (co jest bardzo zabawne)
CYK - włączyć światło
CHOĆ lub OĆ- chodź 
TAM - tam
TIĆ - picie
MHM - mhm
TAK - tak, z ruchem głowy
OP - podnieś mnie
PAM - pan, pani
BAŁAN - banan
CAPA - czapka 
To oczywiście nie wszystko, ale więcej nie przychodzi mi do głowy. Umiem też zadać pytanie:
To to to? - kto to??
Poza tym rodzice mi już bardziej ufają. Pozwalają korzystać z krzesełka Majki i jej kredek. Nawet słyszałam, że dostanę swoje. Zrobili już miejsce przy stoliku. Lubię "rysować" kredkami, a jeszcze bardziej pisakami. Niestety tego jeszcze samej mi nie wolno bo niby jestem zbyt spontaniczna i nie panuje czasami nad rączkami. Dorosłam nawet do sanek i jabłuszka, mama troszeczkę mnie asekuruje, ale to dobrze bo wtedy czuję się bezpieczna. O Zuzi pisała już Maja, ale moja miłość do niej rośnie z każdym dniem. Gdy płacze to ją podnoszę i lulam, a ona się śmieje i ja wtedy jestem bardzo szczęśliwa. Nauczyłam ją robić siku na nocnik, gotuję jej obiadki, a nawet dzielę się swoim jedzeniem. 
Teraz będzie o Majeczce i jej sukcesie. W jej przedszkolu odbyło się choinkowe przedstawienie, na które poszliśmy z rodzicami. Byłam bardzo przejęta gdy dzieci śpiewały i mówiły wierszyki. Wtulałam się w mamusię, albo tatusia. W przerwach zajadałam sobie ciasteczka. Nasza Maja mówiła wierszyk i śpiewała sama jedną zwrotkę piosenki. Wszystko wyszło jej znakomicie i jesteśmy z niej bardzo dumni. Później mama rozmawiała z ciocią Majki i okazało się, że niezłe z niej ziółko. Ona i jej koleżanki to niezłe łobuziaki, a do naszej Majki to ciocia często mawia "Ty, adwokat...". Czy coś więcej muszę dodawać ? 
W naszym domku zrobiło się jakoś inaczej. W dużym pokoju rodzice postawili drzewko. Może oni chcą zasadzić las! Byłoby pięknie. Do tego na drzewku powiesili światełka i bombki. Chciałabym mieć taki piękny kolorowy las...
Coś wisi w powietrzu....

Zdrowych, wesołych, białych,magicznych Świąt Bożego Narodzenia
życzymy Wszystkim, którzy tu zaglądają


Skrócona wersja przedstawienia choinkowego, które śmiało można zatytułować "Mam talent". Oprócz tego, że Maja wykazała się swoimi zdolnościami (co można zobaczyć powyżej) to gdy CIOCIA składała na koniec życzenia i opowiadała o swoich podopiecznych : "... u niektórych dzieci ujawniają się różne talenty...Nikola" i na koniec skarciła jedną z koleżanek z szajki Majeczki. Maja zrozumiała nieco opacznie tą wypowiedź więc podskakując stwierdziła " Ja też, ja też mam talent!" (czego nie można usłyszeć na filmie).

niedziela, 16 grudnia 2012

Święty Mikołaj


Miałam usiąść przed powrotem taty z pracy i coś napisać, bo wtedy jest więcej czasu. Nie usiadłam, a przecież wypada napisać parę słów o Świętym Mikołaju. Był u mnie, o przepraszam, był u nas. Na pytanie mamy czy byłam grzeczna odpowiedziałam:
- W przedszkolu.
Czyli jak widać wystarczy starać się w przedszkolu i wszystko załatwione. 6 grudnia mama, jak zwykle wstała wcześniej od nas i podreptała zaspana do naszego pokoiku (bo my nadal w środku nocy lądujemy w sypialni rodziców) i potknęła się o pudła. Informacja o wielkich prezentach postawiła mnie od razu na nogi, a i Lena z wielkim nieświadomym zainteresowaniem pobiegła za mną. Niesamowite jest to, że ja zapomniałam o liście do Św. Mikołaja, a On pamiętał o nas. Nawet zostawił list, w którym napisał, że za rok muszę być bardziej zdecydowana co bym chciała dostać od Niego. Szczerze mówiąc jak oglądałam reklamy zabawek w TV to wołałam:
JA: Mamo chcę takiego pieska!
Mama: cisza
JA: Albo nie chcę tego pieska tylko tego kotka!!
Mama: Aha
JA: Ooooo  taką kuchnię, albo tą lalkę. Wszystko chcę mieć.
Mama: cisza
Na całe szczęście Mikołaj podsłuchał kiedyś jak powiedziałam, że chciałabym taki komputerek jak ma Malwinka. Taki właśnie dostałam i jestem bardzo zadowolona z takiego prezentu. Z żalem poszłam tego dnia do przedszkola. Lenek dostała lalkę bobasa. Wiecie ja mam bardzo dużo zabawek i pozwalam się nimi bawić Lenie, ale one są moje. Lala została nazwana Zuzia (bo "Zuzia lalka nieduża" to ulubiona piosenka mojej siostrzyczki). Niestety okazało, że prezent Leny był sprawny inaczej i mama wysłała go z powrotem do Mikołaja. Mama to się zna na tych mikołajowych tradycjach jak mało kto. Mikołaj naprawił Zuzie i wysłał do nas elfa z naprawioną lalą:
Dzwonek do drzwi, mama poszła otworzyć, a my zostaliśmy w dużym pokoju
Mama: O dzień dobry.
P.ELF: dzień dobry, pani Wojtal??
Mama: Tak. Pan Elf?
P.ELF: ...cisza
Mama: No z prezentem od Świętego Mikołaja?
P.ELF: ...No tak.
Podobno miał zielone rajstopy, ale jak się zorientowałam co się dzieje to jego już nie było. Naprawiona Zuzia jest fajna i trochę się o nią kłócimy. Trochę pogubiłam się w tej mikołajowej opowieści. Wracając do 6 grudnia. Oprócz zabawek Mikołaj przywiózł nam mróz, śnieg  i osobiście odwiedził nas w przedszkolu. Wcale, a wcale się Go nie bałam. Popołudniu Częstochowa zrobiła się biała, a wieczorem gdy wracałyśmy z mamą z moich dodatkowych zajęć w Bystrzaku trzeba było odśnieżać auto. Nic by nie było w tym dziwnego, gdyby mama w tym śniegu nie zgubiła kluczyków do auta. Trochę się tym zdenerwowała bo nie mogła ich znaleźć. Później rozładował jej się telefon. Historia ta miała szczęśliwe zakończenie, bo wiecie... pierwszy raz jechałam taxówką. Dopiero to moje odkrycie rozbawiło nieco mamę. Do tego, następnego dnia babcia Ania znalazła kluczyk i obeszło się bez dorabiania. Okazało się też, że Mikołaj zostawił prezent u babci Ani, a w sobotę Mikołaja spotkali dziadek Janusz i ciocia Karina. Nazbierało się tych prezentów. W niedzielę poszłyśmy z mamą i moimi kuzynami do teatru na sztukę "Niesamowita przygoda robaczka Kłaczka". Trochę się bałam i wtedy ściskałam mamę mocno za rękę. Jakoś zapewnienia mamy, że wszystko się dobrze skończy do mnie nie trafiały. Choć, jak to czasem bywa, miała racje. Po przedstawieniu przyszło, aż dwóch Mikołajów i wręczali dzieciom prezenty. Mama była zaskoczona gdy oświadczyłam, że pójdę na scenę sama i słowa dotrzymałam. Gdy wyczytali moje imię i nazwisko przedarłam się przez tłum ludzi i wkroczyłam na scenę. Podeszłam do Śnieżynki i odpowiadałam na jej pytania, a do tego podskakiwałam jak piłeczka. Podskakując podeszłam do Mikołaja, podałam rękę, wzięłam wielkie pudełko i nie mogąc już skakać (przez jego ciężar) zeszłam ze sceny.

poniedziałek, 26 listopada 2012

O miłości do Dorki

Tatuńka spakowałyśmy i wysłałyśmy do pracy. W końcu mamy czas, żeby pisać. Myślałam o czym by tym razem, ale najpierw odpowiem na ciągłe pytania babci Krysi czy Lena coś gada: tak, ale wciąż po swojemu. Za to zaskakuje nas swoją spostrzegawczością. Ostatnio tata niedomagał i mama go spytała czy przypadkiem nie ma temperatury, na co pomocna Lena przyniosła tacie termometr. Innym razem Lena biegała z kredkami w buzi. Oczywiście mama uznała to za kiepski pomysł. W końcu Lena pokazuje na TV i mówi DIDI (co oznacza dzidziusia, albo dziecko). Wtedy mama sobie przypomniała spot z dziewczynką, która nie miała rączek wiec pędzelek trzymała w buzi. Może to tylko przypadek? Słów jej ciągle brakuje, ale swoimi sposobami świetnie się z nami dogaduje. No, ale ja nie o tym chciałam pisać. Chciałam dziś napisać o naszej Dorce. Jest ona u nas ponad rok i długo nie mogła się do nas przyzwyczaić. Od jakiegoś czasu wszystko się zmieniło. Dorka już nie chce nas gryźć, daje się głaskać i karmić z ręki. Bardzo ją kochamy, a najbardziej Lenka. Nie ma dnia, żeby nie wyciągała rączek, żeby ją podnieść i pokazać Dorę. Gdy usłyszy, że chomik nie śpi zaciąga do klatki mamę lub tatę. Wykrzykuje "Doka. Doka..." lub "Doko" (czasem brzmi jak KOKO) i cmoka na nią. Po czym oświadcza "Doka am" (co oczywiście oznacza, że chce ją karmić). Bardzo jest tym przejęta. Gdy puszczamy chomika po dużym pokoju jest ona lepszym obserwatorem ode mnie. Nie, żebym ja się nie cieszyła z kontaktu z Dorą. Bardzo lubię brać ją na ręce i głaskać. Miło jest mieć zwierzątko. Ja teraz marzę o kotku, ale tata jest uparty i się nie zgadza. Myślę, że mamę to bym namówiła nawet na konia. Mówi się, że tylko krowa zdania nie zmienia ;).


Rozmowa z mamą, po wyjeździe taty do pracy:
Ja: Gdzie tata??
M: Już pojechał, nie chciał nas budzić. Dał Wam buziaki jak spałyście.
Ja: Mógłby już ten tata zgubić tą pracę. / jedna z mam koleżanek zgubiła pracę i ta dziewczynka już nie chodzi z nami do przedszkola/
M: Maju nie mów tak. Wiesz, że to by było niedobrze, nie mielibyśmy pieniążków.
Ja: Ty byś mogła iść do pracy. Przecież Tobie nikt nie płaci to znaczy, że nie pracujesz. Leżysz i nic nie robisz.
M:.....aha...... No wiesz, mama przecież sprząta, gotuje, opiekuje się Lenką itd...
Ja: Skończmy się opiekować Lenką. Ja chcę z Tobą leżeć i nic nie robić. 

Mama jest nieco ciekawa komu zawdzięcza taką edukację swojej bystrej córeczki.


poniedziałek, 19 listopada 2012

listopadowe szaleństwo

Po długiej przerwie ciężko zacząć pisanie, ale spróbuję. Tatuniek wrócił do domu po 4 tygodniach pracy. Mama się śmieje, że on tam odpoczywa, a pracuje w domu. Na pewno łatwiej mu się tam wyspać, mimo że wstaje po 5-tej rano. U nas spanie przypomina czasami poligon. Nawet najlepsze okopy nie pozwalają się ukryć przed nami. No, ale nie o tym chciałam pisać. Co prawda moi rodzice mieliby znacznie więcej do powiedzenia na ten temat niż ja, czy Lenka. 29 października nasz tata miał urodziny i oni, znaczy nasi rodzice ciągle sobie świętowali. To jakiś mjuzikal, teatr, kręgle i nawet jazda konna - wszystko z okazji tatusiowych urodzin. Dość długo to trwało, ale na szczęście już skończyli. Oczywiście to długie i miłe świętowanie zawdzięczają babci Ani i Krysi, które nas wtedy pilnowały. Jeszcze tylko puzzle, które tatuś dostał od nas, przypominają nam wszystkim, że ... no wiecie... że kolejny roczek za nim. Ja troszkę też skorzystałam na tych urodzinach. Rodzice zabrali mnie do Goszczy, gdzie oni jeździli na konikach, a ja i ciocia Karinka spacerowałyśmy w promieniach słonka po błotku. Na nas też przyszła kolej i przejechałyśmy się na konikach. Poszłam też do teatru, ale nie z rodzicami tylko z moją niezastąpioną matką chrzestną. Byłyśmy w Grotesce na spektaklu "Tygrys i kapitan Morgan".  Przedstawienie bardzo mi się podobało, nie było ani straszne, ani śmieszne. Najbardziej podobały mi się żyrafy, które związały piratów i tygryska. Lena załapała się tylko na spacer po Wawelu. Niestety rezerwacje mamy przepadły, bo te panie źle mamie powiedziały przez telefon o której mamy być i nieco się spóźniliśmy. Mimo wszystko zbyt wiele nie przepadło i udało nam się zobaczyć katedrę i komnaty. Lena w trakcie spaceru usnęła tacie na rękach. Zanim to się jednak stało, dzielnie z nami maszerowała przynosząc dumę rodzicom. Czemu?? Bo wiecie ostatnio nas dopadło przeziębienie. Lenie najbardziej dokuczał (i dokucza) katar. Ona naśladując mnie nauczyła się dmuchać nosek. Bierze papierek, smarka i wrzuca do kibelka, albo targa i rozrzuca po podłodze. Spacerując po komnatach smarkała w rączkę i była z siebie bardzo zadowolona. Teraz ją już chyba kinol boli, albo jej się znudziło bo niechętnie dmucha nosek. Za to tata raz podejrzał jak uczyła lalę wycierać nosek. Innym razem tą samą lalę uczyła siku na kibelku. Skończyło się tak, że Haniula (nasza lala) dała nura głową do sedesu.

niedziela, 28 października 2012

Nie jestem łobuziakiem


Czuję się dotknięta tym ostatnim wpisem Majki, ja łobuz?? Postanowiłam popracować nad sobą. Moją agresywną postawę zmieniłam na przytulanie. Czyli już nie piorę mojej starszej siostry tylko rzucam się na nią by ją przytulić i pocałować. Tylko, że ona czasami mnie odsuwa, wtedy jest mi przykro. No i jeszcze czasami się zapominam i pochodzę do Majki i ją pac, pac, ale zaraz chwila refleksji i rozkładam ramionka i rzucam się na nią. Oczywiście swe pozytywne emocje przelewam też na dorosłych. Gdy coś mi się nie podoba po prostu się obrażam. Wygląda to najczęściej tak, że ktoś mówi "Lenka, NIE", a nie daj Boże w emocjach podniesie głos. Wywalam dolną wargę, robię ją w podkówkę odwracam się na pięcie, ręce zakładam na piersi i smutnym głosem powtarzam "nie, nie". Czasami muszę jeszcze popłakać, gdy ktoś mnie bardzo zrani. Taka już jestem wrażliwa, a nie łobuz. Maja też napisała, że mało mówię. Ma rację, ale i nad tym pracuję. Umiem już gadać z tatą przez telefon, nie widziałam go już bardzo długo (26 dni, a to jeszcze nie koniec):
T: Halo Lenka.
L: Hajo
T: Halo, halo.
L: hajo, hajo
T: Cześć
L: eść
T: Wiesz z kim gadasz??
 L: ta ta, tata. papa


Gadanie może nie najlepiej mi idzie, ale potrafię inne rzeczy np. coraz lepiej wspinam się po meblach (mama pochowała już niektóre krzesełka, stopnie), pomagam też mamie w domu. U nas w domu trochę jest dziwnie wszystko poukładane. Dlatego staram się  dać mamie delikatnie do zrozumienia, że jak się poprzestawia niektóre rzeczy to będzie wygodniej. Mama co jakiś czas urządza pranie, wkłada wszystko do pralki. Ja wpadłam na lepszy pomysł wrzuciłam skarpetki i kilka drobiazgów do kibelka. Mama jednak nie chce zmienić swojego zwyczaju prania w pralce. Idąc dalej tym tropem mama znalazła kiedyś dezodorant i jakiś krem w szafce z butami. No wiecie, wychodzimy i nagle mama sobie przypomina, że się nie wysmarowała tymi pachnidłami i nie musi biec do łazienki bo ma wszystko pod ręką. Niestety to też jej się nie podobało. Buty postanowiłam chować w pościeli. Pod podusią jest ciepło więc i w nóżki będzie nam cieplutko. Myślicie, że ten pomysł przeszedł?? No i jeszcze wymyśliłam, że zabawkowe sztućce można schować pod dywan. Wtedy ich nie widać i nie robią bałaganu na podłodze. Majkowe lakiery do paznokci wrzuciłam do kosza z brudami - ten pomysł się mamie chyba spodobał bo ich nie wyciąga (chyba, że chodzi o to żeby Maja ich nie widziała i zapominała o malowaniu paznokci...). Papier toaletowy chciałam porozkładać po całym domu, żeby nie trzeba było biegać po papierek do wytarcia noska. Ten patent też nie przeszedł, ale za to jedna rolkę ukryłam na czarną godzinę w kasku rowerowym. Kiedyś zrobiłam psikusa i zabrałam pilota do telewizora, mama szukała go pół dnia. W końcu mama wpadła na pomysł i dała mi kolejnego- chciała zobaczyć gdzie go odłożę. Nie zdążyłam bo mama nagle sobie przypomniała, że wkładałam coś i wyciągałam z szafki w dużym pokoju. Zguba się odnalazła. Widzicie jaki mam dar, może będę projektować wnętrza??
 
                                  


Mała próbka obrażonej Lenki

Korzystam też z nocnika:
Na początku byłam niechętna więc mama poprosiła Maję, żeby mi pokazało jak to robić. Spodobało mi się. Gdy mama udaje się w wiadomym celu do toalety idę z nią. Wyciągam nocnik, mama pomaga mi usiąść. Ja cały czas mówię "siiiiiii siiii". Siadam w pieluszce i spodniach, bo tak wygodniej (na gołą pupę nie polecam).  Trwa to 5 sekund wstaję rozkładam rączki mówię " ni ma. O nie" i uderzam się o kolanka. Po co znać tyle słów skoro i bez nich można robić tyle ciekawych rzeczy, a z ludźmi i tak się jakoś dogadam.
Z ciekawostek przyrodniczych. W tamtym tygodniu było tak ciepło, że Maja biegała z krótkim rękawkiem, a w tym tygodniu spadł śnieg. Co dziwniejsze póki co utrzymał się już dwa dni. Sprawdzałam go dziś rączkami, ale zdecydowanie bardziej mi się podoba jak spada z nieba.

niedziela, 21 października 2012

"...Kiep ten, kto da dmuchać sobie w kaszę!" to krasnoludki powiedziały do Skrobka


Widok z "okna" taty pracy. ZDJĘCIA


W poprzednim wpisie zabrakło parę słów o mojej pasji do książek. Bardzo lubię, gdy mama wieczorami czyta mi książki. Mam już swoje ulubione, gdzie na pewno znajdą się "Dzieci z Bullerbyn". Gdy mama się zapyta czy inne mi się nie podobały, to w sumie okazuje się, że i "Karolcia", "Heidi", "Mikołajek" itd... też mi się podobały. Nawet ku wielkiemu zdziwieniu mamy podoba mi się obecnie czytana książka "O krasnoludkach  i sierotce Marysi". Mama mi musi wiele rzeczy tłumaczyć, bo to jakimś dziwnym językiem jest pisane. Bo ta pani co napisała tą książkę to żyła dawno temu, a wtedy tak dziwnie się gadało. Z tego zamiłowania do słuchania wyszło też moje zainteresowanie do literek, których chętnie się nauczyłam. Czasami mi się jeszcze mylą, ale ostatnio nawet się dowiedziałam że jest "u" i "ó". To wszystko jest bardzo skomplikowane, ale z każdym dniem nabiera większego sensu. Te wszystkie literki zaczynają układać mi się w wyrazy, a wyrazy w zdania. Umiem też literować z głowy różne wyrazy np. KOŃ się pisze kuń, hmm a może kóń. To wcale nie jest proste, chyba jeszcze trochę poćwiczę. Z resztą nie prędko zrezygnuje z literatury czytanej przez mamę. Tata też nam czyta, ale jednak to nie to samo. Może dlatego, że mama ma większą wprawę. Tata przecież często wyjeżdża do pracy. Teraz go już nie ma bardzo długo, a mama mówi że nie prędko przyjedzie. Tęsknie coraz bardziej i nawet kazałam mamie zadzwonić do niego do pracy i odwołać mu tą pracę. Podobno tak się nie da. Jak ja jestem chora, albo jak jedziemy do Krakowa to jakoś można zadzwonić do przedszkola i powiedzieć, że mnie nie będzie. Co do mówienia to muszę nieskromnie powiedzieć, że ja w wieku Leny miałam nieco bogatszy zasób słówek. Co prawda jak się z nią przebywa tak długo jak  ja i mama to doskonale wiemy, że
- mama to mama lub tata
- maba to ja lub baba
- bama lub baba to baba
- tata to zazwyczaj tata
Choć czasami nie wiedzieć czemu pani w sklepie też może być mama, bama, maba... Poza tym ja Lenę rozumiem najlepiej np. :
L: ble ble
M: Mamo bo Lena mówi, że jestem pralka.
Jest jeszcze jedna rzecz, o której nie pisałam. Lena mnie strasznie bije. Mama mówi, że ona tak mnie zaczepia, czasami z zazdrości, albo walczy o jakąś rzecz. Co nie zmienia faktu, że ja ciągle obrywam. Bez wstydu dodam, że jej czasami oddaję. Trzymałam nerwy na wodzy długo, ale ile można obrywać od malucha?? Dziś dostałam po głowie plastikową kuchenką, że nie uciekałam (bo wygodnie mi się leżało) Lena mnie prała i prała. Ja płakałam, ale dalej sobie leżałam, więc Lena mnie uszczypnęła w policzek, więc ja w krzyk. Skończyło się tak, że Lena
już miała dość mojego płaczu i sama się rozbeczała. Co mama na to?? Chyba sama już nie wie co robić. Bo Lena i ją biła. Tłumaczenia na niewiele się zdały, pomogło ignorowanie i zagadywanie. Ja tak nie umiem, od razu wołam "Mamo ona mnie bije", a Lena chyba tylko  na to czeka. Łobuz jeden!!

Spacerową porą

niedziela, 7 października 2012

Neeeeee, nie czyli o mnie i Lenie

Lenka wśród swojej literatury
ZDJĘCIA z IX/X
  NIE - to jedno z ulubionych słów mojej młodszej siostrzyczki. Czasami brzmi  jak NE, ale zawsze bardzo stanowcze. Niestety bywa i tak, że mówi "ne", gdy mama coś chce jej dać po czym z chęcią wyciąga łapki lub otwiera buzię. Czasami słychać "ta", albo "tak" co oznacza tak. Co wcale nie musi znaczyć, że Lena tak myśli (choć do obu stwierdzeń dodaje prawidłowe ruchy głową co nadaje powagi całej sytuacji), bo ona przecież może zmienić zdanie. Tak czy siak fajnie jest gdy mama pyta czy zjemy parówy na kolacje, a my ochoczo odpowiadamy TAK. Lena tej stanowczości uczy się niestety ode mnie. Czemu niestety?? Bo ona gdy czegoś bardzo chce to wyciąga ręce i krzyczy (choć czasem zaczyna od stonowanej prośby "dań"). Bywa, że sobie krzyknie ot tak bez powodu. Mama już kilkakrotnie wskazała, że takie a nie inne zachowania Lenka małpuje po mnie. Wiecie, ona chce być taka jak ja. Ja na huśtawkę, ona za mną, ja na łóżko ona też, ja gryzę zabawkę, ona też, ale bez umiaru więc już na zawsze zostaną odbite ślady jej ząbków. Chyba muszę troszkę uważać na to co robię, ale chyba rodzice też muszą mieć się na baczności. Ja chcę być taka jak oni!! Lenka odkrywa w sobie coraz to nowe pasje, typowo kobiece zamiłowania. Uwielbia brać moje pudełko ze skarbami (korale, opaski itp...) i stroić się w świecidełka. Gdy uznaje, że wygląda pięknie przychodzi zaprezentować swoje dodatki. Poza tym zakładanie i ściąganie tych samych korali może urosnąć do rangi sztuki. Lena potrafi siedzieć i powtarzać tą czynność przez kilka minut, a mama się w nią wpatruje niczym w obraz. Ja niestety mam mało czasu, chyba że w przedszkolu, na swoją pasję rysowania. Chociaż i tak mama ma pełne torebki moich rysunków kwiatów i magicznych kul, bo ostatnio tylko to namiętnie rysuję. Lubię też układać puzzle, i muszę się pochwalić że idzie mi ostatnio nieźle, ach i gry planszowe i takie bardziej manualne (o małpkach, czy zgadnij kto to?). Lubię też robić swoją własną biżuterię, to trzeba mieć nie lada cierpliwość żeby nawlekać te małe koraliczki (dziwne, że to lubię bo cierpliwość to raczej cecha charakteru której mi brak). Pokonuję też własne słabości, choć to nieraz kosztem nerwów mamy. Wchodzę na wiszące mosty ("małpi gaj"), w dole nie lada przepaść, a do tego wszystko się rusza. Ja chcę więc idę, gdy zaczynam jęczeć, że się boję mama mówi co mam robić i jest lepiej (chyba że ktoś wpadnie na ten mostek i robi się z niego huśtawka). Gdy przejdę wszyscy są dumni, zwłaszcza ja i powtarzam swój wyczyn (nie oznacza to, że się już nie boję, ale boję się mniej). Tata mówi, że ja się bardziej boję przy mamie, niż przy nim. Fajnie jest gdy najpierw coś wywołuje u mnie lęk, a później okazuje się fajne. Tak było ostatnio w muzeum archeologicznym w Krakowie. Babcia Krysia chciała pokazać mi mumie. Wszystko było ok do momentu gdy się okazało, że sale wystawowe są pogrążone w ciemnościach, a tylko gabloty są podświetlone, to było przerażające. Najpierw oglądnęłam wystawę z rąk mamy i babci, ale wracałam do wyjścia o własnych siłach. Później siłą zaciągnęłam tam tatusia, bo tak bardzo mi się tam spodobało.
Z ciocią Karinką w Krakowie