Blog dla moich bliskich, którzy są daleko i nie mogą na co dzień patrzeć jak rośniemy.
czwartek, 28 października 2010
Co tatuń zabrał do pracy i jak trudno dochawać tajemnicy
Tata dotrzymał danego słowa, a nawet i więcej. Był w domku w niedzielę, poniedziałek i wtorek (po pracy). Niestety co dobre szybko się kończy i tatuniek musiał pojechać na dłużej. Mama postanowiła go przepakować z walizki do plecaka. Ja chętnie przyłączyłam się do pomocy i zapakowałam tacie moje majtki w serduszka i już chciałam wyciągnąć kosmetyczkę gdy powstrzymała mnie mama:
-Chcesz tacie zrobić niespodziankę?
-Taaak
-To przynieś jakiegoś misia to spakujemy do plecaka i się ucieszy jak pojedzie do pracy... -Ja w podskokach pobiegłam do mojego pokoju
-Tylko jakiegoś małego - dodała mama widząc co planuję zabrać z półki- może tego PUCHATKA??
-Dobse - pobiegłam do łóżeczka i przyniosłam Kubusia.Zapakowałyśmy go do plecaka (jeszcze 3 razy sprawdzając czy mu dobrze).
-Tato, tato!! Mam niespodziankę
-Maja, ale nie mów tacie o niespodziance bo to taka nasza tajemnica. O tajemnicy się nie mówi. Buzia na kłódkę i wyrzucamy kluczyk. - to było nawet zabawne, to wyrzucanie kluczyka. Wtedy drzwi się otworzyły i wszedł do domu tata, bo był w sklepie.
-Tato tato!! Mam niespodzian...
-Maja ciiii- upomniała mama i zmieniła temat żeby tata się nie domyślił i jak nie słyszał to znowu mi wytłumaczyła co to ta tajemnica. Po jakiejś godzinie gdy szykowałam się do snu wzięłam tatę za rękę i poszłam do plecaka:
-Tato zobacz jaka niespodzianka - i zadowolona wyjęłam Puchatka z plecaka. Tata i tak wziął Puchatka do pracy, a dziś nawet wysłał mms'a jak to Kubuś za niego pracuje....
Sprawdzałam ostatnio zawartość torebki mamy. Była tam parasolka pod którą ukryłam się przed potworem (wykrzykując "Niech żyje Puchatek!!"), była saszetka cukru, którego mama nie pozwoliła mi otworzyć, portfel, z którego chciałam podkraść "fajne pieniążki", ochronna szminka, którą wsmarowałam sobie w usta siedząc przed lustrem (mama i tak była zadowolona, że już nie wygrzebuję jej zawartości paluszkiem jak to kiedyś czyniłam wykorzystując nieuwagę mamy), długopis, którym pomalowałam sobie policzki i notesik
- Jak chcesz to możesz popisać sobie w tym notesiku - powiedziała mama
- Jakie siku??
- No w tym notesiku. - mama pokazała na zeszycik
-Gdzie jest siku?? - pytałam dalej nie rozumiejąc jak mam popisać po siku i czemu mama pokazuje na zeszycik.
Już tak kiedyś było jak mama kazała mi poskładać karty na kupkę. Przybiegłam po chwili do mamy z dziwną miną, a mama mnie tylko spytała czy chce mi się kupkę. Ja tylko odrzekłam, że nie umiem zrobić kupki na karty.
Inne moje przejęzyczenia nad którymi pracuję:
-Chodź zagramy w strachy- wołam do mamy
-W co??
-W STRA-CHY!!!
- W szachy - domyśliła się mama bo zobaczyła plansze
(Babcia i mama mi tłumaczą :
- To jest wieża, to król i królowa
- A to ksieznicka - podnoszę pionka)
Wracamy do domu i strasznie męczy mnie czkawka:
- Dasz mi pić to przejdzie kawka.
-Ty chcesz pić kawę?? Dzieci piją kawę?? - pyta zdziwiona mama, która widocznie nie słuchała mnie uważnie
-Napiję się i kawka pójdzie...yyyi
-Jaka kawka??
-No KAW-KA ... yyyi
-Aaa czkawka.
czwartek, 21 października 2010
taka niespodzianka
Tatuń pojechał do pracy. Ja po cichutku zapakowałam się do walizki, ale zorientował się że jestem w środku i musiałam zostać w domu z mamą. Na szczęście teraz tatuń pracuje niedaleko i raz na parę dni przyjeżdża do nas by spędzić z nami parę godzin. Gdy ostatnio nas tak odwiedził to po kąpieli powiedziałam do mamy:
- Zaproś go na obiad to przyjedzie.
- Sama go zaproś - powiedziała mama z uśmiechem
- Dobse - powiedziałam i pobiegłam do niego - Tatuńku przyjedź ugotuję pysny obiadek - wyrzuciłam z siebie jednym tchem masując się po brzuszku.
Tatuniek bardzo się ucieszył z zaproszenia na obiad, ale musimy na niego czekać jeszcze do niedzieli.
Dziś nie mogłam się dogadać z mamą. Trochę jestem przeziębiona i jestem marudna (tak twierdzi mama). Mama zrezygnowana spytała czy chcę pogadać z tatą, a ja oczywiście chętnie się zgodziłam:
- Cześć tatuńku
-Ooo cześć Majeczko!! Co słychać?? - tatuń był troszkę zaskoczony
- Mam dla Ciebie niespodziankę - mama od kilu dni zastanawia się nad prezentem na zbliżające się urodziny taty.
- Niespodzinkę, a jaką?? - tata jeszcze bardziej zdziwiony
- Urodzinową
- Taaak?? - tata był już zaciekawiony - a co to za niespodzianka??
- Fajna - odrzekłam
- Ale co to takiego??
- Niespodzianka - Chyba myślał, że się wygadam hihi
Na wszelki wypadek oddałam mamie telefon...
czwartek, 14 października 2010
Pyszna wizyta
Czuję wiele nacisków (z Krakowa), więc mimo wielu obowiązków siadam, piszę i załączam zdjęcia. W ostatnich dniach działo się wiele i nie było czasu na bieżące uzupełnianie bloga. W poniedziałek rano wyruszyliśmy z Krakowa do Częstochowy. Tym razem nie byliśmy sami. W końcu z naszego zaproszenia udało się skorzystać cioci Adze i wujkowi Pawłowi. Po drodze postanowiliśmy pokazać im i sobie uroki JURY. Zatrzymaliśmy się w rezerwacie przyrody "Góra Zborów". Mieliśmy okazję zobaczenia Jaskini Głębokiej i delektowania się krajobrazem i promieniami słońca na szczycie Góry Zborów. Wszyscy zachowywali się dość normalnie poza wujkiem, który myślał że jest kozą i skakał ze skałki na skałkę. Gdyby nie mama, sama chętnie bym przyłączyła do niego.
Wujek jest dość ciekawym ludziem. Z wykształcenia jest kucharzem i pracuje w restauracji. Z zamiłowania jest mechanikiem samochodowym - samoukiem i grywa też na trąbce. Pisałam o nim w maju 2009 roku, to on nas ratował gdy na zakopiance popsuł nam się samochód. Tym razem wujek dał się poznać od strony kucharskiej. Przygotował pyszną kolację, której nie doczekałam bo ze zmęczenia szybko usnęłam. Mama mówi, że wszystko było palce lizać i sama już nie będzie miała odwagi gotować dla wujka bo mogło by to być "bez wyrazu" ;). W końcu miałam więcej czasu by pobawić się dłużej z ciocią, która chyba mnie lubi bo wygłupiała się ze mną i przytulała mnie. Do mojej nowej skarbonki wpadło też parę nowych pieniążków. Ja generalnie znajduję forsę, najwięcej jest w portfelach. Gdy komuś to przeszkadza oznajmiam, że to moje pieniążki. Jak sama nie mogę znaleźć wtedy zwracam się do kogoś "możesz dać pieniążka? , "daj pieniążka" i jeszcze nikt mi nie odmówił (mama mówi żebym tylko papierowe brała). Skarbonka robi się coraz cięższa. Ciocię i wujka zabraliśmy też na Jasną Górę i do Olsztyna (ale to są podstawowe miejsca, które trzeba zobaczyć). Myślę, że wszyscy mieliśmy sporo wrażeń przez dwa dni. Teraz nadrabiamy naszą nieobecność w domu...
Dziękujemy Ciociu i Wujku, że nas odwiedziliście. Przy tej okazji ponawiamy zaproszenie do cioć i wujków, a nawet babć i dziadków, którzy nas jeszcze nie odwiedzili. Czekamy na WAS!!
sobota, 9 października 2010
O Krakowie, o teatrze, o zakupach i o Debrze zwanej Pibą
O Krakowie...
O Krakowie można dużo pisać, ale dziś będzie o jednym, o KORKU. Jechaliśmy z Debrą do weterynarza staliśmy w korku. Na szczęście dzięki kolejce w gabinecie zdążyliśmy. Jechaliśmy do teatru utknęliśmy w korku. W końcu w akcie desperacji babcia wyskoczyła ze mną z auta. Niby, że tramwajem będziemy szybciej. Pewnie by było, ale tramwaj nie mógł przejechać bo na torowisku stały auta. Babcia wzięła mnie na ręce i z Rakowickiej pobiegła na dworzec i tam wsiadłyśmy w tramwaj. Później znowu biegła ze mną na rękach i udało się, zdążyłyśmy na sztukę. Rodzice w tym czasie przesuwali się żółwim tempie krakowskim alejami. W akcie desperacji porzucili auto w centrum miasta. Stwierdzili, że komunikacją miejską szybciej dotrą do wujka Łukasza. Pomysł był dobry, ale okazało się że autobus którym tam mieli dotrzeć miał zmienioną trasę (pewnie jakieś remonty) i gdy się zorientowali, że są na trasie gdzie ten autobus kiedyś jeździł, a teraz już nie jeździ podjęli kolejną desperacką decyzję. Wrócili po auto i tym razem bez korków dotarli do celu. Dziś sobota i pojechaliśmy pospacerować na skałki Twardowskiego i znowu utknęliśmy w korku. Tata wybrnął i pojechał inną trasą. Bo szkoda siedzieć w aucie gdy taka piękna pogoda. Strach pomyśleć co będzie jutro czy w poniedziałek. Ciocia twierdzi, że mamy pecha. Rodzice w takich chwilach cieszą się, że wyprowadziliśmy się do Częstochowy.O teatrze...
To była super przygoda. Poszłam z babcią do teatru Groteska na spektakl pt. "Porwanie Baltazara Gąbki czyli Smok & Roll". Sztuka przeznaczona jest dla dzieci trochę starszych ode mnie (bo od 9 roku życia), ale ja i tak świetnie się bawiłam. Muzyka, kolorowe stroje to jest coś co lubię. Na koniec biłam mocno brawo i wcale nie chciałam wychodzić. Pierwsza wycieczka do teatru została zakończona pełnym sukcesem.
O zakupach...
Zbliża się zima i rodzice postanowili rozejrzeć się za kurteczką dla mnie. Chodziliśmy po jednym z krakowskich targów i nic się rodzicom nie podobało. Mnie o zdanie nikt nie pytał. Już mieliśmy wracać do domu gdy okazało się, że pominęliśmy jedno miejsce. Był tam płaszczyk, który w miarę spełniał oczekiwania moich rodziców. Trzeba było go tylko przymierzyć. To była moja rola, wcale nie taka prosta. Rozpłakałam się nie na żarty i usiadłam na chodniku. Mama tłumaczyła, przekupywała i w końcu zmieniłam zdanie. Płaszczyk był nieco przyduży, ale podwinęliśmy rękawy i nagle wszyscy zaczęli "Och", "Ach". Mama poprosiła o lusterko i ja też zobaczyłam to co wszyscy inni widzieli wcześniej, Zaczęłam się przeglądać obracać. Mama spytała mnie o zdanie i dokonała zakupu. Chciała zdjąć zemnie mój nowy nabytek, a ja w płacz, że nie zdejmę. Wracając do domu było mi trochę za ciepło, może trzeba było posłuchać mamy i zdjąć ten zimowy płaszczyk??
O Debrze zwanej Pibą...
O Debrze już pisałam. Większość naszych bliskich zna ją osobiście lub z opowiadań. Debra jest milutka, ale z racji swojego wieku często choruje i często nie rozpieszcza nas swoimi zapaszkami. Jak już wcześniej pisałam pojechaliśmy z nią do psiego doktora tzn. mama poszła z nią, a ja z tatą poszłam na spacer po parku Jordana. Pan doktor przepisał Pibie antybiotyk i zaczął czytać możliwe działania niepożądane m.in.:
- Skutki uboczne: wymioty, biegunka, zawroty głowy, drgawki, zaburzenia psychiczne takie jak: niepokój bezsenność, omamy, psychozy, dezorientacja, koszmary senne, depersonalizacja. Więc proszę się nie zdziwić jeśli pies będzie myślał, że nie jest psem.- Zakończył pan doktor z poważną miną obserwując reakcje mamy.
- Czyli może zacząć gadać ludzkim głosem... - podsumowała mama będąc nieco przerażona niepożądanymi objawami.
Żarty, żartami, ale Debra odkąd dostała pierwszą dawkę leku już kilkakrotnie została przyłapana w moim małym łóżeczku. Więc może utożsamia się zemną??
Póki co tyle z Krakowa. Ciąg dalszy ze zdjęciami w kolejnym poście...
Póki co tyle z Krakowa. Ciąg dalszy ze zdjęciami w kolejnym poście...
poniedziałek, 4 października 2010
Wyprawa rowerowa
Rowerki w końcu doczekały się małej wyprawy. Do tej pory robiliśmy spacerki, a później albo któreś z nas chorowało, albo leczyło kontuzje po upadku z roweru (ehh ta mama gapa), albo nas nosiło... W sobotę w końcu zaświeciło słoneczko i rodzice postanowili - WYCIECZKA ROWEROWA. Prócz zapału i wstępnego planu zabraliśmy napoje, no i rowery. Autko zostawiliśmy w Złotym Potoku, koło potencjalnego miejsca zjedzenia czegoś na obiad. Trasa przejażdżki nie była zbyt długa i wymagająca. Mama i tak marudziła, że bolą ją mięśnie, które kiedyś miała (czy może coś boleć czego już nie ma??). Dojechaliśmy do Czatachowej, gdzie odwiedziliśmy pewną miłą panią i jej urocze zwierzątka. Rok temu w lipcu pierwszy raz miałam przyjemność poznać tą ciekawą gromadkę. Teraz biegając o własnych siłach (bo wtedy to chodziłam za rączki) mogłam głaskać i karmić kozy, owieczki, świnki, konika i osiołka. Wszystkie stworzonka bardzo mi się podobały, ale najmilej wspominam Kinię (kucyka). Później zrobiliśmy sobie jeszcze mały spacerek do kościółka. Miejscowość, w której byliśmy słynie z mieszkających tam pustelników, którzy to odprawiają egzorcyzmy. Poza tym leży w malowniczym miejscu. Ciężko było mi się rozstać ze zwierzakami, ale cóż... zgłodnieliśmy nie na żarty. W drodze powrotnej zasnęłam w foteliku, a gdy się obudziłam czekała już na mnie rybka i fryteczki.
O tym jak mama używa trudnych słów.
Idziemy drogą, mijamy gospodarstwa. Przy jednym leżą dwa nieuwiązane psy i leniwie szczekają, nawet im się wstać nie chce. Ja przykucam, ściskając w dłoniach wcześniej zebrane kamyczki i próbuję nazbierać nowych, jednocześnie zagaduje leniwe psiaki.
- Majeczko nie zaczepiaj piesków i chodź - gdera ta moja kochana mamusia.
- Ja zbieram kamyczki - odpowiadam zgodnie z prawdą.
- Myszko jak któryś zaraz wstanie i podejdzie do Ciebie to się zdziwisz. - tym razem oszczędziła mi opowieści o tym, że pieski mnie mogą ugryźć.
Pozbierałam co miałam pozbierać i podeszłam do mamy:
- Ehh zdziwiłam się... - psy leżały dalej pod drzewem szczekając na nas.
Mama musiała mi wytłumaczyć co to jest to zdziwienie, ale dalej nie bardzo wiem co mama miała na myśli.
O tym jak mama używa trudnych słów.
Idziemy drogą, mijamy gospodarstwa. Przy jednym leżą dwa nieuwiązane psy i leniwie szczekają, nawet im się wstać nie chce. Ja przykucam, ściskając w dłoniach wcześniej zebrane kamyczki i próbuję nazbierać nowych, jednocześnie zagaduje leniwe psiaki.
- Majeczko nie zaczepiaj piesków i chodź - gdera ta moja kochana mamusia.
- Ja zbieram kamyczki - odpowiadam zgodnie z prawdą.
- Myszko jak któryś zaraz wstanie i podejdzie do Ciebie to się zdziwisz. - tym razem oszczędziła mi opowieści o tym, że pieski mnie mogą ugryźć.
Pozbierałam co miałam pozbierać i podeszłam do mamy:
- Ehh zdziwiłam się... - psy leżały dalej pod drzewem szczekając na nas.
Mama musiała mi wytłumaczyć co to jest to zdziwienie, ale dalej nie bardzo wiem co mama miała na myśli.
wtorek, 28 września 2010
cytowanki
Muszę przyznać publicznie, że jestem bałaganiarą. Miałam po kim odziedziczyć tą umiejętność. Sprzątać po sobie umiem i czasami robię to z wielkim zapałem, a czasami, cóż mama musi się nagadać. Kilka razy rodzice zabrali mi zabawki, których nie chciałam posprzątać i teraz naprawdę się staram. Mama jest wyrozumiała i pozwala mi na roznoszenie zabawek po całym domu. Ostatnio miarka się jednak przebrała i mama do znudzenia powtarzała:
- Posprzątaj te zabawki bo ktoś się przewróci.
- Posprzątaj bo niechcący nadepnę i Ci coś zepsuję.
-Posprzątaj te gazetki bo się na nich ktoś poślizgnie i przewróci - powiedziała łapiąc równowagę.
W końcu na kolejną reprymendę odparłam:
-Podnoś nogi do góry - a po chwili zastanowienia - to są moje zabawki.
W końcu i tak musiałam trochę posprzątać, ale jak to mówią nauka w las nie idzie...
***
W ostatnim tygodniu byłam trochę niegrzeczna. Kłóciłam się z mamą, albo z Marychną ( z czego mama była w głębi zadowolona bo wtedy nie kłóciłam się z nią).Obiecuję też różne rzeczy (choć nie wiem co to znaczy), a później nie wywiązuję się z nich. Razu pewnego Mama mi przypominała kolejny raz o danym słowie, gdy nagle przerwała w pół zdania i krzyknęła. Szybko do niej pobiegłam i okazało się, że przycięła sobie palca drzwiami od szafy. Gdy zobaczyłam pierwsze łzy w oczach i wykrzywioną buzię objęłam mamę (tak jak ona to robi gdy ja płaczę):- Nie płacz, już dobrze kochanie...
Dalej miała minkę nietęgą, a oczy zaszklone:
- Nie płacz bo będziesz miała szpikulce (tzn. katar), przyniosę Ci papierek.
Kiedy wróciłam z papierkiem mama już się uśmiechała, a nawet można powiedzieć że się śmiała.
***
Drodzy dorośli ja was słyszę, choć nie zawsze słucham. Jeśli nie chcecie żebym coś mówiła to musicie uważać żeby tego przy mnie nie mówić. Raz dziadek M. powiedział mi, że jestem gruba (żarty czy nie, ja pamięć mam dobrą). Kiedyś w niedzielę szłyśmy z mamą do babci i dziadka na obiad:-Mamo...
-Tak?
-Gdzie idziemy?
-Do babci Ani na obiadek.
-Nie chce jeść.
-Czemu?
-Bo jestem za gruba.
Na szczęście jak doszłam do babci zapomniałam o tym i mimo wszystko trochę zjadłam.
***
Mama ma powody do zadowolenia bo od 9 dni śpię bez pieluszki w nocy. Zaczęło się tak, że obudziłam się z płaczem w nocy że chcę siku. Mama zdjęła mi pieluchę, a gdy później chciała mi założyć suchą ja oświadczyłam, że "nie bo mi jest gorąco". Zaspana mama nie miała siły ze mną dyskutować i od tamtej pory kładę się spać bez pieluchy. Na 9 nocy tylko 3 zakończyły się niepowodzeniem, więc myślę że to duży sukces. Mniej radosna nowina jest taka, że od 9 dni nie śpię w ciągu dnia więc mama czasami jest zmęczona moim gadaniem...
sobota, 18 września 2010
Jesień przyszła, nie ma na to rady...
"Przyszła jesień, spadają liście. Są żółte, pomarańczowe, czerwone i zielone. Robi się coraz zimniej..."
Tęsknie już za zabawami w piaskownicy i nie mogę się wciąż doczekać śniegu. Póki co korzystamy z promieni słońca i spacerujemy po naszym osiedlu. Najczęściej towarzyszy nam Malyśka i jej mama Ola. Ja to jak tylko usłyszę, że idziemy na spacer to pytam "Gdzie Malyśka??". Czasami wydaje mi się, że ją słyszę "Yyy słyszysz?? To chyba Malysia.".
Przed wyjazdem taty do pracy nazrywaliśmy jarzębiny i zrobiliśmy piękne naszyjniki i bransoletkę. Ja i mama byłyśmy księżniczkami i królowymi. Lubię przymierzać korale i różne świecidełka. Pojechaliśmy też na spacer do lasu. Udało nam się znaleźć parę grzybków. Jakiś czas temu byliśmy też w Rudniku i tam też szukaliśmy grzybków. Bardzo lubię tam jeździć bo jak tylko nie pada deszcz i jest ciepło to można siedzieć na podwórku. No i bardzo mi się podobają ogniska, to wrzucanie patyków do ognia, pyszna kiełbaska i śpiewy przy akompaniamencie gitary...
- Mamo, nie poznaję cię.
- Dlaczego?? - pyta mama
- Bo jestem niegłupia.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


