Dziś miałam tyle wrażeń, że nie wiem od czego zacząć. Dzidek Marek i babcia Ania zabrali mnie i mamę do Złotego Potoku na dzień PSTRĄGA. Rybka w migdałach była przepyszna. Tam się tyle działo że nie wiele z niej zjadłam i nie mogłam usiedzieć na pupie. Mama to by chciała, żebym była grzeczna, mówiła "plose, dziekuje i pseplasam" i się jej zawsze słuchała. A ja mam tylko dwa latka i nie mogę usiedzieć na miejscu, a kary mamy nie robią na mnie większego wrażenia. Gdy wszyscy zjedli mogliśmy wreszcie ruszyć na podbój wesołego miasteczka. Jechałam pociągiem, ale po kilku okrążeniach znudziła mi się trasa i chciałam już wysiąść. Szkoda tylko, że mama nie mogła zatrzymać pędzącej lokomotywy. Później poszliśmy do takiego nadmuchanego basenu gdzie było dużo piłek. Tam to mi się tak spodobało, że gdy mama powiedziała, że to koniec popłynęły mi wielkie łzy i zaczęłam lamentować. Mama i babcia zlitowały się i mogłam poskakać jeszcze 5 minut. Z grymasem opuściłam tą zabawę. Kolejnej atrakcji mama nie mogła mi darować. Przejażdżka na kucu o iminiu Waldek. Nie mogłam zapamiętać i uporczywie powtarzam VOLVO. Szybko mi się znudziła ta jazda, bo chciałam jeszcze jechać na KUBIE (z początku myślałam, że to tatuń, ale w końcu pojęłam że to konik ma tak na imię). Wszystko mi się bardzo podobało, a na koniec dostałam niebieską piłkę od babci. Gdy pojechaliśmy do Śmiertnego Dębu do cioci i wujka okazało się, że kolor piłki "nie pasuje" do trawy. Tu największe wrażenie wywarła na mnie łąka. Skakało tam tyle koników polnych i rosły kwiatuszki. Szkoda, że mamie padła bateria w aparacie...
Teraz czas się spakować i wyruszyć w drogę do Krakowa.
Blog dla moich bliskich, którzy są daleko i nie mogą na co dzień patrzeć jak rośniemy.
sobota, 31 lipca 2010
czwartek, 29 lipca 2010
Trochę chmur, trochę słońca
Trochę zasiedziałam się w Częstochowie. Rodzice starają się jak mogą urozmaicać mi czas. Jak był tatuń to jeździliśmy na wycieczki autkiem (Złoty Potok, Śmiertny Dąb) i rowerkiem. Jak tata jest w pracy to dużo czasu spędzam w piaskownicy z moją "koleznką Malysią". Pogoda ostatnio się ochłodziła i w domku więcej siedzimy. Najwyższy czas pomyśleć o jakiejś większej "wyprawie".
niedziela, 25 lipca 2010
Pożegnanie...
Ostatnie tygodnie były bardzo trudne. W piątek pożegnaliśmy naszą kochaną prababcię Dzidzie. Trudno to pojąć i zrozumieć dorosłym, a co dopiero mi...
piątek, 16 lipca 2010
Zapisane wcześniej
Zamieszczam posta, którego napisałam już dawno. Wydarzenia ostatnich dni nie sprzyjają publikowaniu. Mój świat jest inny niż ten dorosłych, taki równoległy. Moje problemy często wywołują uśmiech u dorosłych, a ich sprawy są często nudne. Nie wszystko rozumiem, ale odczuwam emocje, a te w ostatnich dniach bywały różne. Dobrze wiem, że z moją kochaną prababcią Dzidzią dzieje się coś niedobrego. Już tak długo jest w szpitalu. Mnie tam nie chcą zabrać, choć ich prosiłam.
Przygotowany POST:
Ostatnie dni są dość smutne. Rozchorowała się babcia Dzidzia (prababcia) i często goszczą smutne miny u moich bliskich. Mam nadzieję, że babcia szybko wyjdzie ze szpitala i wróci do domku. Ani ona, ani ja nie lubimy lekarzy i białych fartuchów.
Teraz chciałam coś sprostować. Autorem urodzinowego wierszyka nie jest ciocia Karinka, ani babcia Krysia (a takie podejrzenia były). Babcia wątpiąc w swój talent poetycki sięgnęła do tzw. gotowców. Autor tego poematu jest nieznany, ale i tak bardzo przypadł mi do gustu wierszyk o zwierzątkach i balonikach.
Krótkie opowiastki:
Wracając ze spaceru zerwałam dla mamy kwiatuszka. Ona stwierdziła, że to koniczynka i do tego czterolistna. Ponieważ zerwałam tylko jedną i to TAKĄ mamusia stwierdziła, że pewnie wszystkie są "szczęśliwe" i poszła się przyjrzeć reszcie. Sama może raz życiu trafiła na taki okaz. Okazało się, że reszta była trzylistnych. Taki traf....
- Majeczko tak schudłaś, że muszę Ci kupić worek słodyczy - powiedziała ciocia,
- A może kawałek boczku?? - spytał dziadzio.
Spodobało mi się i zaczęłam wykrzykiwać po sklepie:
- Zboczek, zboczek, zboczek!!
Chwilkę później, dziadek strasznie się upierał i ciocia powiedziała:
- Jesteś uparty jak osioł.
Też mi się spodobało, ale nie mogę zapamiętać słowa "uparty" więc:
"Dziadek jest jak osioł..."
W końcu po paru dniach zapamiętałam to rudne słowo - Upalty!!
Byliśmy w Złotym Potoku, gdzie pluskałam się w Amerykanie. Poznałam Amelkę, z którą nie wychodziłyśmy z wody prawie 3 godziny. Bardzo mi się podobało gdy podpływała do nas rodzina kaczek i ławice rybek. Było ich dużo i miały czerwone ogonki.
Dużo czasu spędzam z moją koleżanką Marysią. Gdy wychodzę na podwórko zaraz pytam "gdzie Malysia?". Marysia nie umie jeszcze mówić i nawołuje mnie po swojemu "JAJA!!!". Bawimy się razem w piachu, wspinamy po drabinkach, huśtamy się i zjeżdżamy ze zjeżdżalni. Zawsze kłócimy się o zabawki, a Marysia uwielbia zabierać mi czapki, opaski i buty. Ja z początku jej na to pozwalałam, ale teraz nie daję sobie w kaszę dmuchać. Najbardziej lubię gdy mama Ola (mama Malysi) zaczyna nas częstować smakołykami. Ona ma zawsze lepsze rzeczy do jedzenia niż mama. Ostatnio przypadły nam do gustu parówki, które wcinamy siedząc na schodach przed blokiem. Trzeba pamiętać, że piciem się nie dzielimy. Każdy ma swój kubeczek. Marysi zawsze się podobają moje, a mi jej napoje i musimy walczyć z pokusą.
Przygotowany POST:
Ostatnie dni są dość smutne. Rozchorowała się babcia Dzidzia (prababcia) i często goszczą smutne miny u moich bliskich. Mam nadzieję, że babcia szybko wyjdzie ze szpitala i wróci do domku. Ani ona, ani ja nie lubimy lekarzy i białych fartuchów.
Teraz chciałam coś sprostować. Autorem urodzinowego wierszyka nie jest ciocia Karinka, ani babcia Krysia (a takie podejrzenia były). Babcia wątpiąc w swój talent poetycki sięgnęła do tzw. gotowców. Autor tego poematu jest nieznany, ale i tak bardzo przypadł mi do gustu wierszyk o zwierzątkach i balonikach.
Krótkie opowiastki:
Wracając ze spaceru zerwałam dla mamy kwiatuszka. Ona stwierdziła, że to koniczynka i do tego czterolistna. Ponieważ zerwałam tylko jedną i to TAKĄ mamusia stwierdziła, że pewnie wszystkie są "szczęśliwe" i poszła się przyjrzeć reszcie. Sama może raz życiu trafiła na taki okaz. Okazało się, że reszta była trzylistnych. Taki traf....
***
Teraz o sikaniu. Opanowałam już do perfekcji wołanie na nocniczek. Ostatnio poszłyśmy na zakupy (bez pieluchy). Po drodze wołałam "siku, siku, siku", ale okazało się jednak, że mi się nie chce. Gdy podczas kupowania (mama już płaciła) ponowiłam wołanie, mama błagalnie powiedziała "trzymaj kochanie". Jaka była zdziwiona gdy 3 sekundy później siedziałam w kałuży sików. Dobrze, że było ciepło... Dla pociechy mamy, mogę dodać tylko tyle, że miała szczęście że nie niosła mnie na barana. Moja koleżanka Marysia (młodsza, 17 miesięcy) tak właśnie załatwiła swojego tatuńka na spacerku (hihi)... Z Marysią na huśtawce
***
Dalej o sikaniu. Oprócz tego, że wołam "siku, siku, siku" chcę już sama siadać na nocniczek (mama mi tylko spodenki musi ściągnąć, a później SAMA). Tak też było pewnego wieczoru. Zasiadłam wygodnie na moim żółtym tronie. Niestety siedziałam krzywo i wszystko wysiusiało się na podłogę. Mama trochę rozbawiona posadziła mnie na łóżku i wrzuciła do kałuży to co miała pod ręką (moje majtki). Kałuża okazała się sporym jeziorkiem więc pobiegła po szmatę. Jak wróciła ja siedziałam już w tym jeziorku i taplałam się moimi majteczkami. Oj, mama nie była już taka zadowolona.***
W sklepie z ciocią Kalinką i dziadkiem Januszem:- Majeczko tak schudłaś, że muszę Ci kupić worek słodyczy - powiedziała ciocia,
- A może kawałek boczku?? - spytał dziadzio.
Spodobało mi się i zaczęłam wykrzykiwać po sklepie:
- Zboczek, zboczek, zboczek!!
Chwilkę później, dziadek strasznie się upierał i ciocia powiedziała:
- Jesteś uparty jak osioł.
Też mi się spodobało, ale nie mogę zapamiętać słowa "uparty" więc:
"Dziadek jest jak osioł..."
W końcu po paru dniach zapamiętałam to rudne słowo - Upalty!!
***
Upał daje nam się we znaki, a niewątpliwą ulgę przynoszą kąpiele. Rodzice zabierali mnie do mojego kuzyna Eliaszka, z którym razem kąpaliśmy się w baseniku. Eliasz choć sporo młodszy, w wodzie czuje się jak ryba i nie krzywi się gdy mu woda nakapie do oczu. Baseniki to fajna rzecz, ale jeszcze lepsze są stawy.Byliśmy w Złotym Potoku, gdzie pluskałam się w Amerykanie. Poznałam Amelkę, z którą nie wychodziłyśmy z wody prawie 3 godziny. Bardzo mi się podobało gdy podpływała do nas rodzina kaczek i ławice rybek. Było ich dużo i miały czerwone ogonki.
Dużo czasu spędzam z moją koleżanką Marysią. Gdy wychodzę na podwórko zaraz pytam "gdzie Malysia?". Marysia nie umie jeszcze mówić i nawołuje mnie po swojemu "JAJA!!!". Bawimy się razem w piachu, wspinamy po drabinkach, huśtamy się i zjeżdżamy ze zjeżdżalni. Zawsze kłócimy się o zabawki, a Marysia uwielbia zabierać mi czapki, opaski i buty. Ja z początku jej na to pozwalałam, ale teraz nie daję sobie w kaszę dmuchać. Najbardziej lubię gdy mama Ola (mama Malysi) zaczyna nas częstować smakołykami. Ona ma zawsze lepsze rzeczy do jedzenia niż mama. Ostatnio przypadły nam do gustu parówki, które wcinamy siedząc na schodach przed blokiem. Trzeba pamiętać, że piciem się nie dzielimy. Każdy ma swój kubeczek. Marysi zawsze się podobają moje, a mi jej napoje i musimy walczyć z pokusą.
niedziela, 4 lipca 2010
3 lipca - Moje 2 urodziny
Co za dzień :). Rano przyjechał dziadek Janusz, ciocia Karinka i Debrunia (ja już dzień wcześniej spacerowałam z koralami babci wołając "Chodź Deblus"). Byliśmy na spacerku, a po obiadku dmuchałam znowu świeczuszkę na "torciku". Bardzo byłam szczęśliwa, że mam takich gości. Od rana odbierałam telefony z życzeniami, tyle osób o mnie pamiętało (Dziękuje wszystkim). Ciocia Kalinka napisała dla mnie piękny wierszyk:
Było bardzo fajnie bo wreszcie mogłam się powygłupiać z ciocią Karinką (nikt tak się nie wygłupia jak ona). Szkoda tylko, że mama nie chciała jechać ze mną do babci Klysi, do Krakowa. No i tatuńka też mi brakowało do pełni szczęścia.
Idzie miso, idzie konik, małpka, piesek no i słonik
Wszyscy razem z balonami, z najlepszymi życzeniami,
Bo to dzień radosny wielce- masz już jeden roczek więcej.
(do tego piękna ilustracja)
Było bardzo fajnie bo wreszcie mogłam się powygłupiać z ciocią Karinką (nikt tak się nie wygłupia jak ona). Szkoda tylko, że mama nie chciała jechać ze mną do babci Klysi, do Krakowa. No i tatuńka też mi brakowało do pełni szczęścia.
wtorek, 29 czerwca 2010
Urodzinowy tydzień czas zacząć
Tatuniek oglądał mecz, a mama czekała aż przyjdę żeby mi poczytać bajkę. Weszłam do pokoju, rozłożyłam ręce, usta wygięłam w podkówkę:
- Jest ploblem - oznajmiłam
- Jaki problem?? - spytała mama, udając zaniepokojenie
- niebieski - odpowiedziałam z poważną miną i kiwając głową.
Tak naprawdę to mamusia miała problem, ale kilka dni później. Zacznijmy od początku. Normalnie urodzinki mam 3 lipca, ale ponieważ tatuniek został wezwany do pracy wcześniej więc termin moich urodzin został przeniesiony. Najpierw w niedziele rodzice wzięli mnie na spacerek z urodzinowym lodem, a później wręczyli prezent. Jak byliśmy nad morzem zamarzył mi się latawiec, nie mogliśmy go tam kupić więc rodzice zrealizowali moją zachciankę dopiero teraz. Latawiec jest piękny z Kubusiem Puchatkiem, ale jestem jeszcze za mała i sobie nie radziłam z jego puszczaniem, za to skutecznie przeszkadzałam tacie. Prezencik najbardziej spodobał się właśnie jemu. Gdy mama oznajmiła powrót do domu:
- Naprawdę musimy już iść? Jeszcze trochę...- powiedział tata z nadzieją w głosie. Mama powędrowała po cieplejsze ubranko dla mnie i zestaw do piaskownicy. Wiatr ( a może jego niejednostajność) nie ułatwiał zadania, ale troszkę latawiec się unosił. Kiedy późno w nocy w końcu usnęłam, mama podjęła próbę pieczenia tortu, pierwszy raz. Mama jest antytalenciem kulinarnym, cały pakiet kucharskich zdolności i pasji odziedziczyła ciocia Karinka. Babcia Krysia przysłała mamie przepis ze wszystkimi szczegółami, tak jej się wydawało. Mama trzymała się ściśle wskazówek i nawet jak jej się wydawało, że może trzeba by było coś inaczej starała się nie improwizować (żeby tylko się torcik udał). W sumie się udał, bo smaczny był i większa jego część zniknęła. Tylko jedna rzecz nie wyszła, a i tak była dobra. Babcia stwierdziła, że nie trzeba pisać, że trzeba zmixować masę, bo to oczywiste. Mama zaś stwierdziła, że mixować nie będzie skoro w przepisie nie ma. Mimo tej małej nieścisłości tort był, a co najważniejsze świeczka, którą dwa razy zdmuchnęłam. Byli goście i śpiewali mi STO LAT. Bardzo się cieszyłam, bo długo czekałam na ten dzień.
Szkoda tylko, że pod koniec dnia strasznie zaczęłam chrypieć (tak od kilku dni coś mnie męczy) i ciężko mi się oddycha. Chyba będę musiała trochę się pooszczędzać...
W urodzinach udział wzięli : babcia Dzidzia, babcia Ania i dziadek Marek, ciocia Kasia i wujek Marcin, Mikołaj i Maliwnka, moi rodzice i JA
- Jest ploblem - oznajmiłam
- Jaki problem?? - spytała mama, udając zaniepokojenie
- niebieski - odpowiedziałam z poważną miną i kiwając głową.
***
Tak naprawdę to mamusia miała problem, ale kilka dni później. Zacznijmy od początku. Normalnie urodzinki mam 3 lipca, ale ponieważ tatuniek został wezwany do pracy wcześniej więc termin moich urodzin został przeniesiony. Najpierw w niedziele rodzice wzięli mnie na spacerek z urodzinowym lodem, a później wręczyli prezent. Jak byliśmy nad morzem zamarzył mi się latawiec, nie mogliśmy go tam kupić więc rodzice zrealizowali moją zachciankę dopiero teraz. Latawiec jest piękny z Kubusiem Puchatkiem, ale jestem jeszcze za mała i sobie nie radziłam z jego puszczaniem, za to skutecznie przeszkadzałam tacie. Prezencik najbardziej spodobał się właśnie jemu. Gdy mama oznajmiła powrót do domu:
- Naprawdę musimy już iść? Jeszcze trochę...- powiedział tata z nadzieją w głosie. Mama powędrowała po cieplejsze ubranko dla mnie i zestaw do piaskownicy. Wiatr ( a może jego niejednostajność) nie ułatwiał zadania, ale troszkę latawiec się unosił. Kiedy późno w nocy w końcu usnęłam, mama podjęła próbę pieczenia tortu, pierwszy raz. Mama jest antytalenciem kulinarnym, cały pakiet kucharskich zdolności i pasji odziedziczyła ciocia Karinka. Babcia Krysia przysłała mamie przepis ze wszystkimi szczegółami, tak jej się wydawało. Mama trzymała się ściśle wskazówek i nawet jak jej się wydawało, że może trzeba by było coś inaczej starała się nie improwizować (żeby tylko się torcik udał). W sumie się udał, bo smaczny był i większa jego część zniknęła. Tylko jedna rzecz nie wyszła, a i tak była dobra. Babcia stwierdziła, że nie trzeba pisać, że trzeba zmixować masę, bo to oczywiste. Mama zaś stwierdziła, że mixować nie będzie skoro w przepisie nie ma. Mimo tej małej nieścisłości tort był, a co najważniejsze świeczka, którą dwa razy zdmuchnęłam. Byli goście i śpiewali mi STO LAT. Bardzo się cieszyłam, bo długo czekałam na ten dzień.
Szkoda tylko, że pod koniec dnia strasznie zaczęłam chrypieć (tak od kilku dni coś mnie męczy) i ciężko mi się oddycha. Chyba będę musiała trochę się pooszczędzać...
W urodzinach udział wzięli : babcia Dzidzia, babcia Ania i dziadek Marek, ciocia Kasia i wujek Marcin, Mikołaj i Maliwnka, moi rodzice i JA
niedziela, 27 czerwca 2010
Dziwne przypadki
Razu pewnego, gdy mama rozmawiała z ciocią Karinką na skypie, Tatuniek był nieco pochłonięty sprawami domowymi, a mi zachciało się siku:
- siku, siku, siku!!!
Mama zagadana nie zwróciła nawet na mnie uwagi, ale tatuń nie zawiódł przybiegł z nocnikiem. Mi się odechciało, więc trochę się poprzekomarzałam z tatą.
- Nie chce...
- To chcesz siku, czy nie??
- Nie chce - tata zabrał nocnik i wyszedł
Po chwili zaniepokojona mama, zbyt długą ciszą (bo ja się nie odzywam tylko jak śpię) spojrzała na mnie. Ja sobie kucam i nagle na dywanie wyrósł brązowy bobek (bo tatuń nie założył mi majtek i spodni).
- Maja!! - zawołała mama
- siku, siku, siku!!! - zawołałam przerażona.
Rozpoczęliśmy sezon rowerowy. Póki co podoba mi się jazda w foteliku i nie marudzę. Zadaję tylko dużo pytań:
- gdzie tatuń??
- jedziemy na plac zabaw??
- światełko, masz mamuś światełko?? mogę włączyć??
- gdzie tatuń ??
I tak mogę bez przerwy...
Gdy wróciliśmy z naszej przejażdżki tata pownosił rowery na pół piętro. Mama wniosła mnie na drugie piętro:
- Idź Maja do domu, a ja wniosę jeszcze rower żeby było szybciej...
Tata wprowadził rower do domu, mama zeszła po drugi. Ja zostałam zupełnie sama. Postanowiłam, że nie posłucham mamy. Już umiem wchodzić sama po schodach więc poszłam wyżej. Mama niosąc rower woła:
- Maja, gdzie jesteś??
cisza
- Kuba, weszła Maja do domu??
- Chyba nie - odpowiada tatuń szukając mnie w mieszkaniu
- Maja!!!
cisza
- Maja!! - Mama troszkę wystraszona, że mogę spaść, ale i zła że jej nie posłuchałam
- No oddycham!! - odpowiedziałam uśmiechając się z półpiętra do rodziców
- Oddycham, oddycham haha aaaa uuhhh - zakończyłam robiąc głęboki wdech i wydech.
W domu ciągły remont, a ja się tym nie przejmuję. Rozkładam zabawki gdzie się da. Kiedyś ciągnęłam pluszowego miśka za sobą po podłodze, a mama powiedziała:
- Maja nie ciągnij go po podłodze, tam jest kupa kurzu.
Nie bardzo rozumiejąc o co jej chodzi kontynuowałam swoją zabawę. Mama wzięła pluszaka i zaniosła do mojego pokoiku. Po paru minutach dołączyłam do mamy oznajmiając:
- Kupa!! tam jest!!
- Gdzie jest kupa?? - mama ze strachem spytała. Ja pieluszek używam już tylko do spania i na dłuższe wyprawy autem, więc mama miała czarne myśli.
- Tam jest kupa!! - powiedziałam i ruszyłam do dużego pokoju.
- No gdzie?? - mama się rozgląda, nawet do majtek patrzy i niucha nochalem...
- No sama jej powiedziałaś, że jest KUPA kurzu - powiedział tatuń wchodząc do pokoju, a mama odetchnęła z ulgą.
Subskrybuj:
Posty (Atom)