poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Dziś piszę ja Lenka bo fajna ze mnie dziecina


Wyobraźcie sobie, że dawno temu pewien pan napisał o mnie wiersz. Oto on:

Jan Brzechwa-KŁAMCZUCHA

"Proszę pana, proszę pana,
Zaszła u nas wielka zmiana:
Moja starsza siostra Bronka
Zamieniła się w skowronka,
Siedzi cały dzień na buku
I powtarza: kuku, kuku!"
"Pomyśl tylko, co ty pleciesz!
To zwyczajne kłamstwa przecież."
"Proszę pana, proszę pana,
Rzecz się stała niesłychana:
Zamiast deszczu u sąsiada
Dziś padała oranżada,
I w dodatku całkiem sucha."
"Fe, nieładnie! Fe, kłamczucha!"
"To nie wszystko, proszę pana!
U stryjenki wczoraj z rana
Abecadło z pieca spadło,
Całą pieczeń z rondla zjadło,
A tymczasem na obiedzie
Miał być lew i dwa niedźwiedzie."
"To dopiero jest kłamczucha!"
"Proszę pana, niech pan słucha!
Po południu na zabawie
Utonęła kaczka w stawie.
Pan nie wierzy? Daję słowo!
Sprowadzono straż ogniową,
Przecedzono wodę sitem,
A co ryb złowiono przy tym!"
"Fe, nieładnie! Któż tak kłamie?
Zaraz się poskarżę mamie!"
 
 

Maja na super rolkach i ja w rowerku MYSZCE
Tak, kłamstwo to moja wielka słabość. Staram się dla mamy tego nie robić. Widmo rosnącego nosa martwi mnie tylko na chwilkę. To tak fajnie i przyjemnie jest opowiadać wymyślone historyjki, a jeszcze zabawniej jest zrzucić na kogoś, znaczy się na Maję, całą winę. Wychodzi mi to nieźle, bez mrugnięcia okiem - kłamię. Dziś postaram się nie wymyślać i trzymać się faktów. Odkąd w domu pojawił się zaczarowany fotel zaczęły się dziać cuda. Pewnego ranka tata przyszedł z bombową wiadomością "Kochanie (to do mojej mamy) będą ocieplać nasz blok". Mama się ucieszyła, bo nasz bloczek jest szary i brzydki. Przez okno obserwowali ekipę rozkładającą rusztowania, ku rozpaczy mamy, przy bloku na przeciwko. Dziwne to było bo nasz blok jest pierwszy (albo ostatni patrząc od drugiej strony). W końcu się okazało, że i nasz blok zaczęto ocieplać. Co tam, nasz fotel zaczarował wszystko i przestali remontować blok 2 i skupili się na naszym. Przez kilka dni panowie na rusztowaniach budzili nas przed budzikiem, a później zaglądali przez okno w kuchni do garnków co będziemy jedli. Drugie czary to takie, że mamy teraz rekina. Ja nie kłamię, słowo daję mamy takie nowe auto i nazywa się Rekin. Chociaż bardziej by pasowało wieloryb, bo ma tyle miejsca w brzuchu, a do tego dziurę w dachu. Trochę nam smutno, że porzuciliśmy naszego nissanka. Stoi teraz taki smutny i samotny, ale czysty jak nigdy i czeka na nową rodzinę. My za to czekamy na święta. Posiałyśmy już rzeżuchę, poświęciłyśmy palmę i widziałam dzidziusia w miednicy. Wcale nie wymyślam. Byłam na mszy w kościele, a tam gołego dzidziusia kąpali. Trochę się wkurzyłam bo jak chciałam go pokazać Majce to już go ubrali w białe ubranko. Ahh ta Maja, ona często ma humorki i przez to omijają ją fajne rzeczy. Fajna jest z niej dzidzicina, taka jak ja. Czasami tylko mam taką nieodpartą pokusę, żeby szarpnąć ją za włosy, albo tak ją walnąć w łeb. Ona to czasami mi odda i wtedy to już nie jest moją kochaną Majeczką tylko głupią dupą. Wiem, że tak nie wolno mówić (zwłaszcza w kościele), ale to mówienie brzydkich słów jest jak to moje kłamstwo, silniejsze odmie. No, a Majka to miała ostatnio imieniny i dostała takie fajne rolki. Szkoda, że mnie to nie chcą kupować takich fajnych rzeczy. Mówią wtedy, że jestem za mała. Ciekawe, że do samodzielnego jedzenia czy ubierania to już jestem duża. Za to zaczęłam trening jazdy na moim Grinie. Ma dwa koła, ale nie ma pedałów i dostałam go na drugie urodziny. Oczywiście mowa o rowerku, moim rowerku, który jest zielony, a to mój ulubiony kolor. Jazda po domu mi nie szła, ale pierwsza jazda na dworku poszła mi całkiem dobrze (a dodam, że rodzice kupili ten rowerek mocno za duży ;/). Bo ja to jestem splytna dzicina i gzecna też jestem. Raz mama zaprosiła pewną ciocię z pewnym synkiem Dawidem. Trochę się ta moja mama bała, że jej wstydu narobię moimi fochami. No, ale ja się postarałam i się fajnie bawiłam z tym Dawidem. Raz tylko się pokłóciliśmy, ale tylko na chwilę. Bo on chciał być Dżordżem (bratem Świnki Peppy) i ja też chciałam nim być. Bo Dżordż jest taki mały jak ja, a wszystko co małe jest do mnie podobne np. mały kotek, mucha, bakterie (z reklamy) i nawet mała koza z nosa.
 
FOTY
 


 

wtorek, 25 marca 2014

A ja rosnę i rosnę

Zdjęcia
Wzrost to rzecz ważna, ale nie od nas zależna. Mama coś o tym wie. Przed moim przedszkolem jest taka super, wysoka drabinka. Umiem na nią wejść i przejść górą, ale ze schodzeniem jest gorzej. Jak mama jest sama to musi się wspinać i mi pomagać schodzić. Jak jest tata, albo ciocia Karolina to oni wyciągają tylko ręce i już mnie ściągają. W domu to samo. Tata nie musi się wspinać po krzesełkach gdy chce zdjąć coś z najwyższej półki w szafie. Mama zaprzyjaźniła się już z krzesłami, stołami i jakoś daje radę. Ja też nie mam łatwo, bo chociaż jestem starsza od niektórych moich koleżanek to jestem od nich niższa. Mama mówi, że to po niej tak mam. Mi to zaczęło nieco usmutniać rzeczywistość. One wcześniej mogły włączać i wyłączać światło. Jakaż ja byłam szczęśliwa (rodzice też) gdy wreszcie opanowałam tę sztukę w domu. Niestety u babci Ani włączniki są nieco wyżej i problem nadal istnieje. Muszę skakać i skakać, coraz częściej mi się udaje trafić w pstryczek. Czasami wołam na pomoc Maliwinkę (a ona przecież jest młodsza), albo kogoś dorosłego. Gdy ktoś chce mnie wyręczyć to wpadam w złość wręcz w furię... Lenka też się cieszy, że rośnie. Była dumna gdy udało jej się nacisnąć klamkę :). Później przez długi czas ciągnęła za sobą krzesełko. Wspinała się na nie, wyciągała rączkę do góry i dostawała jak najwyżej się da:


- Pac mamo, tu dosięgnę... i tu też...
- Super Lenko.
- I tu tes dosięgnę... o a tu nie dosięgnę.... o nie, nie dam lady.
 Oczywiście jak jej wygodnie to z dumą mówi "jestem duza dziecina", a jak jej coś nie pasuje to stwierdza "jestem za malutka, nie dam lady". Tak, Lena to niezły numer. Nauczyłam się od niej kłamać, bo ona ciągle zmyśla. Najczęściej mówi tak:
- Mamo bo Maja powiedziała, że jestem głupia. - Dla bycia wiarygodnym zalewa się łzami (a umie wycisnąć z siebie strumyki łez). Oczywiście ja tak wcale nie mówię (no może czasami), bo to nie ładnie. Ponieważ Lena tak ciągle wymyślała:
- Mamo bo babcia/tata/ ta pani powiedziała, że jestem głupia!!!
Mama zaczęła stawiać ją do kąta i w końcu Lena nauczyła się odróżniać prawdę od fikcji, ale dalej ściemnia. Nie dość, że kłamie to jeszcze sama w złości mówi, że ktoś jest głupi:
- Głupia mama, nie lubię Cię.- stwierdziła Lena
Mama zacisnęła zęby i tłumaczyła kolejny, milionowy raz:
- Leno tak nie wolno mówić, chcesz znowu iść do kąta? - Lena jest trochę bystra i szybko zmienia front
- Mamo jesteś kofana, lubię Cię.- Daje buziaka, robi słodką minkę i naiwna mama się rozluźnia.
- Już dobrze, tylko nie mów już, że ktoś jest głupi, dobrze???
- Doobzie mamusiu. - w tym momencie bierze pluszową fokę, która nazywa się Głupotka - Duuupa foka.

Inne jej kłamstwo:
Mama była w kuchni, ja plumkałam na keybordzie, a Lena zaczęła wyć:
- Mamo!!- krzyczała Lena przez łzy
- Czemu ty znowu płaczesz, dziecko kochane??? - odkrzyczała mama, która chyba odróżnia po płaczu kiedy należy biec, a kiedy lekko zignorować wycie Leny.
- Łeeee, łeeeee- ryczała Lena
- Maju zobacz o co jej biega, błagam Cię!!!! - krzyczała mama 
- Ja nie biegam, to Maja biega!!! - odpowiedziała Lena.
***********
- Mamo mogę czekoladkę??? - zapytała Lena
- Nie kochanie, jak chcesz dam Ci jabłuszko, albo mandarynkę.
- Łeeee, łeeee ja ni moge cekolady!!!! - zakrywała dłońmi twarz i zalewała się łzami.
W tym momencie ja weszłam do pokoju, a Lena przerwała straszny płacz, zapominając o swoim cierpieniu i patrzyła na mnie:
 - Maju co masz w buzi? Co jesz??


środa, 19 marca 2014

Do szkoły jeszcze nie czas...

Kto by pomyślał, że dzień urodzenia ma takie znaczenie. W moim przypadku 3 lipca ratuje mnie od obowiązku szkolnego w nowym roku szkolnym. Gdybym urodziła się kilka dni wcześniej to po wakacjach musiałabym zasiąść w szkolnej ławce. Ja nie widzę w tym nic złego, ale mama jest stanowczo przeciwna. W ostatnich tygodniach nasza rejonowa szkoła zorganizowała dni otwarte z rodzicami, a także zaprosiła nas z paniami z przedszkola. Wszystko po to, żeby dzieci które zaczną tam naukę czuły się jak u siebie. Cała nasza rodzinka wybrała się do szkoły by zaspokoić ciekawość mamy - jak zmieniła się szkoła (ogólnie rzecz biorąc) od jej czasów. Powitanie dzieci i rodziców odbyło się na sali gimnastycznej. Były tam pokazy taneczne z elementami gimnastyki, popisy chóru, a inne dzieciaki recytowały wierszyki. Później w klasach przeznaczonych dla 6-latków odbywały się pokazowe zajęcia. Była zabawa z wielką kolorową chustą (takie zabawy były na zajęciach pokazowych w przedszkolu), wycinanie, wyklejanie, zabawa klockami. Czyli wszystko tak jak w przedszkolu, tylko klasy są tam ciaśniejsze, a do toalety trzeba wyjść na korytarz. Dla najmłodszych klas jest mała sala gimnastyczna (z piankową podłogą ufundowaną przez rodziców). Gdy tam dotarliśmy, zajęć pokazowych już nie było, bo za dużo czasu poświęciłyśmy na inne sale. Najbardziej podobała mi się sala informatyczna, gdzie jest kilkanaście komputerów. Tam spędziłyśmy zdecydowanie najwięcej czasu. Widząc mój amok i zmęczenie, mama nakazała zakończyć rysowanie na komputerze. Wyciągnęła takie wnioski min. dlatego, że nagle wpadłam w chwilową histerię. Mama uświadomiła mi, że jest już późno i nawet tańce, na które mieliśmy iść już się skończyły. Byłam zła, bo przecież ja chciałam iść na te zajęcia. W euforii zapomniałam, że 1,5 godziny wcześniej prosiłam mamę żebym mogła zostać w szkole zamiast iść na tańce. Gdy już emocje opadły i opuściliśmy salę komputerową okazało się, że świetlica i stołówka (z poczęstunkiem) są już zamknięte. W między czasie pożegnaliśmy się ze znajomymi (dziećmi z przedszkola i ich rodzicami). Niektórych zgubiliśmy w tłumie już dużo wcześniej. W szkole zostaliśmy tylko my i pani woźna. Mama nie mogła wyjść z podziwu jak to się stało, że znowu wyszliśmy ostatni. Stwierdziła również, że szkoła niewiele się różni od tej do której chodziła kilka ;) lat temu. W jej szkole podstawowej było więcej komputerów, choć innej generacji. Remonty jakim poddane są klasy i toalety są dość powierzchowne, a otoczenie niewiele się zmieniło. No może łazienki mają wyższy standard niż te do których mama musiała chodzić. Tamte były śmierdzące, brzydkie i większość dziewczynek załatwiało się na podłodze (ależ tam musiało pachnieć).
Dzień urodzenia ma też wpływ na nasz znak zodiaku. Ja jestem Rakiem, a Lena - Lwem. Chociaż ona wolałaby być zieloną Panną (tylko dlatego, że w gazetce z kucykami pony przy tym znaku jest zielony kucyk). Dla naszej Lenki kolor jest bardzo ważny. Ona lubi, wręcz uwielbia kolor zielony. Lena cieszy się, że pójdzie do przedszkola bo będzie mieć przyjaciół - zielonych. Chce dostać lody, ale tylko zielone z zielonego sklepu (najlepiej ciepłe). Gdy ktoś ma coś zielonego zawsze to zauważa i dodaje, że to jej ulubiony kolor.

sobota, 8 marca 2014

Oto Alferd i jego sąsiadki

Alfred z Mięty


Ostatnie dwa tygodnie są jakieś inne. Normalnie tata jedzie do pracy i nie ma go dwa, trzy czasami cztery tygodnie w domu. Ostatnio wychodzi rano i wraca popołudniu. Ja go witam z wielkim entuzjazmem w przedpokoju: "mój Tatuś!!!", "mój kochany Tatuś". Rzucam mu się na szyję, a później przyklejam się do jego nogi. Z jednej strony tatuś to bardzo lubi, ale jeśli przesadzam z tym wiszeniem na nodze (chociaż powinien się cieszyć, że to nie Maja bo ja jestem bardziej poręczna) to po jakimś czasie grzecznie mnie wysyła do jakiegoś zadania. Czy to przesada wisieć na jego nodze (a podczas postojów skakać i krzyczeć) od drzwi wejściowych, przez kuchnię, duży pokój, łącznie z wizytą w łazience? Najczęściej wtedy słyszę, żebym poszła do Majki, albo coś porobić. Rodzice wstają teraz w nocy, a mama nawet była pierwszą klientką w budce z pieczywem. Pani Dorotka (sprzedawczyni) nie poznała mamy od razu, a jak w końcu ją rozpoznała (pod rannym kapturowym kamuflażem) była zaskoczona ("Co pani tu robi o tej porze?"). Myślę, że ten fakt zaskoczy jeszcze parę osób. Mama o 5:34 w budce z chlebem? Dziwne, ale przecież po osobie która trzyma krasnala ogrodowego w kuchni można się wszystkiego spodziewać. Alfred z Mięty,
Grzeczna Jaga
Bezczelna Jaga

któregoś dnia zapukał do naszych drzwi (po paru minutach dołączył do niego dziadek Janusz). Najpierw ja się z nim zaprzyjaźniłam, a to wielkie uczucie zakończyło się interwencją chirurga (czyli taty) i tubki kleju. Od tej operacji Alfred mieszka w kuchni w otoczeniu mięty, bazylii, melisy albo tego czego mama nie przeleje lub nie ususzy. Alfred wyhodował sobie pomidora, tzn pojawiła się łodyga i liście, a czy mama jej nie przepoi tego jeszcze nie wiemy. Krasnal ma dwie bliskie sąsiadki i 5 dalszych. Dwie mieszkają u nas przez przypadek. Leciały na Łysą Górę na zlot czarownic, ale coś im się pomyliło i przyleciały do nas. U nas przecież jest Jasna Góra. Mieszkały najpierw w naszym pokoju, ale troszkę się ich bałyśmy i wyprowadziłyśmy je do kuchni. Jedna z nich jest bardzo bezczelna. Gdy ktoś stuknie, puknie garnkiem czy kubkiem ta wybucha śmiechem i złowrogo mruga czerwonymi oczami. Mama brzdęk, a ta "buahaha". Wtedy mama się jej pyta "ze mnie się śmiejesz?" itp... Ponieważ baba Jaga często się z niej śmieje to mama w rewanżu poluzowuje jej baterie.
5 Anielic
Druga Jaga fruwa spokojnie pod sufitem i jest zdecydowanie lepiej wychowana od pierwszej. Zostało jeszcze pięć anielic. Dwie pochodzą z Kęt, ulepiła je mama cioci Ani. Byliśmy tam raz w odwiedziny (tam mieszka pies z podbitym okiem). Reszta anielic pochodzi z Zakopanego, Olsztyna i Torunia. To początek góry lodowej. Innym razem opiszę duży pokój. Poczekam na dzień, w którym tatuś zostanie natchnięty i dokończy źródło mocy, a mamę napłynie wystarczająca ilość siły i skończy umeblowanie.




sobota, 1 marca 2014

Ja też chcę robić cuda

Wpis miał być jeszcze w lutym, ale okazuje się że to najkrótszy miesiąc w roku i zabrakło mi czasu. Na początek coś o czym zapomniałam. Podczas mojej feriowej nieobecności w przedszkolu  wszyscy to nucili, a ja szybko po powrocie się nauczyłam. Najpierw trzeba w głowie zanucić sobie "Pójdźmy wszyscy do stajenki", a teraz na melodię tej kolędy śpiewamy:

Pójdźmy wszyscy do lodówki
Do kotleta i parówki
Powitajmy schabowego i ogórka kiszonego
Powitajmy schabowego i ogórka kiszonego.



Skoro zaczęłam od spraw kościelnych to przytoczę jeszcze pewną rozmowę jaką odbyłam podczas powrotu z basenu:
Ja: Mamo, a co to ta Wielkanoc?
Mama: Jest to święto upamiętniające Zmartchwystanie Pana Jezusa(...) włożyli Mu koronę cierniową (...) niósł krzyż(...) umarł(...)zmartchwywstał.
Ja: Czemu Go ukrzyżowali?
Mama: Bo mówił, że jest synem Bożym, a nie wszystkim się to podobało(...). Robił różne cuda: chodził po wodzie, zamienił wodę w wino itd...
J: Ja też chce robić cuda, chcę być Jezusem. Mamo czy mogę być Jezusem? 
M: Nie...
J: Czemu nie mogę być Jezusem?
W naszą rozmowę wtrąciła się Lena, która do tej pory nuciła coś pod nosem:
Lena: Bo jesteś GŁUPIA!!!

  Jak już wspomniałam, byliśmy na basenie. Nie jeździmy tam często, bo jest on oddalony od naszego domu o jakieś 50 km, a szkoda. Także jeździmy średnio raz na miesiąc i jest to wielkie wydarzenie. Bardzo mi się tam podoba, zwłaszcza odkąd mogę sama zjeżdżać rurami. Lena też jest zadowolona, a jej opinia o ostatniej wyprawie jest taka: "Tatuś fajnie pływa, a mama brzydko". Pewnie dlatego, że z tatą można bardziej poszaleć. Mama to pilnuje, żeby woda nie chlapnęła do oczu, albo żeby się jej nie napić. Z tatą jest inaczej... Po dwóch godzinach szaleństwa w wodzie rodzice musieli podstępem nas wyprowadzić z basenu.

Tłusty czwartek:
Dziadek Janusz wysłał nam zdjęcie (pra)babcinych pączków.
Jestem szczęśliwa, że istnieje takie święto. Chociaż nieco rozczarował mnie fakt, że jest tylko raz do roku, a nie co tydzień. Mama opowiadała, że jak była mała to babcia Stasia smażyła bardzo dużo pączków, ze 100, albo więcej. Nadzienie było różane, a posypane były cukrem pudrem, najlepsze na świecie. Babcia smażyła ich dużo, ale szybko znikały, bo chętnych na nie było sporo. Ja w tym roku zjadłam chyba 4 wielkie pączki i poziom cukru w moim organiźmie spowodował, że zachowywałam się nieco dziwnie. Po tej dawce energii rodzice wzięli mnie do sklepu, żeby zakupić mi buty. Bardzo mi się to podobało, w każdej przymierzonej parze butów robiłam rundkę próbną. Gdy mama szukała kolejnego pudełka z butami, ja z błyszczącymi oczkami chichocząc uciekałam przed nią. Żałuję tylko tego, że ona nie chciała mnie gonić. Zakupy zakończone sukcesem, mam świecące adidasy.
Rozmowa po zakupach:
- Mamo, a następnym razem to kupimy te białe, jak będą czarne?
Poziom cukru opadł...

Zdjęcia
Za oknem wiosna, a za nami piękny spacer przełomem Warty. Znaleźliśmy pierwszą w tym roku skrzynkę i nazbieraliśmy bazie, które teraz ozdabiają nasz domek.
Tak Lena spała po spacerze


czwartek, 20 lutego 2014

Walentynki, dobre maniery, foszki i książki

 Tata wrócił z pracy i dostałyśmy bukiecik z okazji Walentynek:



Dobre maniery:
Lenka ma różnie z tymi manierami. Raz zje śniadanie, zaniesie talerzyk do kuchni i powie "dziękuje mamumsiu, było pyszne". Czasami zapytana, szczerze odpowie:
- Jak Lenko smakowała Ci zupka?
- Była ohydna.
ZDJĘCIA
Czasami ładnie prosi, a bywa tak że bierze nie swoje rzeczy bez pytania. W sumie to ma przechlapane, bo przecież większość rzeczy i zabawek jest po prostu moja. Często u nas słychać okrzyki "to moje!", albo grzeczne zapytania "czyje to Maju??". Oczywiście gdy jej odpowiem zaczynają się łzy i zaklinanie, że to nie moje, a jej. Trudna sprawa z tymi dzieciakami. Cóż musimy się dzielić i na ogół nam to wychodzi. W ostateczności interweniują rodzice. Tłumaczą, a gdy to nie pomaga to zabierają konfliktową rzecz. Tak, tak Lenie trzeba wiele tłumaczyć i trzeba jej ustępować. Mądrość przychodzi z wiekiem, więc muszę być mądrzejsza. Chociaż moja siostrzyczka też miewa jej przebłyski: "no dobze, plose Maju", "okej podziele się" itd....Z tą mądrością i manierami to jest tak, że raz są, a innym razem rodzice muszą nam o nich przypominać:

Tata: Lenko, jak ty pięknie zjadłaś śniadanko. Daj wezmę twój talerzyk.
Lena: Aha
T: Co się mówi Lenko?
Lena patrzy na tatę zdziwiona.
T: Dzię
L: Dzię?
T: Dzię-ku
L: Dzię-kuchnia??

Foszek:
Foszek to jedna z opcji u każdego człowieka. My jako małe kobietki mamy ich całą masę. Foszki często nie mają logicznego uzasadnienia. Po prostu pojawiają się nagle. Wtedy dziecko bywa marudne, zanika cała jego mądrość i zacina się na zwrotach "nie", "nie zrobię", "głupia/i jesteś" (co grozi karą, w zależności czy foszek jest wybuchowy, trwa za długo i jest mocno przesadzony). U Leny poza mądrością rozwija się rozśmieszjący spryciarz i wymyśliła zwrot, który aż tak bardzo nie złości rodziców "głupotką jesteś" (do tego poważna mina, spojrzenie spode łba i jeszcze uniesiony palec wskazujący). Używa też, w różnych sytuacjach, swoich ulubionych zwrotów: "ha ha ha, ale zabawne", "ha ha ha, ale śmieszne". Foszek pojawia się z znikąd, i też nagle znika, ciach prach i mamy dobry nastrój.

Książki:
Od jakiegoś czasu mama bije się z myślami czy nie zrobić listy książek, które mi przeczytała. Jest ona coraz dłuższa i na pewno, nie wszystkie już pamiętamy (bo nie wszystkie warto). Część książek przywozimy od babci Krysi, rzadko kupujemy, czasem dostajemy, a najczęściej chodzimy do naszej ulubionej biblioteki. Ja, a nawet Lena lubimy te wyprawy. Wcale nie trzeba być tam bardzo cicho. Jest tam stolik, kartki, kredki, gry, puzzle, a także wielka waliza z zabaweczkami (wszystko to przynoszą tam dzieci), dla starszych dzieciaków w niewielkiej czytelni są komputery. Mogę buszować między półeczkami i wybierać sama książki. Niektóre podzielone są pod kątem wieku dzieciaków. Inne książki są poukładane według autorów - tych mama nie pozwala wyciągać. Bardzo lubię kryminały, bo ja to mam taki zmysł detektywistyczny. Chociaż mama uważa, że te zmysły to mam dzięki Hani Humorek. Jest to moja jedna z ulubionych bohaterek. W jednej z części twierdziła, że ma moc przewidywania, więc i ja odkryłam w sobie magiczne moce (np. jedziemy autem i zatrzymujemy się na przejeździe kolejowym i wiem że pojedzie pociąg). Mimo, że poznałam już wielu bohaterów książek to moją ulubioną książką są "Dzieci z Bullerbyn". To była jedna z pierwszych z poważnych książek, które przeczytała mi mama. Później wielokrotnie słuchałam audiobooka. Ten tydzień w przedszkolu poświęcony jest ulubionej lekturze. Wybrałam więc moją ukochaną książką, a wczoraj powstały moje własne (no troszkę mama mi pomagała) ilustracje do niej.
Moją "książkę" zaniosłam do przedszkola, a jeśli się spodoba to pójdzie na wystawę do naszej biblioteki. Ostatnio była wystawa kotów, bo przecież był dzień kota. Innym razem rysowaliśmy ilustracje do wierszy Tuwima i nawet uczyliśmy się ich na pamięć. Każdy miał swoje role, ale ponieważ było tyle prób to chyba wszystkie znałam na pamięć. W przedszkolu są duże i małe przedstawienia. Te duże (jak jasełka) są z myślą o rodzicach, a jak są małe to pokazujemy je albo innym dzieciakom z przedszkola, albo przychodzą dzieci z pobliskiej szkoły. Oni czasami też mają dla nas występy. Starsze dzieci ze szkoły przychodzą i czytają nam książki. Lubię czytać, chociaż sto razy bardziej lubię jak mi się czyta.

piątek, 14 lutego 2014

Mało walentynkowo


Siadam i piszę bo jak jutro tata wróci z pracy to nie wiem kiedy znajdę chwilkę, żeby tu posiedzieć. Przyznam się, że od czasu moich ferii nie mam już takich problemów z zasypianiem więc mam mniej czasu na pisanie. Najpierw była to zasługa szaleństw na lodowisku, stoku itd... Później znowu musiałam rano wstawać do przedszkola, a do tego przecież mam jeszcze zajęcia dodatkowe. Wcześniej wcale mi to nie dokuczało. Wstawałam ok 7, a w nocy namiętnie rysowałam, albo leżałam i słuchałam audiobooków do 23, albo i dłużej. Teraz jestem zmęczona i szybko zasypiam, a ostatnio nawet padły z mojej "groty" ustnej pamiętne słowa "chciałabym porysować, ale jestem śpiąca". Oczywiście nadal w nocy przychodzę do rodziców. Na całe szczęście Lenka ostatnio rzadko do nich przychodzi  i mamy dużo miejsca w łóżku. Mama odnotowała też niewielkie postępy w zachowaniu Leny. Od kilku dni nie musi urządzać pościgów za nią w celu jej ubrania i nawet nie marudzi jak mają iść po mnie do przedszkola. Poza tym bez zmian, na wszystko ma swoją odpowiedź, która nie zawsze zadowala mamę:

- Lena sprzątamy.
- Nie. Idź sobie to mój tokój.
- Wiem, że twój, ale trzeba posprzątać.
- To nie twój tokój.
- aha - mama zaczyna układać zabawki
- Ty masz inny tokój. - tłumaczy spokojnie Lenka

- Babcia chodź poukładamy puzzle.- Lena wyciąga swoje ukochane pudełka
- Lenko, ale najpierw poukładamy lalki w pudełku bo nie ma miejsca na podłodze.
- Nie.
- Lenko jest straszny bałagan i nie ma miejsca, zobacz.
- W duźim pokoju jest mniejszy bałagan, chodź.- Lenka biegnie do dużego pokoju z pudełeczkiem.

Podobno dzieci można zmotywować rywalizacją:
- Lenko kto pierwszy ubierze buciki?? (posprząta, zje itd...)
- Nie ja.

Zdjęcia
Lenka lubi: układać puzzle, bawić się w sklep, w teatrzyk, w fryzjera, oglądać bajki (zwłaszcza świnkę Peppę), czytać książeczki, rysować, malować, kolorować. Nie lubi: sprzątać, czasami się ubierać, wychodzić z domu, a jak jest fajnie na spacerze to do niego wracać. Ma swoje ulubione zabawki: pieska Plamkę (który kiedyś robił sztuczki z naciskiem na kiedyś), łosia Blata i całą walizkę skarbów (w której znajdują się figurki: z jajek niespodzianek, dinozaura, drewnianego pieska, małe pluszaczki). Obowiązkowo te 3 rzeczy musi mieć w łóżeczku gdy zasypia, a do tego są rzeczy zmienne np. lalki, inne maskotki czy książeczki.
Lena kładzie się do łóżeczka i układa swoich współspaczy:
- O nie!!- mówi rozżalonym głosem, prawie szlochając.
- Co się stało Lenko? - pyta mama
- Nie ma dla mnie miejsca.
- To wyjmij część zabawek  z łóżeczka.- podpowiada mama
- Dobly pomysł! - cieszy się Lenek i wyrzuca misiaczki - O nie!!
- Co się teraz stało?
- Nie ma nikogo w łóżeczku, kogo przytulę?
- To weź Blata i Plamkę.
- Dobla. - odpowiada szczęśliwa Lenka i pakuje do łóżeczka Blata i Plamkę... patrzy na kotka, misia, mamę łosia, na torebkę konia itd... i znowu wszystko ląduje na jej poduszkach.
- No nie, znowu nie mam miejsca.
W takich przypadkach mama układa miśki na stosik na jednej połowie łóżeczka, a Lena wciska się obok. Chociaż, po ostatniej awanturze ze sprzątaniem Lenka ma więcej miejsca dla siebie:
- Mamo posprzątałyśmy!! - krzyczę do mamy, która nastawiła minutnik i oświadczyła, że jak zacznie pikać to wszystkie rzeczy z podłogi zapakuje do wora.
- O jak ładnie posprzątane! - mama wchodzi do pokoju i nie może uwierzyć, że tak szybko nam poszło.
- Ja też sprzątałam. - mówi dumnie Lenka.
Wtedy mama spogląda do łóżeczka Leny. Wszystko co wcześniej leżało na podłodze wypełniało całe posłanie Leniuchy. Stanęło na tym, że i tak musiałyśmy (bo ja często muszę sprzątać po Lenie ;( ) uprzątnąć, a mama wprowadziła limit miśków w łóżku.

Co do moich postępów łyżwiarskich to nie miałam więcej okazji żeby ćwiczyć. Mamy typową lutową zimę ze słońcem i temperaturą do ok 10 stopni C. Niektóre mamy wyciągnęły już foremki i okupują piaskownice, ale ja czuję że to jeszcze nie koniec zimy. Mama w ostatnich dniach postanowiła skończyć kilka zaczętych rzeczy. Jakiś rok temu wywołali z tatą jakieś 500 zdjęć ( z okresu dwóch lat) i na ostatnie 100 zdjęć zabrakło jej motywacji. Także jeden wieczór i już zdjęcia z wakacji 2012 są w albumie. Do tego postanowiła zmontować filmik z ostatnich wakacji. Oryginalna wersja trwa jakieś 40 minut (uwzględnia długie rozmowy Leny i 10 minut jedzenia tortu urodzinowego- w rzeczywistości Lena od talerza nie odeszła dopóki na stole było ciasto). Poniżej znacznie krótsze wspomnie pobytu w Borucinie.

W poprzedni weekend odwiedziła nas babcia Krysia. Ja i Lenka bardzo tęsknimy za wszystkimi z Krakowa. Bardzo się cieszymy jak nas odwiedzają. Nie możemy się doczekać kiedy przyjedzie Karinka i Małin (jak mawia Lena).