sobota, 25 maja 2013

O Marcie i Kętach

Tyle rzeczy się działo, że nie wiem od czego zacząć, a co ważniejsze niczego istotnego nie pominąć. Z domowych wydarzeń stała się rzecz smutna. Nasza Dorka się rozchorowała i zdechła. Mama i tata bali się mojej reakcji, ale nie potrzebnie. Zasmuciłam się, nawet łezki mi spłynęły, ale sprawy codzienne szybko pozwoliły mi zapomnieć. Oczywiście nie o moim chomiku, ale o tym że go nie ma. Żeby nie było w domu smutno zamieszkała z nami świnka morska. Nazwałam ją Marta. Jest z nami od ponad tygodnia i póki co bardzo się boi. Z dnia na dzień coraz odważniej nam się przygląda. Każdy zbyt energiczny ruch, czy zbyt głośny dźwięk powoduje, że chowa się do swojego domku. Muszę pochwalić mojego tatusia bo sam zrobił dla niej drewniany dom. Jeszcze w nim nie może mieszkać bo czekamy na większą klatkę. Tyle o Marcie o czarno-czerwonych oczach. Teraz pochwalę Lenkę, która robi ogromne postępy i to nie tylko w mówieniu. W ostatnich dwóch tygodniach okazało się, że Lena woła na nocnik. Oczywiście jej skuteczność nie wynosi jeszcze 100%, ale jest ponad 90%. 


ZDJĘCIA https://plus.google.com/photos/114268332588876660489/albums/5881855323245588881?authkey=CNzLnbn7sqiYVQ

Na koniec szybko opowiem o wyprawie do Kęt. Rodzice chcieli odwiedzić swoich znajomych, których nie widzieli 4 lata. Z początku nie podobał mi się pomysł odwiedzin u cioć i wujków, których nie znam. Gdy przyjechaliśmy byłam nieśmiała i małomówna.
Z wujkiem Grześkiem
Jak to często bywa okazało się, że wszyscy są bardzo mili i pod koniec dnia nie mogli się ode mnie opędzić. Cały niedzielny dzień spędziliśmy w przępięknym, kolorowym ogrodzie, a pogoda dopisała baaaaardzo. Wieczorem przy grillu wyrecytowałam wszystkie wyliczanki i wymyśliłam ze 100 zagadek dla cioci Haliny. Rodzice pozwolili nam zasnąć na polu, a później zanieśli nas do domu. Następnego dnia pogoda nie była już tak piękna, ale najważniejsze, że między deszczami udało nam się wjechać na Górę Żar. U góry podziwialiśmy "wodę bez zbiornika", piękne widoki, zjechaliśmy torem saneczkowym i zakupiliśmy oczywiście pamiątki. Później udaliśmy się do parku linowego. Ja szybko przełamałam swoje lęki i swój tor przeszkód pokonałam z 7 razy. W tym czasie ciocia Ania i wujek Grześ szybowali gdzieś nad moją głową pod koronami drzew.
Z ciocią Anią
To znaczy nie szybowali, a przechodzili z jednego drzewa na drugie po linach, albo na nartach czy rowerku. Najbardziej ucierpiała Lena, która jest za mała na takie atrakcje. Wieczorem wróciliśmy do naszego domu, a cisza nocna została przesunięta na 23. Przez tą późną porę i zmęczenie we wtorek rodzice zrobili mi wolne od przedszkola. W środę stęskniona za koleżankami z chęcią tam wróciłam.

PARK LINOWY




sobota, 11 maja 2013

Długi majowy, deszczowy, zielony tydzień w Krakowie

Pada deszcz, więc zasiadam i piszę. W końcu czuć już wiosnę. Wkoło zielono, krótkie spodenki już wypróbowane, kolana lekko obdarte, wszystko tak jak trzeba... Przyszedł upragniony maj i wyczekiwany długi weekend. My zrobiliśmy sobie, aż tygodniową wycieczkę do Krakowa. Niestety pogoda nie dopisała. Lało cały czas, aż ostatniego dnia, w niedzielę, wyszło słonko. Na szczęście nie nudziłyśmy się z Lenką bo przecież dawno nie widziałyśmy się z babcią i ciocią. One też stęsknione były więc chętnie z nami dokazywały. Do tego spotkało nas kilka atrakcji. Mama zabrała mnie do teatru Groteska na Calineczkę. Dziadek kupił mi tam fotel. Mama coś mi tłumaczyła, że jakiś bilet, ale ja wiem że On kupił mi ten fotel. Z resztą wszystkim się już pochwaliłam więc jest mój i koniec.
ZDJĘCIA
3 Maja postanowiliśmy wyjść w  końcu z domu, z resztą wyglądało, że się przejaśnia. Spacerek po Rynku skończył się przemoczonymi butami, ale i tak fajnie było się wyrwać z domu. W niedzielę kiedy to nastąpiła poprawa pogody, a także humorów poszliśmy do muzeum. To znaczy Lena udała się na spacer z ciocią K. i wujkiem B.. Babcia, tata, mama i ja poszliśmy pod ziemię, pod płytę rynku. Mama mówi, że kiedyś dzieci nie lubiły takich miejsc. Teraz jest to tak pomyślane, żeby i najmłodsi się nie nudzili. Była taka sala, gdzie był teatrzyk. Mechaniczny kruk, opowiadał legendę o Kraku. Były gry interaktywne i takie bardziej tradycyjne, i jeszcze inne ciekawostki, które nie wiem nawet jak opisać. Później poszliśmy na lody i na spacer do smoka. Doszliśmy, aż za Skałkę, a tam nowiutki plac zbaw. Oczywiście wyszalałyśmy się za te kilka dni. Zmęczeni, ale zadowoleni późnym wieczorem wróciliśmy do domu. W poniedziałek  byliśmy, już tradycyjnie, w ogrodzie botanicznym, skąd mamy najwięcej zdjęć. Popołudniu udaliśmy się na grilla do wujka Łukasza i cioci Asi. Nieśmiało przyznaję, że polubiłam tego wujka. Do tej pory nie mogłam się przekonać mimo wszystkich jego starań. Teraz już nie mogę się doczekać, aż pojadę tam na truskawki (tak się z nim umówiłam). On to ma szczęście, bo truskawki jego cioci zjadły jakieś duże owady (SARNY), a jego są dobrze ogrodzone i ocalały. We wtorek to trzeba było wrócić do domu, a w środę do przedszkola.

ważne zwroty Leny:
Dziujuś - wujek
To moje - nieważne co i czy co, ale to tak ładnie brzmi

niedziela, 28 kwietnia 2013

Wyprawa do Torunia

Kilka fotek z Torunia (ciężko pstrykać i upilnować dwóch kobietek)
Zaczęliśmy sezon wiosenno letni. Rowery zostały wyciągnięte, przewietrzone, pierwsze kilometry pokonane. Również pierwsza wyprawa podróżnicza za nami. Tatuń wybrał się na szkolenie do Torunia, a my postanowiłyśmy mu towarzyszyć. Przyjechaliśmy w czwartek w nocy. Rano tatuń pobiegł się uczyć, a my udałyśmy się na dłłuuuuuuuuugi spacerek. Przeszłyśmy przez rynki i poszłyśmy do ZOO. Jest ono malutkie więc nie było zbyt dużo chodzenia. Za to był plac zabaw, można było karmić kozy i owieczki, co nam bardzo się podobało. Lena postanowiła również wykorzystać moment nieuwagi mamy i wskoczyć do błotnistej kałuży. Na szczęście  były to sekundy i nie zdążyła się w błotku rozsiąść jak EMU. Gdy opuściłyśmy ogród zoobotaniczny Lena szybko usnęła. Mama zaprowadziła mnie do tańczącej fontanny. Miałyśmy szczęście bo trafiłyśmy na pokaz. Lenusi nie obudziła ani głośna muzyka, ani szum wody, czy hałas dobiegający z ulicy. Za to ja poznałam koleżankę (już kolejną bo w ZOO poznałam chyba 3) i biegałyśmy wkoło fontanny. Później miałyśmy wrócić do hotelu bo nie czułam już nóżek. Trafiłyśmy na jakiś objazd dla pieszych i mama postanowiła, że zrealizujemy jej pierwotny plan. Poszłyśmy do skansenu, gdzie najpierw odpoczęłyśmy w cieniu drzew. Później oglądałyśmy stare domki. Ja to bym zaglądnęła w każdą dziurę. Lena za mną krok w krok. Ja przez komin zaglądam, żeby niebo zobaczyć, Lena też "niebo" chce oglądać. Ja biedronki łapie, Lena obserwuje mnie bacznie. Taki mój drugi cień. Swoją drogą z cieniem to też mamy psikusa. Parę miesięcy temu Lena odkryła cień, ale cały czas ją intryguje. Czasami ją śmieszy, a czasami się go boi. Kiedyś na spacerze była bardzo oburzona, że przyczepił się do niej i idzie krok w krok za nią. Wracając do Torunia to ze skansenu udałyśmy się w stronę hotelu. Mi już brakło siły więc wsiadłam do wózka, a Lena siadła na moich kolanach. Wózek wytrzymał, a i mama dała radę. My się zregenerowałyśmy i w czekaniu na tatę brykałyśmy po placu zabaw. Później wróciliśmy do starego miasta, które było już przeludnione (w porównaniu do poranka) i udaliśmy się na obiadek. Później krótki spacerek i powrót do hotelu. Mama była pełna nadziei, że jak wsiądę do auta to szybko usnę. Wstałyśmy o 7 rano, z hotelu wyszłyśmy przed 9. Z Torunia wyjechaliśmy o 19. Czyli od 9 do 19 cały czas się spacerowaliśmy i przemieszczaliśmy się. W aucie usnęłam przed 21. Odkryłam bardzo ciekawe zajęcie. Liczenie do 100 jest bardzo wciągające. Zwłaszcza jak się człowiek pomyli i musi zacząć od nowa. Nie wiem jak znalazłam się we własnym łóżku. Lena podobno się obudziła w domu i kąpała się jeszcze, ale ona zdecydowanie dłużej spała w aucie. To był bardzo długi dzień.



Słówka Leny:
papam - przepraszam
kuń lub koń - koń, ale zdecydowanie częściej jest "haha"
bimbim- żurawina, rodzynki, a nawet spinki czy gumki do włosów (drobne rzeczy)
adun - raz, dwa, trzy (gdy bawimy się w chowanego)
ogoń - ogon
hosiem - osiem
gulas - golas
blum blum  -plum plum na basenie
myju myju - umyć coś
dol - gol
piii- ktoś śpi
Mika - Lenka zaakceptowała, że mama to Mika
 
PS. Bo w końcu Lenie udało się doświadczyć radości bycia na basenie. Jak była mała to ciągle była zasmarkana i jakoś ją to ominęło. W końcu rodzice w ramach "zmęczenia fizycznego Majki" (czyli mnie) wzięli nas do Tarnowskich Gór do aqua parku. Lena najpierw była spięta, trzęsła się jak galareta. Po kilku minutach czuła się już jak ryba w wodzie. Okazało się, że 2 godziny to mało.

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Posie hama

 Najważniejsze wieści są takie, że na reszcie przyszła wiosna. Straszą, że jeszcze ma przyjść chłodny front bo w kwietniu to normalne. Póki co cieszymy się i delektujemy słoneczkiem, pierwszymi kwiatuszkami i pączkami. Coraz więcej spacerujemy, bawimy się na placach zbaw. Lenka upodobała sobie zjeżdżalnie "łi". W niedzielę odwiedziła nas ciocia Karinka i dziadek Janusz. Udało mi się wtedy zrobić parę zdjęć kwiatków. Poza tym ostatnio zapomniałam o kilku ważnych słowach Lenki. Gdy siadam tu i próbuję przypomnieć sobie wszystkie słówka jakie udało się jej powiedzieć mam ogromną pustkę w głowie, a później przypominają mi się:
posie - proszę -> przecież to takie ważne słowo. Lena już wie, że gdy go użyje to ciężko jej odmówić. "Mamo, posieee"
hama - sama -> To jest od tygodnia hit. Lena wszystko robi "hama". Nie pozwala się asekurować przy wspinaniu na schody, przy zjeżdżaniu ze zjeżdżalni. Gdy ktoś jest zbyt blisko odgania go rączkami "Ja hama", albo podnosi jeden palec do góry "hama".
No i znowu z mojej długiej listy zostały mi w głowie te dwa słowa. Może następnym razem coś sobie przypomnę.

piątek, 5 kwietnia 2013

Wspomnienie wiosennych Świąt


Święta już dawno za nami, a my tu ani słówkiem o tych wiosennych chwilach nie wspomniałyśmy. Zacznę od tego, że rodzice postanowili przed Świętami poodwiedzać rodzinkę i zawitaliśmy do Stalówki. Dobrze być tak często u babć i cioć bo człowiek się wtedy mniej wstydzi. Trzy dni minęły szybko i wróciliśmy do Częstochowy szykować się do Świąt Wielkanocnych. Wszyscy wyczekiwaliśmy też wiosny. Niestety, nie dość że nie nadeszła to jeszcze mieliśmy atak zimy.  Dobrze, że chociaż w domu zrobiło się zielono, żółto i jakoś tak jaśniej (mama w końcu umyła okna). Posiałyśmy rzeżuchę, mama nakupiła kwiatków, zrobiliśmy pisanki, wydmuszki. W domu wiosna, za oknem zima. W sobotę wyszło na chwilkę słonko więc przynajmniej wyprawa na Jasną Górę z koszyczkiem należała do przyjemnych. Później to już tylko sypało i sypało. Niedziela to ważny dzień bo wtedy przychodzi Zając z prezentami, co my dzieci bardzo lubimy. Nie jest to takie
MAPA

proste, bo on chowa te prezenty. Czasami zostawia ślady po których trzeba iść, a czasami mapę. Odszukanie prezentów zajęło mi parę minut. Jeden był w piekarniku, a drugi w pudle koło okna, ale ma pomysły ten Zając. Skarby znalezione szybko porzuciłyśmy na środku przedpokoju (w kolejnych dniach wypróbowałyśmy nasze nowe fanty). Śniadanko zjedliśmy w domu, a na obiad sankami wybraliśmy się do babci Ani i dziadka Marka. Wracając spotkaliśmy Maryśkę i Tomka, z mamami i patrzyłyśmy jak ciocie usypują bałwana łopatą. Śnieg nie chciał się kleić więc
ZDJĘCIA
musiały sobie jakoś radzić. W poniedziałek obudziła nas mama oblewając wodą. Była z siebie zadowolona. Zawsze tą ją budzono wodą, gdyż ona zawsze najdłużej spała. Lena była zdziwiona, zbierało jej się na płacz, ale gdy
pozwolono jej polać tatę uśmiech wrócił na jej buźkę. Po śniadanku wyszliśmy na podwórko i ulepiliśmy  wielkanocnego zająca. Najbardziej wykazał się tata gdyż my kręciłyśmy się na karuzeli i wspinałyśmy się na drabinki, w towarzystwie mamy. Popołudnie spędziliśmy u dziadków. Było miło poza momentami gdy dziadek, a później Mikołaj nas oblali wodą. Byłam bardzo rozczarowana, że mi się nie udało. Poza tym, co za frajda być polewanym, lepiej lać. No i tym sposobem Święta się skończyły, ja wróciłam do przedszkola, tata do pracy.




Słówka Leny:
potampotam- hipopotam (mamy ulubione)
Dzoldz- George, imię świnki z bajki. Na siebie Lena ciągle mówi "Ty" (chodź raz powiedziała "Ja", ale to pewnie przypadek) i nie powtarza swojego imienia.
Ni ma (nie ma); Nie chce- jak łatwo się domyślić nie ma, nie chcę
To AGA- baba Jaga (a przecież umie powiedzieć baba)
No i w końcu, od kilku dni powtarza łatwiejsze słówka jak się ją o to poprosi i jeśli jaśnie Lena ma na to chęć.

PS. Z okazji Świąt mama zaprzestała prób nocnikowych. Ponieważ podczas porządków przedświątecznych nasza Lenka zasikała dwa razy łóżko i raz krzesło, podłoga to była norma. Po Świętach, mama również nie podjęła prób chodzenia bez pieluchy. Przyznała wreszcie rację tacie, że to za wcześnie. Lenek robi kupkę na nocnik i to na razie musi nam wystarczyć.

czwartek, 21 marca 2013

Wiadomości ze Świata i z domu

Dziś będą wieści wieści ze Świata (ale nie tylko), których byłam świadkiem. Wszystko przez to, że mam problemy z zasypianiem. Gdy już Lenka zaśnie często zaczynam wędrówki, a to do łazienki, a to coś mnie boli, albo próbuję mamę namówić by pozwoliła mi pooglądać z nią film. Udaje się rzadko, mama twierdzi, że jest zbyt późno. Ja myślę że ona nie znosi mojego gadulstwa. Bo ja zadaję dużo pytań i jej się to nie podoba. Ostatnio przydreptałam z wymyśloną wcześniej sprawą, a tu proszę mama sama mnie zaprasza przed telewizor, mimo późnej pory. Okazało się, że wybrali nowego papieża. Usiadłam i patrzyłyśmy w telewizor, a mama była jakaś taka rozgadana. Opowiedziała mi o tym jak się wybiera papieża, o czarnym i białym dymie. Nawet pokazała ten drugi bo go też pokazywali. Ja podzieliłam się z mamą tym, że dzień wcześniej widziałam z mojego okna czarny dym. Wypytałam też mamę o Jana Pawła II, bo go kiedyś widziałam w telewizji. Później podziwiałam piękne okno i jeszcze piękniejsze zasłony, na które ciągle były robione zbliżenia. Tam miał się pojawić ten nowy papież. Później rozwinęli piękny dywan, a orkiestra zagrała smutną piosenkę. Mama nie wiedziała dlaczego jest smutna, a gdy spytałam czemu ten papież jest ubrany, a nie na golasa kazała zadzwonić do taty. Tata ochoczo mnie wysłuchał, ale nie zdążył mi opowiedzieć bo koniecznie musiałam mu opowiedzieć o mojej nowej szczoteczce do zębów i innych jeszcze ważniejszych sprawach.  
Tyle z dużego świata, a teraz coś z naszego małego domowego życia. Mama podjęła kolejną próbę nocnikowania Lenki. Tym razem się zawzięła i już od tygodnia mamy powódź w domu. Nie poddała się nawet, gdy tata po powrocie z pracy stwierdził że to nie ma sensu. Ja myślę inaczej, bo jednak po za zasikanymi ubraniami i kałużami w domu, są pewne sukcesy. Lena robi kupę na nocnik, z sikami też jest coraz lepiej. Tylko, że woła za późno i nim rodzicom uda się ją wysadzić to już jest po wszystkim. Mama oczywiście pyta ją co jakiś czas o siku, ale ona mówi, że nie. Czasami ich nabiera i woła "mamo, siiiiiiku", mama biegnie do niej, a ona się śmieje i mówi "nie". Teraz przejdę do spraw pogodowych. Dziś powinna przyjść wiosna, a jutro powinniśmy topić marzannę. Niestety coś u góry nawaliło, gdyż tu na dole leży gruba warstwa śniegu. Niby dziś słonko próbuję się jej pozbyć, ale mam pewne wątpliwości czy mu się to uda.


Nowe słówka Leny:
boje - boję się
baje- chcę oglądać bajki
cien- cień
dien- dzień (chyba gdy odsłaniamy rolety  robi się jasno)
bal- bal
mul- mur
A pij Moja Maju- Ah śpij kochanie 
pepłe- ciepłe
 
Szczyt oszczędności:
Mama zmieniała pieluchę Lenie (to już jakiś czas temu) i wycierała jej pupę (nie powiem z czego). Lenka domagała się chusteczek (a ona umie się tak domagać, że trudno jej odmówić) więc mama jej jedną dała. Lenka pomagała mamie wycierać się, a później przetarła sobie buzię.


Szczyt dorosłości:
Mama obiecała mi ścienne naklejki, pech chciał że były tylko z Hana Mothana. Mama mi tłumaczyła, że to dla starszych dzieci:
-To ile trzeba mieć lat, żeby oglądać ten film?
-Może 10, albo 13. Sama nie wiem, bo nie oglądałam tego filmu.
-Mamo, ale 13 lat to już dorosły ludź.

Wpływ rówieśników:
Byliśmy na meczu Mikołaja (mojego kuzyna). Wszyscy byli zajęci oglądaniem biegających chłopców (i dwóch dziewczyn) za piłką. Ja w tym czasie biegałam z małymi dziewczynkami (były młodsze i starsze) po holu. W końcu przybiegłam do rodziców bo zgłodniałam. Dostałam banana, którego chętnie zjadłam. Po paru minutach znowu przybiegam:
- Mamo, czy mogłabym dostać coś do jedzenia?
- Jadłaś przecież banana.
- Tak mamo, ale wszyscy jedzą coś niezdrowego i tylko ja jadłam coś zdrowego.



Po powrocie taty:
Budujemy z drewnianych klocków i klocków DUPLO.
Ja: Tato pobaw się ze mną.
Tata: No przecież się bawię.- odpowiada tata zajęty swoją budowlą
Ja: Tato, ty się bawisz sam.




sobota, 9 marca 2013

My kobietki trzy co robimy grrr

foto
Początek lub koniec, a także środek miesiąca oznacza jedno, wyjazd albo powrót taty. Obecnie w każdy pierwszy dzień miesiąca zostajemy z mamą same w domu. Wtedy w nasze życie wkrada się rutyna. Nie oznacza to nudy, ale że nie będzie przez ten czas dalszych wypraw. Natomiast spodziewać się możemy spacerów. Oczywiście wszystko to zależy od pogody. Niedawno na chwilę zagościła u nas wiosna. Przez trzy dni świeciło słonko i mogłyśmy długo spacerować. Nawet odwiedziłyśmy kilka placów zabaw. Ponieważ Maja jeszcze nie wróciła po feriach do przedszkola dlatego mam towarzystwo i wcale, a wcale się nie nudzę. Mama za to zaczyna narzekać. Wszystko przez to, że ja we wszystkim chcę naśladować moją starszą siostrę. Niestety ciągle zapominam, że co wolno Majce nie zawsze mi wychodzi na zdrowie. A Majka non stop gdzieś się wspina, gdzieś skacze. Mama ciągle ją prosi i błaga, ale niestety (dla mamy) do niej to nie dociera. Więc mama krzyczy, złości się i denerwuje. My w końcu przestajemy bo już lepiej więcej jej nie drażnić. Potem mama rozmawia i tłumaczy Majce (jej zawsze się obrywa) czemu tak nie można i dlaczego się tak zdenerwowała. Maja obiecuje, ale chwilę potem wpada na inny szatański pomysł. My mamę doprowadzamy do nerwów, a do tego przebija mi się kolejny ząbek i jestem rozdrażniona. Gdy tylko moja starsza siostra bierze coś w ręce ja pragnę to mieć. Nie proszę, a zaczynam jęczeć i płakać, a mama załamuje ręce i próbuje mi tłumaczyć, że Maja mi za chwilę da. Ile to ta chwila może trwać?? Jak długo mogę czekać?? Więc jęczę i płaczę, co czasami cieszy Majkę, a mamę doprowadza do szału. Po tej "chwili" najczęściej osiągam cel, ale wtedy Maja wtedy wchodzi na np. łóżko i skacze. Więc ja za nią i mama znowu w nerwach. Najbezpieczniej jest jak się bawimy np. klockami. Wtedy mama się nie złości bo klocków jest dużo, a zabawa na podłodze jest bezpieczna. Za to Maja się złości gdy jej coś popsuję. Lubię też zabawę w chowanego. Maja się chowa i wydaje śmieszne odgłosy, a ja jej szukam. Czasami ja chowam się z Mają i szuka nas mama. Bezpieczne i miłe jest też oglądanie książeczek i telewizora. Ten ostatni pomysł mama wykorzystuje najczęściej gdy robi śniadanie i kolacje. Ja i tak co chwilę przybiegam do kuchni krzycząc "am, am" albo "tić". Oczywiście robię to tak przekonywująco,  że zawsze wracam do Majki z jakąś zdobyczą. Często jesteśmy takie głodne, że kanapki zostawiamy. Nie gardzimy za to parówkami i jajecznicą. Kąpiel i kładzenie do łóżek jest bardzo przyjemne. Chociaż czasami mama też się denerwuje. Czyta nam książkę, a ja do póki piję mleko to jestem cicho. Później często robię sobie przerwę i zaczynam gadać i wyjmować zabawki (które stoją na półce obok mojego łóżka). Gdy gadam mama stara się czytać głośniej. Gorzej ma Majka, bo jak ona nie słucha to mama mówi, że w takim razie idzie do swoich spraw. Wtedy się trochę denerwuje, że słuchają ją tylko ściany. Więc wtedy Maja zaczyna płakać i prosić i mama oczywiście zostaje. Lecz gdy Maja dalej nie słucha mama mówi "dobranoc dziewczynki"  i wychodzi. Jak jestem śpiąca to idę spać, a gdy mam jeszcze siłę to wołam "Mamu, oć tu!". Gdy wołanie zawodzi to zaczynam płakać. Najlepiej płakać tak jakby coś nas bolało wtedy na pewno przyjdzie. Ja już mam wprawę i tylko jak Maja mnie rozśmiesza to mi nie wychodzi. Zaczęłam pisać o spacerach i nie skończyłam. Bardzo spodobało mi się na placach zabaw. Najlepszy jest konik jak się huśtamy z Mają. Ona tak robi że pupa mi podskakuje i mnie to bardzo bawi. Podoba mi się też piaskownica, ale tam trzeba pamiętać żeby wziąć jakieś zabawki. Wesoła sprawa jest też ze zjeżdżalnią i karuzelą. Co tu dużo gadać, niechętnie wracałam do domu. Oczywiście buntowałam się jak mogłam, krzyczałam, płakałam, ale wszystko na nic. Lubię też chodzić do biblioteki. Mama mnie tam czasem zabiera gdy idzie z Mają wymienić książki. Bardzo fajne miejsce. Pani wyciąga nam taką wielką kolorową walizkę z zabawkami, albo daje kolorowanki i kredki. Ostatnio nawet dała pisaki, a tego mama w domu nie pozwala. Chyba dlatego, że ja uwielbiam malować siebie (ale czasami też inne rzeczy ostatnio lustro i prześcieradło). Oczywiście jak tylko dostałam flamaster, a mama pomagała w czymś Majce to ja fiku miku i już sobie usteczka posmarowałam. Na szczęście na brązowo i wyglądałam jakbym miała brudną buzię od czekolady. Na koniec dostałyśmy po lizaku. Wyszłam z  biblioteki tylko dlatego, że mama obiecała jeszcze huśtawki. Ostatnio polubiłam rozmowy przez telefon. Wiecie mama gada, Maja gada z tatą, babcią, ciocią, dziadkiem. To i ja stwierdziłam, że mogę. Biorę telefon do ucha i urządzam sobie wędrówki po mieszkaniu i opowiadam:
-Alo, Alo Baba? Baba, baba
- Maja but (Maja włożyła buty i poszła)
-Dyń dyń dyń (Krecik dzwoni dzwoneczkiem) 
-Ta, ta
-Maja cyk, cyk (Mają włączyła światło)
I takie różne ciekawostki opowiadam, które rozumie tylko mama bo widzi na co akuratnie patrzę. Najpierw mama była dumna, że tak pięknie rozmawiam ze wszystkimi. Niestety teraz już nie jest. Gdy tylko widzę, że mama rozmawia to krzyczę i płaczę "alo, alo" i przykładam rączkę do ucha. Najbardziej mnie boli gdy Maja rozmawia, a ja nie. Wtedy muszę narobić hałasu i fiku miku telefon jest mój. Od paru dni mama rozmawia ze strasznym panem, a ja z nim nie chcę gadać bo on robi "łaaa".
Opowiem jeszcze jak to się ostatnio z mamą dogadałam. Zaczęło się od tego, że malowałyśmy farbami. Mama zapobiegawczo zostawiła mnie w samej pieluszce. Później wsadziła nas do wanny i umyła, ubrała. Oczywiście wcześniej posprzątała farbki i rozlaną wodę. Po kąpieli nalała nam soku i zabrała się za naleśniki (na życzenie Majki). Ja rozlałam sok na siebie i łóżko. Mama mnie rozebrała i stwierdziła, że bezpieczniej będzie dla nowej piżamki jak mi ją włoży po kolacji. Mama wróciła do robienia, a ja jedzenia naleśników. Po kilku minutach przychodzę do kuchni:
- Mamo tutu (i pokazuję na brzuszek)
- Boli Cię brzuszek?? -spytała zdziwiona mama  
- Nie mamo. Tutu miau, maiu (pokazuję na brzuszek)
- Masz kota w brzuchu? - pyta inteligentnie mama
- Niee mamoo. Tutu miau, miau. Maja tutu (pokazuję na brzuszek, później na stopy)
- Ubrać Ci piżamkę??
- Taaa mamo (należały się jej brawa)

Miau, miau dlatego że w ciągu dnia miałam podkoszulek z kotkiem