sobota, 25 maja 2013

O Marcie i Kętach

Tyle rzeczy się działo, że nie wiem od czego zacząć, a co ważniejsze niczego istotnego nie pominąć. Z domowych wydarzeń stała się rzecz smutna. Nasza Dorka się rozchorowała i zdechła. Mama i tata bali się mojej reakcji, ale nie potrzebnie. Zasmuciłam się, nawet łezki mi spłynęły, ale sprawy codzienne szybko pozwoliły mi zapomnieć. Oczywiście nie o moim chomiku, ale o tym że go nie ma. Żeby nie było w domu smutno zamieszkała z nami świnka morska. Nazwałam ją Marta. Jest z nami od ponad tygodnia i póki co bardzo się boi. Z dnia na dzień coraz odważniej nam się przygląda. Każdy zbyt energiczny ruch, czy zbyt głośny dźwięk powoduje, że chowa się do swojego domku. Muszę pochwalić mojego tatusia bo sam zrobił dla niej drewniany dom. Jeszcze w nim nie może mieszkać bo czekamy na większą klatkę. Tyle o Marcie o czarno-czerwonych oczach. Teraz pochwalę Lenkę, która robi ogromne postępy i to nie tylko w mówieniu. W ostatnich dwóch tygodniach okazało się, że Lena woła na nocnik. Oczywiście jej skuteczność nie wynosi jeszcze 100%, ale jest ponad 90%. 


ZDJĘCIA https://plus.google.com/photos/114268332588876660489/albums/5881855323245588881?authkey=CNzLnbn7sqiYVQ

Na koniec szybko opowiem o wyprawie do Kęt. Rodzice chcieli odwiedzić swoich znajomych, których nie widzieli 4 lata. Z początku nie podobał mi się pomysł odwiedzin u cioć i wujków, których nie znam. Gdy przyjechaliśmy byłam nieśmiała i małomówna.
Z wujkiem Grześkiem
Jak to często bywa okazało się, że wszyscy są bardzo mili i pod koniec dnia nie mogli się ode mnie opędzić. Cały niedzielny dzień spędziliśmy w przępięknym, kolorowym ogrodzie, a pogoda dopisała baaaaardzo. Wieczorem przy grillu wyrecytowałam wszystkie wyliczanki i wymyśliłam ze 100 zagadek dla cioci Haliny. Rodzice pozwolili nam zasnąć na polu, a później zanieśli nas do domu. Następnego dnia pogoda nie była już tak piękna, ale najważniejsze, że między deszczami udało nam się wjechać na Górę Żar. U góry podziwialiśmy "wodę bez zbiornika", piękne widoki, zjechaliśmy torem saneczkowym i zakupiliśmy oczywiście pamiątki. Później udaliśmy się do parku linowego. Ja szybko przełamałam swoje lęki i swój tor przeszkód pokonałam z 7 razy. W tym czasie ciocia Ania i wujek Grześ szybowali gdzieś nad moją głową pod koronami drzew.
Z ciocią Anią
To znaczy nie szybowali, a przechodzili z jednego drzewa na drugie po linach, albo na nartach czy rowerku. Najbardziej ucierpiała Lena, która jest za mała na takie atrakcje. Wieczorem wróciliśmy do naszego domu, a cisza nocna została przesunięta na 23. Przez tą późną porę i zmęczenie we wtorek rodzice zrobili mi wolne od przedszkola. W środę stęskniona za koleżankami z chęcią tam wróciłam.

PARK LINOWY




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz