czwartek, 21 marca 2013

Wiadomości ze Świata i z domu

Dziś będą wieści wieści ze Świata (ale nie tylko), których byłam świadkiem. Wszystko przez to, że mam problemy z zasypianiem. Gdy już Lenka zaśnie często zaczynam wędrówki, a to do łazienki, a to coś mnie boli, albo próbuję mamę namówić by pozwoliła mi pooglądać z nią film. Udaje się rzadko, mama twierdzi, że jest zbyt późno. Ja myślę że ona nie znosi mojego gadulstwa. Bo ja zadaję dużo pytań i jej się to nie podoba. Ostatnio przydreptałam z wymyśloną wcześniej sprawą, a tu proszę mama sama mnie zaprasza przed telewizor, mimo późnej pory. Okazało się, że wybrali nowego papieża. Usiadłam i patrzyłyśmy w telewizor, a mama była jakaś taka rozgadana. Opowiedziała mi o tym jak się wybiera papieża, o czarnym i białym dymie. Nawet pokazała ten drugi bo go też pokazywali. Ja podzieliłam się z mamą tym, że dzień wcześniej widziałam z mojego okna czarny dym. Wypytałam też mamę o Jana Pawła II, bo go kiedyś widziałam w telewizji. Później podziwiałam piękne okno i jeszcze piękniejsze zasłony, na które ciągle były robione zbliżenia. Tam miał się pojawić ten nowy papież. Później rozwinęli piękny dywan, a orkiestra zagrała smutną piosenkę. Mama nie wiedziała dlaczego jest smutna, a gdy spytałam czemu ten papież jest ubrany, a nie na golasa kazała zadzwonić do taty. Tata ochoczo mnie wysłuchał, ale nie zdążył mi opowiedzieć bo koniecznie musiałam mu opowiedzieć o mojej nowej szczoteczce do zębów i innych jeszcze ważniejszych sprawach.  
Tyle z dużego świata, a teraz coś z naszego małego domowego życia. Mama podjęła kolejną próbę nocnikowania Lenki. Tym razem się zawzięła i już od tygodnia mamy powódź w domu. Nie poddała się nawet, gdy tata po powrocie z pracy stwierdził że to nie ma sensu. Ja myślę inaczej, bo jednak po za zasikanymi ubraniami i kałużami w domu, są pewne sukcesy. Lena robi kupę na nocnik, z sikami też jest coraz lepiej. Tylko, że woła za późno i nim rodzicom uda się ją wysadzić to już jest po wszystkim. Mama oczywiście pyta ją co jakiś czas o siku, ale ona mówi, że nie. Czasami ich nabiera i woła "mamo, siiiiiiku", mama biegnie do niej, a ona się śmieje i mówi "nie". Teraz przejdę do spraw pogodowych. Dziś powinna przyjść wiosna, a jutro powinniśmy topić marzannę. Niestety coś u góry nawaliło, gdyż tu na dole leży gruba warstwa śniegu. Niby dziś słonko próbuję się jej pozbyć, ale mam pewne wątpliwości czy mu się to uda.


Nowe słówka Leny:
boje - boję się
baje- chcę oglądać bajki
cien- cień
dien- dzień (chyba gdy odsłaniamy rolety  robi się jasno)
bal- bal
mul- mur
A pij Moja Maju- Ah śpij kochanie 
pepłe- ciepłe
 
Szczyt oszczędności:
Mama zmieniała pieluchę Lenie (to już jakiś czas temu) i wycierała jej pupę (nie powiem z czego). Lenka domagała się chusteczek (a ona umie się tak domagać, że trudno jej odmówić) więc mama jej jedną dała. Lenka pomagała mamie wycierać się, a później przetarła sobie buzię.


Szczyt dorosłości:
Mama obiecała mi ścienne naklejki, pech chciał że były tylko z Hana Mothana. Mama mi tłumaczyła, że to dla starszych dzieci:
-To ile trzeba mieć lat, żeby oglądać ten film?
-Może 10, albo 13. Sama nie wiem, bo nie oglądałam tego filmu.
-Mamo, ale 13 lat to już dorosły ludź.

Wpływ rówieśników:
Byliśmy na meczu Mikołaja (mojego kuzyna). Wszyscy byli zajęci oglądaniem biegających chłopców (i dwóch dziewczyn) za piłką. Ja w tym czasie biegałam z małymi dziewczynkami (były młodsze i starsze) po holu. W końcu przybiegłam do rodziców bo zgłodniałam. Dostałam banana, którego chętnie zjadłam. Po paru minutach znowu przybiegam:
- Mamo, czy mogłabym dostać coś do jedzenia?
- Jadłaś przecież banana.
- Tak mamo, ale wszyscy jedzą coś niezdrowego i tylko ja jadłam coś zdrowego.



Po powrocie taty:
Budujemy z drewnianych klocków i klocków DUPLO.
Ja: Tato pobaw się ze mną.
Tata: No przecież się bawię.- odpowiada tata zajęty swoją budowlą
Ja: Tato, ty się bawisz sam.




sobota, 9 marca 2013

My kobietki trzy co robimy grrr

foto
Początek lub koniec, a także środek miesiąca oznacza jedno, wyjazd albo powrót taty. Obecnie w każdy pierwszy dzień miesiąca zostajemy z mamą same w domu. Wtedy w nasze życie wkrada się rutyna. Nie oznacza to nudy, ale że nie będzie przez ten czas dalszych wypraw. Natomiast spodziewać się możemy spacerów. Oczywiście wszystko to zależy od pogody. Niedawno na chwilę zagościła u nas wiosna. Przez trzy dni świeciło słonko i mogłyśmy długo spacerować. Nawet odwiedziłyśmy kilka placów zabaw. Ponieważ Maja jeszcze nie wróciła po feriach do przedszkola dlatego mam towarzystwo i wcale, a wcale się nie nudzę. Mama za to zaczyna narzekać. Wszystko przez to, że ja we wszystkim chcę naśladować moją starszą siostrę. Niestety ciągle zapominam, że co wolno Majce nie zawsze mi wychodzi na zdrowie. A Majka non stop gdzieś się wspina, gdzieś skacze. Mama ciągle ją prosi i błaga, ale niestety (dla mamy) do niej to nie dociera. Więc mama krzyczy, złości się i denerwuje. My w końcu przestajemy bo już lepiej więcej jej nie drażnić. Potem mama rozmawia i tłumaczy Majce (jej zawsze się obrywa) czemu tak nie można i dlaczego się tak zdenerwowała. Maja obiecuje, ale chwilę potem wpada na inny szatański pomysł. My mamę doprowadzamy do nerwów, a do tego przebija mi się kolejny ząbek i jestem rozdrażniona. Gdy tylko moja starsza siostra bierze coś w ręce ja pragnę to mieć. Nie proszę, a zaczynam jęczeć i płakać, a mama załamuje ręce i próbuje mi tłumaczyć, że Maja mi za chwilę da. Ile to ta chwila może trwać?? Jak długo mogę czekać?? Więc jęczę i płaczę, co czasami cieszy Majkę, a mamę doprowadza do szału. Po tej "chwili" najczęściej osiągam cel, ale wtedy Maja wtedy wchodzi na np. łóżko i skacze. Więc ja za nią i mama znowu w nerwach. Najbezpieczniej jest jak się bawimy np. klockami. Wtedy mama się nie złości bo klocków jest dużo, a zabawa na podłodze jest bezpieczna. Za to Maja się złości gdy jej coś popsuję. Lubię też zabawę w chowanego. Maja się chowa i wydaje śmieszne odgłosy, a ja jej szukam. Czasami ja chowam się z Mają i szuka nas mama. Bezpieczne i miłe jest też oglądanie książeczek i telewizora. Ten ostatni pomysł mama wykorzystuje najczęściej gdy robi śniadanie i kolacje. Ja i tak co chwilę przybiegam do kuchni krzycząc "am, am" albo "tić". Oczywiście robię to tak przekonywująco,  że zawsze wracam do Majki z jakąś zdobyczą. Często jesteśmy takie głodne, że kanapki zostawiamy. Nie gardzimy za to parówkami i jajecznicą. Kąpiel i kładzenie do łóżek jest bardzo przyjemne. Chociaż czasami mama też się denerwuje. Czyta nam książkę, a ja do póki piję mleko to jestem cicho. Później często robię sobie przerwę i zaczynam gadać i wyjmować zabawki (które stoją na półce obok mojego łóżka). Gdy gadam mama stara się czytać głośniej. Gorzej ma Majka, bo jak ona nie słucha to mama mówi, że w takim razie idzie do swoich spraw. Wtedy się trochę denerwuje, że słuchają ją tylko ściany. Więc wtedy Maja zaczyna płakać i prosić i mama oczywiście zostaje. Lecz gdy Maja dalej nie słucha mama mówi "dobranoc dziewczynki"  i wychodzi. Jak jestem śpiąca to idę spać, a gdy mam jeszcze siłę to wołam "Mamu, oć tu!". Gdy wołanie zawodzi to zaczynam płakać. Najlepiej płakać tak jakby coś nas bolało wtedy na pewno przyjdzie. Ja już mam wprawę i tylko jak Maja mnie rozśmiesza to mi nie wychodzi. Zaczęłam pisać o spacerach i nie skończyłam. Bardzo spodobało mi się na placach zabaw. Najlepszy jest konik jak się huśtamy z Mają. Ona tak robi że pupa mi podskakuje i mnie to bardzo bawi. Podoba mi się też piaskownica, ale tam trzeba pamiętać żeby wziąć jakieś zabawki. Wesoła sprawa jest też ze zjeżdżalnią i karuzelą. Co tu dużo gadać, niechętnie wracałam do domu. Oczywiście buntowałam się jak mogłam, krzyczałam, płakałam, ale wszystko na nic. Lubię też chodzić do biblioteki. Mama mnie tam czasem zabiera gdy idzie z Mają wymienić książki. Bardzo fajne miejsce. Pani wyciąga nam taką wielką kolorową walizkę z zabawkami, albo daje kolorowanki i kredki. Ostatnio nawet dała pisaki, a tego mama w domu nie pozwala. Chyba dlatego, że ja uwielbiam malować siebie (ale czasami też inne rzeczy ostatnio lustro i prześcieradło). Oczywiście jak tylko dostałam flamaster, a mama pomagała w czymś Majce to ja fiku miku i już sobie usteczka posmarowałam. Na szczęście na brązowo i wyglądałam jakbym miała brudną buzię od czekolady. Na koniec dostałyśmy po lizaku. Wyszłam z  biblioteki tylko dlatego, że mama obiecała jeszcze huśtawki. Ostatnio polubiłam rozmowy przez telefon. Wiecie mama gada, Maja gada z tatą, babcią, ciocią, dziadkiem. To i ja stwierdziłam, że mogę. Biorę telefon do ucha i urządzam sobie wędrówki po mieszkaniu i opowiadam:
-Alo, Alo Baba? Baba, baba
- Maja but (Maja włożyła buty i poszła)
-Dyń dyń dyń (Krecik dzwoni dzwoneczkiem) 
-Ta, ta
-Maja cyk, cyk (Mają włączyła światło)
I takie różne ciekawostki opowiadam, które rozumie tylko mama bo widzi na co akuratnie patrzę. Najpierw mama była dumna, że tak pięknie rozmawiam ze wszystkimi. Niestety teraz już nie jest. Gdy tylko widzę, że mama rozmawia to krzyczę i płaczę "alo, alo" i przykładam rączkę do ucha. Najbardziej mnie boli gdy Maja rozmawia, a ja nie. Wtedy muszę narobić hałasu i fiku miku telefon jest mój. Od paru dni mama rozmawia ze strasznym panem, a ja z nim nie chcę gadać bo on robi "łaaa".
Opowiem jeszcze jak to się ostatnio z mamą dogadałam. Zaczęło się od tego, że malowałyśmy farbami. Mama zapobiegawczo zostawiła mnie w samej pieluszce. Później wsadziła nas do wanny i umyła, ubrała. Oczywiście wcześniej posprzątała farbki i rozlaną wodę. Po kąpieli nalała nam soku i zabrała się za naleśniki (na życzenie Majki). Ja rozlałam sok na siebie i łóżko. Mama mnie rozebrała i stwierdziła, że bezpieczniej będzie dla nowej piżamki jak mi ją włoży po kolacji. Mama wróciła do robienia, a ja jedzenia naleśników. Po kilku minutach przychodzę do kuchni:
- Mamo tutu (i pokazuję na brzuszek)
- Boli Cię brzuszek?? -spytała zdziwiona mama  
- Nie mamo. Tutu miau, maiu (pokazuję na brzuszek)
- Masz kota w brzuchu? - pyta inteligentnie mama
- Niee mamoo. Tutu miau, miau. Maja tutu (pokazuję na brzuszek, później na stopy)
- Ubrać Ci piżamkę??
- Taaa mamo (należały się jej brawa)

Miau, miau dlatego że w ciągu dnia miałam podkoszulek z kotkiem

środa, 27 lutego 2013

FERIE


ZDJĘCIA
W przedszkolu panowały choroby  i tylko garstka dzieci chodziła, potem przyszły ferie i znowu nas ubyło. W drugim tygodniu zimowej przerwy tatuś wrócił z pracy i postanowili z mamą, że trzeba się gdzieś wybrać. Zrobić nam ferie zimowe. Zabrali nas do Stalowej Woli do prababć, cioć, wujków i psów. Ja zawsze mam tremę przed takimi spotkaniami. Najpierw się zapieram, że nie chcę, że nie lubię, a na koniec trudno mnie wyciągnąć i jeszcze wymuszam obietnice o szybkim powrocie w to miejsce. Lena też ma taką tremę, a objawia się ona tym, że szuka towarzystwa mamy i jeszcze do tego marudzi. Więc mama nie bardzo odpoczęła podczas tych zimowych ferii u rodziny. Za to wszyscy byliśmy zadowoleni, że udało nam się z wszystkimi spotkać i spędzić miło czas. Do tego zima zaatakowała ostro opadami śniegu, ale zapomniała o niskiej temperaturze. Na skutek tych warunków pogodowych w końcu udało nam się ulepić bałwana, ba nawet dwa. Pomagała nam ciocia Daga, a wujek Tomek musiał rzucać śnieżki Wice bo ona miała straszną ochotę rzucić się na nasze dzieło. Na koniec pozwoliliśmy jej wykopać dziurę w brzuchu wielkiego bałwana. Mały pozostał na straży domu wujka i cioci. Trzy dni szybko zleciały i zapakowaliśmy się znowu do autka. Po drodze odwiedziliśmy naszych przyjaciół w Rudniku nad Sanem. Zanim na dobre zaczęłam bawić się z Tośką znowu kazali nam jechać. Gdy wsiedliśmy do auta było już ciemno, a my byłyśmy zmęczone więc nawet szybko usnęłyśmy. O 21 byliśmy w Krakowie, u babci Krysi. Poszłyśmy spać grubo po 23, a ja miałam najwięcej do powiedzenia. W domu panowały już ciemności i zapadła cisza przerywana moimi gadułkami. W niedzielę rodzice zostawili mnie i Lenę u babci i pojechali na narty. To była pierwsza noc Lenki bez mamy. Wszyscy mieli wątpliwości jak Lena zniesie taką rozłąkę. Okazało się, że znakomicie. Przestała marudzić, czym zaskoczyła ciocię Karinkę. Bo ona to już myślała, że nasz Leon to świata za mamą nie widzi. Oczywiście gdy tylko rodzice wrócili, powróciła również marudząca Lena. Tak minęły nam pięciodniowe ferie zimowe. Rodzice mięli nieco więcej frajdy bo byli na nartach. 

Pojechali do Szczyrku, który przywitał ich temperaturą 7 stopni na plusie. Wszystko kapało, a gdy wyszli na narty zaczęło lać. Stwierdzili, że mimo złej pogody zjadą chociaż trzy razy. Gdy wpinali swój historyczny sprzęt (mama swoje narty dostała w 5 klasie i miały nadal dziecięce wiązania do 35 kg, a taty są jeszcze starsze), niektórzy nawet przystawali by popatrzeć, z mamy narty wypadła sprężynka. Mamie zakręciła się łezka w oku. Dobrze, że teraz są wypożyczalnie i szybko miała deski zastępcze. Po tym wydarzeniu wszystko się już poukładało. Pogoda się uspokoiła, a pusty stok i brak kolejek do wyciągu wynagrodził rodzicom kiepski początek. Po tych kilku dniach ferii wróciliśmy do domu, a ja się rozchorowałam więc dalej mam przerwę od przedszkola.

O bezinteresownej miłości:
Maja:Babciu, ja Cię kocham najbardziej ze wszystkich babć jakie kiedykolwiek miałam.
Prababcia Stasia D.: Ja Ciebie też bardzo kocham Majeczko.
M: A wiesz czemu ja Cię tak kocham?
PSD: Nie, czemu Majeczko?
M: Bo masz taki fajny bujany fotel.

Moja mama, ciocia Daga i ciocia Karinka jak były małe miały jeszcze gorsze pomysły. Pytały babcię kiedy umrze bo one by chciały podzielić się jej pierścionkami i oczywiście rezerwowały sobie biżuterię, co która weźmie.

O tęsknocie:
Mama w górach, my u babci Krysi (rozmowa telefoniczna):
Mama: Majeczko, mamusia bardzo tęskni za Tobą. A ty tęsknisz trochę za nami?
Maja: Tak mamusiu, tęsknie.
Mama: My już kończymy jeździć i będziemy wracać do domku.
Maja: Nie mamusiu. Jeździj i jeździj jeszcze z tatusiem. Tak bardzo długo...

Na koniec dodam, że już nie jestem Jają dla Lenki, tylko Mają.

piątek, 22 lutego 2013

1,5 roku Lenki

ZDJĘCIA
Lenka ma już 1,5 roku i chyba czas najwyższy na podsumowania. Obecny jej wzrost to ponad 82 cm, dokładna miara jest ciężka do uzyskania ponieważ Lena nie chce stać spokojnie. Waga nie przekracza 11 kg. Na głowie ma nieco bujniejszą czuprynę niż w swoje pierwsze urodziny, ale o kucykach, gumeczkach, spineczkach może nadal marzyć. Zachwyca nas swoją bystrością i poczuciem humoru. Nie ma takiej łatwości powtarzania nowych słówek jaką ja miałam, ale za to jest  bardzo spostrzegawcza. Mam taki atlas zwierząt z magnesami. Na każdej stronie jest mapa jakiegoś kontynentu i przykładowe zwierzątka, które tam mieszkają. Część zwierząt jest narysowana delikatnie, aby dziecko mogło znaleźć odpowiedni magnesik z podobizną zwierzaka. Lence przypadła do gustu ta książeczka, a właściwie magnesiki. Pewnego dnia mama rozłożyła ładnie magnesy i razem z Lenką szukały i przyklejały magnesy w odpowiednie miejsca. Zabawa bardzo się spodobała i powtórzyła może jeszcze ze dwa razy. Po paru dniach jakie było mamy zdziwienie gdy Lenka sama odnalazła Pumę i przyczepiła w odpowiednim miejscu. Teraz mama mówi:
- Lenka daj URSONA.
- Oooo akuku jest. - co mniej więcej znaczy "Ooooo widzę go, jest tu."
Ostatnio postanowiła spróbować zamknąć drzwi na klucz. Wzięła stopień i pęk kluczy. Wspięła się do drzwi wejściowych. Oczywiście nie dała rady trafić kluczem do dziurki, ale zaskoczyła nas że wybrała dobry klucz. Może był to przypadek, ale powtórzył się jeszcze trzykrotnie. Kiedyś mama zostawiła Lenkę i tatę samych w domu i pojechała coś załatwić. Później oni mieli przyjechać po nią w umówione miejsce. Tata później opowiadał jak to ubierał Lenkę:
-Lenko, gdzie ty masz spodnie?
-Choć
Wzięła tatę za rękę i zaprowadziła do szafki i wyciągnęła zimowe spodnie.
Innym przykładem jak dobrym obserwatorem jest Lenka jest fakt, że gdy bierze telefon mamy, albo taty to dotyka ekranu z taką swobodą jakby wiedziała co robi. Nabiera też wprawy w rozmowach telefonicznych z tatą:
 -Tata? ooo tata!!
-Tak to tata, a z kim rozmawiam?
-Tyi - tu Lenka wskazuje na siebie rączką. Przecież wszyscy mówią "Ty Lenka".
- Co się tam u was dzieje?
-Jaja brrmbrrm baba - w tłumaczeniu: Maja pojechała z babcią autem do przedszkola.
- A ty co robisz??
- Pupa.- co oznacza "Robię kupę" lub "Robię siku"
No właśnie z tym sikaniem to też jest osobna historia. Lena już kilkukrotnie udowodniła, że umie zawołać zanim się załatwi, ale nie chce robić TYCH spraw na nocniku. Bardzo się spina gdy każą jej siadać na nocnik. Ostatnio była u nas babcia Krysia i zrobiły z mamą straszną gafę. Szły na zakupy, a ja byłam w przedszkolu. Moja mama zdjęła Lenie pieluchę i naciągnęła getry na gołą pupę i poszła gdzieś na chwilkę. Babcia Krysia w tym czasie ubrała Lenie grube spodnie i poszły. Dwie godziny później, w domu Lena się coś kręciła po łazience:
- siku
- Tak Lenko tu się robi siku.
Później Lenek przyszła do kuchni i nagle z przerażeniem ozjamiła
- Puppa, pupa.
Mama patrzy, a na ziemi kałuża. Okazało się, że Lena poszła na spacer bez pieluchy...
 To, że stara się mnie we wszystkim naśladować to już chleb powszedni. Ciągle mama się denerwuje:
- Maja nie wchodź tam; Maja nie rób tak, bo zaraz Lena będzie powtarzać.
No i tak się właśnie dzieje. Podejrzała mnie jak wchodzę na wiklinowy kosz pod oknem i teraz namiętnie wspina się i ogląda auta, tramwaje i spacerujących ludzi z psami. Lena jest zachwycona, ale mama się boi że Lenek spadnie i się potłucze.
No i wspominałam o tym jak to Lenka umie nas rozbawić:
Mama - Lenko powiedz PANI
Lena   - Pam
M - Lenko, nie PAN tylko PANI, tam jest Iiiiiii.
L - Pam
M- Lenko umiesz powiedzieć PANI??
L- Ta mamo
M- To powiedz PANIiiiiiii
L- Nie mamo
M- To chyba nie umiesz.
cisza
L- Mamoooo
M- Tak Lenko??
L- Iiiiiii

Tata ogląda książkę z Lenką:
L- To to??
T- To pajacyk, powiedz PA-JA-CYK.
L- TATA,

środa, 30 stycznia 2013

Ha ha brrm brrm

Jak wynika z tytułu posta dziś będzie o kuligu. Maja wreszcie poszła do przedszkola, więc dla odmiany ja napiszę parę słów. Przez cały weekend sypał u nas śnieżek, ale prognozy mówiły (i co się sprawdziło), że idą cieplejsze dni. Wiadomo co się wtedy dzieje: ciapa, chlapa i najlepiej siedzieć w domku. W poniedziałek Jaja jeszcze nie poszła do przedszkola i to miał też być ostatni dzień mrozów. Tatuś postanowił wcielić swój plan w życie (wcześniej nie mógł bo Jaja była chora) i rano odszukał namiary na organizatora kuligów. Po obiedzie rodzice zapakowali nas do auta i zrobiło mi się ciepło, przyjemnie auto brumkało, radio nuciło i błogo usnęłam. Obudziła mnie rozmowa o koniach:
Mama: To chyba tu po lewej te koniki były?
Jaja: Gdzie, gdzie?
Tata: Nie to po prawej będzie.
Jaja: Gdzie są konie, nie widzę.
Lena: Ha ha
W końcu się zatrzymaliśmy, wszędzie było pełno śniegu i wciąż sypał nowy. Czekały na nas sanki, dwa ha ha (konie), oczywiście pam (czyli pan) i hał hał (pies). Opatuleni wsiedliśmy do sań, które przypominały ogromną wannę. Najpierw trzymał mnie tata, a Jaje mama, później na moje wyraźne życzenie się zamieniłyśmy miejscami. Byłam nieco zaspana i przestraszona (bo ja z natury jestem strachliwa). W końcu zrozumiałam co się wyprawia :
Ha ha brrrm brrm
Co znaczy, że konie nas ciągnęły. Gdy już oswoiłam się z dziwną sytuacją zaczęłam się wygłupiać z Jają. Najbardziej podobała mi się obserwacja psa, który pojawiał się raz z prawej, raz z lewej, szczekał na obce psy, przechodzących nieznajomych. Jechaliśmy przez pola, lasy, niektóre dróżki były tak przysypane, że nie było wiadomo, że tam są. Sanie wtedy przechylały się to w prawo to w lewo. W lesie trzeba było uważać na gałązki i na spadający z nich śnieżek. Po godzince konie odwiozły nas do naszego auta i odjechały, a my głodni i zadowoleni wróciliśmy do domu. We wtorek Jaja poszła już do przedszkola, bo były występy dla babć i dziadków. Wszystko wyszło bardzo ładnie, chociaż pani powiedziała, że próba była nieco lepsza. Nasza Jaja i jej koleżanka Nicola dostały śmiechawy i nie mogły się na początku uspokoić, ale potem wszystko ładnie powiedziały. Na przedstawieniu było tylko 10 dzieci, reszta jest nadal chora.
Zapomniałam zaznaczyć, że kulig to był prezent urodzinowy dla mamy. W niedziele odbywały się takie małe uroczystości i nawet mieliśmy niespodziewanych gości (ciocia Aga i wujek Paweł). Muszę wam powiedzieć, że robię się coraz śmielsza. Tylko trochę i na początku obawiałam się naszych gości i jak zwykle chroniłam się w objęciach mamy i taty. Później nawet pozwoliłam się potrzymać na rękach. Mama była zaskoczona i zadowolona.

sobota, 26 stycznia 2013

L4


Zdjęcia

Zima jest nieco nudna. Jak długo można marznąć na spacerach, a do tego te bałwankowe ubrania. Ledwo można się w nich poruszać. Choć muszę przyznać, że od dwóch tygodni mamy piękną białą zimę. Niestety jak się jest nieco chorym to i tak nie biorą cię na długie spacery. W domu ciągle trzeba coś wymyślać, a ja nie z tych co sami sobie coś wynajdą do robienia. Lenie to idzie znacznie lepiej. Ona to weźmie sobie figurki z szopki, które ja dostałam w zeszłym roku, i ma zajęcie na godzinę.  Z królem można przecież potańczyć, można Świętą rodzinę położyć spać, przewieźć wózkiem itd... Później zawsze kogoś brakuje, ale w końcu i tak się odnajduje. Ja to lubię gdy rodzice się ze mną bawią, albo coś razem robimy. Z Leną też można przyjemnie się pobawić czy powygłupiać. Wracając do tematu zimy to wtedy łatwiej też się rozchorować. Po powrocie ze Świąt mama nie czuła się na siłach by mnie odbierać z przedszkola więc dostałam tydzień wolnego, później stwierdziła że straszny pogrom w przedszkolach sieją choroby i jeszcze zrobiłyśmy kolejny tydzień laby. W końcu puściła mnie do przedszkola bo miał być bal przebierańców. Zabawa była genialna, przyszedł CLOWN i orgazniował nam różne konkursy i puszczał nam fajne piosenki. Nucę je do dziś : "Ona tańczy dla mnie", "Gangnam style" itd... Byłam przebrana za Czerwonego Kapturka, a pelerynkę z czerwonym kapturkiem uszyła babcia Ania(zupełnie jak w bajce). Ponieważ dużo dzieci było chorych to na sali nie było ścisku (jak rok temu) i można było poszaleć. No i poszalałam i najprawdopodobniej nieco mnie zawiało. W piątek pokasływałam, w sobotę dostałam temperatury, a w niedziele straciłam głos. Chyba nie tylko ja tak odchorowałam ta imprezę, bo w poniedziałek ciocia z przedszkola zadzwoniła, że z powodu niskiej frekwencji dzieciaków przenoszą uroczystości z okazji dnia Babci i Dziadka. Ja już tydzień w domu jestem, ale i tak walczę z utratą głosu. Lenka cieszy się, że ja z nią zostaję bo ona ostatnio polubiła mnie jeszcze bardziej. Od rana słychać "JAJA", czasami wyrwie się jej "Maja". Lubi mnie naśladować we wszystkim, ale jeśli chodzi o mamę to jest zazdrosna. Gdy mama woła mnie żeby uczesać włoski, albo obciąć paznokcie to Lenka szybciutko biegnie i siada na jej kolanach bo ona chce być pierwsza. Mama ma tylko problem gdy Lena chce żeby wpiąć jej spinkę, albo zrobić kucyka. Ja czasami przy czesaniu krzyczę gdy mama pociągnie mnie za włosy. Więc Lena każe się czesać i krzyczy "ał...ał". Gdy mama zdejmuje ją z kolan i mówi, że teraz moja kolej to Lena jest zrozpaczona i rzuca się ze łzami na podłogę. Oczywiście jest dużo nowych określeń ( i takich o których zapomniałam):
baban- banan
babon- balon
kuko- kółko
kaka- kartka
keka- kredka
am- jem lub daj mi jeść
alo, halo - halo
mimi- Mika
ania- anioł, Ania, Hania
dzidzia- dzidziuś
zizia- Zuzia
Umie też złożyć kilka określeń do kupy i powstają jej pierwsze zdania:
"Ciii tata aaa" - cicho tata śpi
"Jaja bam tu" - Maja mnie zbiła tu (choć często jaj jej po prostu oddaję)
Lenek wie gdzie rysuje się kredeczkami, ale oczywiście sprawdziła czy przypadkiem można też rysować na ścianie, meblach i drzwiach. Póki co obyło się bez większych strat.

sobota, 5 stycznia 2013

Chore Święta




Zdjęcia
Święta się skończyły, ale myślę że zapadną nam  w pamięci na długo. W tym roku obchodziliśmy wigilię Wigilii 23 grudnia razem z babcią Anią i dziadkiem Markiem. 24 grudnia zapakowaliśmy się do autka i pojechaliśmy do Krakowa gdzie spędziliśmy Wigilię z prababcią Stasią, babcią Krysią i ciocią Karinką. Oczywiście najmilszy moment całego wieczoru to rozpakowywanie prezentów (a to już był drugi prezentowy wieczór). Nie będę wyliczać co kto dostał bo by chyba miejsca nie starczyło. Najważniejsze, że wszyscy byli zadowoleni. No i o Świętach mogę jeszcze napisać to, że byłyśmy (Lenka i ja) z babcią Krysią zobaczyć żywą szopkę w stajni obok kościoła. Lenka była tym bardzo przejęta i po powrocie ciągnęła wszystkich do drzwi mówiąc "Ha ha". Chciała jeszcze iść zobaczyć konika. Tyle się działo. Mama chciała nas wziąć na oglądanie krakowskich szopek i na masę spacerów, jeśli byłybyśmy zdrowe. Bo ja do Krakowa przyjechałam z kaszlem. Skończyło się tak, że pierwszego dnia Świąt mama wstała z gorączką i żadne leki nie postawiły jej całkiem na nogi. Nawet po powrocie, w Nowym Roku, do domu jeszcze trochę była niewyraźna. Musiała zrezygnować z Sylwestra, dzięki czemu ja miałam większe towarzystwo. Mama trochę ze mną potańczyła (babcia nie dała rady bo zaraziła się od mamy i leżała z gorączką), Lenka smacznie spała. O 23 otworzyłyśmy szampana, a o 23:40 spałam z kieliszkiem w dłoni. Tak o to Święta Bożego Narodzenia i Sylwester 2012 minęły pod znakiem kaszlu i wysokiej temperatury.