niedziela, 21 czerwca 2015

Zakończenie



Rok przedszkolny dobiega końca. W przedszkolu odbyło się już oficjalne zakończenie. Dla mnie to było pożegnanie z tym miejscem (teraz będę je już tylko odwiedzać i miło wspominać). Po wakacjach z większą częścią mojej grupy spotkam się w szkole, na przeciwko przedszkola. Na uroczystości odtańczyliśmy poloneza i zaśpiewaliśmy całą masę piosenek. Podziękowaliśmy wszystkim paniom wierszem i wręczyliśmy piękne kwiaty. Chyba wszyscy byli nieco wzruszeni... Leny grupa nie miała oficjalnego zakończenia, oni po wakacjach spotkają się znowu tylko w innej sali. Z małych nieśmiałych dzieciątek zamienili się w niezłych rozrabiaków. Lenka bardzo lubi chodzić do przedszkola, do swoich przyjaciół: Julki, Zosi, Nadii, Dawida, Oskarka, Maxa, Adiego... Kończą się również zajęcia pozaprzedszkolne. Dziś odbył się oficjalny występ mojej grupy baletowej w auli Politechniki
FOTY
Częstochowskiej. Wszystkie miejsca siedzące były zajęte (ok 500)... W sobotę odbyła się 2 godzinna próba. Każda grupa ćwiczyła swój układ (w innych strojach) na prawdziwej scenie. Musiałyśmy przećwiczyć kto, kiedy i gdzie. Nasz pan Łukasz zaprosił swoją koleżankę z Poznania z którą dali profesjonalny pokaz baletu. Występ wzbudził wiele emocji i burzliwych braw. Szczerze mówiąc, gdy usłyszałam o tym występie 3 miesiące temu zarzekałam się, że nie wystąpię, że się boję. Obyło się bez nerwów i bez tremy. Na scenie czułam się bardzo swobodnie, może dlatego że nie zdawałam sobie sprawy że patrzy na mnie 1000 oczu? Na koniec odbyła się sesja fotograficzna.
PS. Dziś wyjątkowo dużo zdjęć czarno- białych. Niestety rodzice nie opanowali sztuki robienia zdjęć w takich teatralnych warunkach. Dołączam też filmik, mam nadzieję że jakość pozwoli Wam żeby mnie znaleźć (filmik może być w postaci "dziwnego" paska- klikajcie może się otworzy).

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Bezcenne chwile jak motyle...


Czy zrobiłam sobie wcześniejsze wakacje?? Nie, ale spędzając więcej czasu na "świeżym" (bo czy w mieście jest świeże powietrze?)powietrzu brakuje werwy na stukanie w klawiaturę. Zaległości sięgają dnia matki. Zrobiliśmy z tatą całkiem niezły numer. Mina mamy była bezcenna. Jak to zwykle bywa tatuś wyjechał przed tym ważnym świętem. Powiem szczerze, że popełniliśmy kilka wtopek w zeszłych latach. W przedszkolu zawsze byliśmy przygotowani: występy, prezenty... W domu, wychodziło różnie... Mama w zeszłym roku uciekła się do brzydkiego podstępu (na miesiąc przed swoim świętem):
- Maju zobacz jaka ładna filiżanka. Jak nie będziecie wiedzieć co mamie kupić na dzień mamy, to ta filiżanka baaardzo mi się podoba.
- Mamusiu, ale ja wiem co Ci kupię. Może lalkę, albo klocki....
- Ok, ale jakby tatuś pytał to możesz mu powiedzieć o filiżance.
- Dobrze...
No i stało się... Dzień matki wyskoczył nagle, niespodziewanie i ... co tu dużo gadać była wtopa. W tym roku mama pokazała wspomnianą filiżankę Lence, a później tacie (dmuchała na zimne ;) ). Wszystko szło dobrze, ale tata wyjechał...
Maja: Mamo ja to bym Ci chciała kupić coś pięknego z okazji Dnia Mamy.
Mama: Yyyy...no to będziesz musiała poczekać na tatusia, bo głupio żebym kupowała sobie sama prezent... Póki co pozostaje Ci zrobienie pięknej laurki. Trzeba było przypilnować tatę przed wyjazdem...ehhh
Takich rozmów przeprowadziłam z mamą kilka, a w duchu śmiałam się i powstrzymywałam resztkami sił żeby się nie wygadać. W tajemnicy przed Leną (bo to papla) i mamą pojechaliśmy z tatą do sklepu i kupiliśmy TĄ filiżankę i czajniczek. Tata schował prezent najpierw w piwnicy, a później pod łóżkiem. Mina mamy 26 maja o 7:30 była bezcenna. Pokazaliśmy w tym roku klasę :))). Wiecie co jest najmilszego 26 maja? To że za kilka dni jest TEN dzień, DZIEŃ DZIECKA. Nie możemy narzekać bo z tej okazji spotkała nas cała masa miłych rzeczy: drobiazgi od rodziców, od babci, wycieczka autokarowa do Kariny dinozaurów (Krasiejów) z przedszkolem (to moja grupa), wycieczka do sali zabaw (to Leny grupa). Do tego moja grupa poszła do filharmonii na przedstawienie "Królewna Śnieżka". Rodzice zabrali nas do skansenu w Chorzowie ( o tym będzie), a w ostatni weekend byliśmy na DD u dziadka Marka w pracy. Zwiedzaliśmy jego firmę gdzie produkują uszczelki i inne gumowe elementy. Była cała masa atrakcji: dmuchańce do skakania, trampoliny, studio fryzur, zwierzaki z balonów itd... Były też pokazy straży pożarnej i pogotowia (udzielanie pierwszej pomocy). Razem ze strażakiem "gasiłam pożar" (trafiałam do plastikowych pachołków). Było gorąco i super fajnie.

Na weekend Bożego Ciała przyjechała do nas babcia Krysia, z którą spędziliśmy miło czas. Zabraliśmy ją na spacer po Jurze, zaliczając po drodze ostańce: Dziewicę, Szafę, Mnicha i Sfinksa na górze Biakło. Pogoda nas rozpieściła i mogliśmy podziwiać naszą Jurę skąpaną w zieleni. Kolejnego dnia pojechaliśmy do Chorzowa, do skansenu. Żar lał się z nieba, a my w błogich nastrojach zwiedzaliśmy chaty, zagrody, wiłyśmy wianki i karmiłyśmy biegające owce. Trzeciego dnia pojechaliśmy do Zawad, gdzie kilka godzin chlapałyśmy się z tatą w rzece, babcia zażywała kąpieli słonecznej, a mama w cieniu czytała książkę. Czwartego dnia zabraliśmy babcię do Muzeum Górnictwa Rud Żelaza, pod Jasną Górą. Wystawa nie jest długa, ale nie wzbudziła naszego zainteresowania. Lenka wręcz bała się mroku, tunelów, wagoników i manekinów górników... Później to babcia zabrała nas na wystawę obrazów... A na placu Biegańskiego oglądałyśmy jak straż pożarna ratuje uwięzionego kierowcę w aucie. To były tylko pokazy, w kilka minut z fiata stał się kabriolet. Spacer w 30 stopniach nas wykończył. Dopiero wieczorem wyszłyśmy na plac zabaw. Teraz to już czas zacząć przygotowania do WAKACJI!!! 
FOTKI




poniedziałek, 25 maja 2015

Tata w pracy, a my imprezujemy

Im jestem starsza, tym trudniej mi wychodzą pożegnania z tatą, gdy wyjeżdża do pracy. Coraz bardziej tęsknie, a przecież powinnam być już przyzwyczajona, bo przecież  tak jest od zawsze. Teraz tata miał długą przerwę i chyba się przyzwyczaiłyśmy że codziennie jest z nami. Mama nas pociesza, że te dwa tygodnie szybciutko zlecą. Miała trochę racji, bo już pierwsze 7 dni za nami (chociaż codziennie pytamy o Jego powrót i wyrażamy tęsknotę za nim). Ten tydzień był pełen atrakcji, a nawet jeszcze więcej niż pisałam. Na środę czekałyśmy z wytęsknieniem. Miała się odbyć impreza urodzinowa, kolegi Leny z grupy. Ja też byłam zaproszona, bo z Dawidem doskonale się znamy z przedszkola i nie tylko (jestem jego ulubioną koleżanką). Mama w głowie układała plan jak to po moim balecie pobiegniemy na przystanek i tramwajem pojedziemy na urodziny (byleby nie padało). Plan jak to zwykle bywa trzeba było zmienić, gdy mama przyszła po nas do przedszkola, usłyszała:
-  Lenka jakaś niewyraźna, mówi że jej zimno....
- No, nie... znowu? - załamała ręce mama
Musiały na mnie poczekać więc udały się na huśtawki. 
Mama bujała Lenkę, aż wybujała z niej ból brzucha i głowy. Wiecie co mam na myśli?? Czasami się mówi , że ktoś "puścił pawika". Plan mama zaczęła modyfikować, ale na tą zmianę ja zalewałam się łzami. Mama wykonała kilka telefonów. Na balet zabrali mnie sąsiedzi, do Lenki później przyszedł dziadek (a mama ze mną pojechała na imprezę), a później zmieniła go babcia. Niby Lenie było już lepiej, ale dostała lekkiej gorączki więc musiała zostać w domu. Impreza była świetna. Zaproszono całą grupę dzieci (kilkoro się wyłamało), a oprócz urodzin Dawida w bawialni odbywały się jeszcze dwie inne imprezy. Było baaardzo głośno, ale bardzo fajnie. Muszę, nie mogę się powstrzymać, żeby dodać, Dawid na koniec imprezy również "puścił ...". Ja wsiadając do tramwaju oświadczyłam mamie, że jest mi niedobrze... Zakończę na tym, że ja nie dołączyłam do grona ornitologów.
W piątek miał odbyć się piknik rodzinny z okazji dnia mamy i taty. Mama się martwiła czy Lena wyzdrowieje- bo fajnie by było pójść i przecież ja bym była niepocieszona gdyby nawet mama  (bo tata w pracy) nie przyszła. Lena wyzdrowiała, ale mama dalej się martwiła (chyba tak lubi) czy pogoda dopisze. W piątek od rana nad Częstochową krążyły czarne chmury, ale ani kropelka z nich nie spadła. Piknik się udał. Były, krótkie występy dla rodziców. Później pan w śmiesznym ubraniu prowadził zabawy i puszczał muzykę, można było pomalować buźkę, poskakać na małym dmuchanym zamku, dostać balonikowego zwierzaczka. Przyjechała także straż pożarna i można było posiedzieć w tym wielkim czerwonym wozie. Dla lubiących hałas zajechały dwa motocykle z Włókniarza- narobiły hałasu i kurzu dla
Maja cały tata
najmłodszych fanów żużla. Dla fanów piłki nożnej (których było mało) swoje umiejętności pokazywali najmłodsi gracze Rakowa. Kto był głodny mógł się najeść do syta (żurek, kiełbaska, cista, ciasteczka...). Było fajnie, ale symbolicznie podniosłyśmy mamie ciśnienie. Opiszę jedną z trzech sytuacji. Mama zjadła kiełbaskę i wyrzuciła papierową tackę do kosza, gdy wróciła do stolika Lena była zalana łzami:
- Co się stało Lenko?- spytała zaniepokojona mama, ale to spokojne pytanie wprowadziło Lenę w histeryczną rozpacz.
- Wyrzuciłaś mi... aaaaaaa
- Lena uspokój się, co Ci wyrzuciłam?
- Aaaaa.......nie lubię Cię, głupia jesteś.... aaaaaa
- Lenka co Ci wyrzuciłam? - jeszcze ze spokojem pytała mama (chociaż po mojej wcześniejszej awanturze marzyła o tym żeby zniknąć z tego piknika).
- Aaaaaaaaaa nie będę tego jadła.......- Lena ostentacyjnie odłożyła bułkę - aaaaaaałaaaaaaaaaałaaa!!!!
- Lena!!!! Ja wyrzuciłam talerzyk po kiełbasce- mama myślała, że może Lenka chciała resztę ketchupu
- Łaaaaaaaaaaa wyrzuciłaś mojego misia!!!
- Lena, ale ty misia masz pod pachą!!- Lena spojrzała pod pachę gdzie wystawała głowa żyrafy
- O faktycznie jest hahaha....
I po co te nerwy mamy? Skoro te awantury i tak się rozchodzą i znikają jak gdyby nigdy nic. Także w piątek wyszłyśmy z domu o 8 rano, a gdy po 18 wracałyśmy Lena spytała:
"Mamo, a pójdziemy na plac zabaw?".
W sobotę byłam zaproszona na imieniny koleżanki gdzie również miałam okazję się wyszaleć... Tydzień szybko zleciał, tak jak obiecała mama. 
PS. Występy prawie się udały... Lenka dostała w oko od Dawida (ale przypadkiem) i dzielnie walczyła z tym żeby nie uciec ze sceny do mamy...

piątek, 22 maja 2015

Pasmo Babiogórskie, o spontanicznym zdobyciu Hali Krupowej

Czas opisać ważną przygodę.
14 maj, czwartek ok 22
My dzieci jeszcze nie śpimy o tej porze (jak tata jest w pracy to śpimy), dopiero wybierałyśmy się na czytanie książeczki. Nastało jakieś wielkie poruszenie wśród rodziców:
- To co jedziemy czy nie?? Decyzja ma być szybka... 3 miejsca się zwolniły...- to była mama
- No widzę, że chcesz to jedźmy.- to tata
- No, ale pamiętasz, że w poniedziałek jedziesz do pracy.
- Spoko, damy radę...
- Dobra to potwierdzam...- mama wysłała komuś wiadomość, a tata szperał coś w komputerze.
- Dzieci jedziemy w góry!!- oznajmiła mama
- Kiedy?- pytałam, a Lenka była szczęśliwa że w końcu zobaczy te GÓRY.
- Wychodzi ponad 200 km...- tata wyznaczał trasę
- Oj, to daleko...- zamyśliła się mama- już za późno- dodała nie wiedząc czy się cieszyć czy nie.
My nie mogłyśmy się doczekać, zwłaszcza Lena która była gotowa w każdej chwili jechać.
16 maj, sobota, ok. 6:30
Mama już od piątej biegała po domu, żeby przygotować prowiant i jak to mówi "ogarnąć wszystko". Później obudziła nas i przed 8 zapakowała do auta. Tata jej oczywiście pomagał... W GÓRY przyjechaliśmy po 10. Tam czekała na nas już spora grupa turystów do których dołączyliśmy (Góry z dzieckiem). Naszym celem była Hala Krupowa, którą zdobyliśmy w gronie innych rodzinek. Pogoda zapowiadała się wyśmienicie.  Wyruszyliśmy zielonym szlakiem spod skansenu w Sidzinie. Tym razem szlak był długi i dużo pod górę. Ja i tata wypruliśmy do przodu. Co jakiś czas stawaliśmy by poczekać na mamę i Lenkę. Później z tego zrezygnowaliśmy, bo ile można czekać? Lenka szła nieco wolniej, robiła częste przerwy, zbierała patyczki...Mama się nieco obawiała, że trudne podejścia w końcu ją zniechęcą i zrobi strajk (a od 3 tygodni kochana Lenusia zamienia się w pannę "NIE, NIE ZROBIĘ...").  Szła dzielnie mimo, że buty ją obtarły i trzeba było plasterkami ratować jej pięty. Czy marudziła? Próbowała kilka razy, ale szybko zapominała o zaczętym wątku na rzecz innego tematu. Droga upłynęła miło. Ja i tata byliśmy jednymi z pierwszych, którzy dotarli do schroniska na Hali Krupowej (1152 m n.p.m.). Zakwaterowaliśmy się w 16 osobowym pokoju- to Ci przygoda. Żeby było weselej mama pod naszą namową zgodziła się spać na piętrowym łóżku (trzy łóżka koło siebie tworzyły duże posłanie)- na górze. Dopiero jak ubierała pościel dotarło do niej jak głupi to pomysł (łóżka się nieco bujały, nie było barierek, a jak się komuś zachce siku??). Podczas zabawy w ganianego uległam upadkowi. Wyglądał nieszczególnie, ale zaczęło boleć dopiero 5 minut później. Podrapałam się trochę i zaczęłam chodzić jak kaleka... Gdy odbyła się zabawa w poszukiwanie skarbów zanim doczłapałam na miejsce to dzieci już wracały z prezentami. Popsuło  mi to humor, ale tylko na chwilę. Później zapomniałam o odniesionych ranach i było już dobrze. Puszczałam bańki razem z wszystkimi i gdy rodzice grzali się przy ognisku ja biegałam z innymi górskimi dziećmi. Lenie zabrakło sił i chyba ok 20 wdrapała się na kolana mamy i usnęła, chrapiąc. Ok 23 udaliśmy się na nasze legowisko w pokoju 16 osobowym.


17 maj, niedziela 


 Rano pogoda nie była już tak piękna. Po śniadaniu postanowiliśmy nie czekać na resztę grupy- mieliśmy nadzieję załatwić sprawę w Krakowie. Wychodząc ze schroniska musieliśmy założyć nasze peleryny. Padał deszcz, wiał wiatr i była mgła. Najtrudniejszy okazał się pierwszy odcinek trasy, który nie był niczym osłonięty. Gdy dotarliśmy do lasu, szło się dużo lepiej. Tym razem schodziliśmy czarnym szlakiem. Okazało się, że przy schodzeniu w dół nóżki bardziej bolą... Maszerowałyśmy wytrwale i dzielnie, ale... Po drodze zdenerwowałyśmy  nieco rodziców, zwłaszcza mamę. Szukałyśmy szlaków na drzewach i przy każdym znaczku kłóciłyśmy się zawzięcie, która pierwsza go zobaczyła. Mama w końcu nie wytrzymała, stanęła i krzyknęła "AAAAAAAAA" (przecież w lesie się nie krzyczy!!!).
Wystraszyła nas tym okrzykiem:
 - Co się stało??
 - Jeśli jeszcze raz się pokłócicie, która pierwsza zobaczyła to.... (tu wymyśliła na poczekaniu jakiś szantaż)- My nieco ucichłyśmy i spuściłyśmy głowy...

Parę kroków dalej, zobaczyłam szlak i tak "cicho" dodałam
- I tak pierwsza go zobaczyłam.
Po 40 minutach marszu pogoda się poprawiła, a jak wsiadaliśmy do auta to nawet zaświeciło słonko.
Rodzice pękają z dumy, że tak fantastycznie pokonałyśmy tą trasę. Dla Leny to było pierwsze wyjście w góry bez nosidła. Zdobyła swój pierwszy szczyt, a co ważniejsze sprawiło jej to frajdę. Ja chyba też lubię te góry. 

   
 

środa, 20 maja 2015

NASZ POKÓJ

 Dziś historia obrazkowa, historia naszego pokoju. Przez pierwsze tygodnie remontu był składzikiem, chociaż już wtedy nazywano go "pokojem Majki". Gdy chaos wprzeprowadzkowo- remontowy w innych częściach mieszkania był nieco opanowany to i mój pokój nabierał kształtów.
 Mama odmalowała swoje stare meble na żółty i niebieski kolor, zawisł lambrekin i lampa z żabami. Później w zielonej kolorystyce dołączył żyrafi dywan. Było kolorowo na maxa, a całość dopełniały moje zabawki. 

Co jakiś czas mama przestawiała na nowo mebelki, aby uzyskać jak najwięcej miejsca. W roku 2011 pokój miał być mój i jeszcze kogoś- do końca nie było wiadomo czy będzie Lena czy Leon. Gdy w sierpniu Lena wprowadziła się do domu, nie panoszyła się za bardzo w moim pokoju. Dopiero później "pokój Majki" stał się "pokojem dziewczyn". Trzeba było zmieści tam dwa łóżeczka i miejsca zrobiło się jeszcze mniej. Mama dalej próbowała przestawiać meble, ale nie wiele to dawało. 



 W ostatnim okresie, gdy rodzice oddali łóżko Lenki zrobiło się nim dużo miejsca. Było to jednak kłopotliwe bo wieczorem trzeba było wyciągać materac lub materace i rozkładać nam posłanie na podłodze.
Remont był nieunikniony. Ja od września zaczynam szkołę i powinnam mieć swoje biureczko, a Lenka swoje łóżko. Udało się teraz mamy NASZ POKÓJ. Nie jest tak kolorowy, ale przecież my też nie jesteśmy już tymi malutkimi dziewczynkami ze zdjęć. Mamy dwa biureczka, łóżko piętrowe i dużo, dużo szafek...



poniedziałek, 18 maja 2015

Beskid Mały, Pasmo Bukowskiego Gronia czyli wyprawa na Trzonkę



Czas pędzi jak szalony, nawet nie miałam czasu żeby opisać wspomnianą "trasę śmierci". Narobiło się sporo zaległości, tyle się wydarzyło, a nadchodzący tydzień też ma być pełny atrakcji (urodziny, imieniny, piknik rodzinny). Zanim dojdę do najważniejszego elementu dzisiejszego wpisu to ogłoszę, że nasz pokój jest już gotowy. Szafki wiszą (chociaż jeszcze brakuje im drzwiczek), łóżko stoi, lampy wiszą, a dywan leży. Jest piękny, nam się podoba, a i rodzice są zadowoleni. Tata musiał się trochę napracować przy tym skręcaniu mebli, ale on lubi takie prace więc oddawał im się z przyjemnością. Mama jest zadowolona z efektu, a to ona podejmowała większość decyzji odnośnie wystroju. Nam podoba się wszystko, przyjęłyśmy nowe lokum z radością. Łóżko okazało się bardzo wygodne i w zasadzie przesypiamy noce u siebie, bez wędrówek (zobaczymy jak długo). Teraz kolej na opowieść mrożącą krew w żyłach. To tylko żart, było na prawdę miło i przyjemnie. Na 9 maja rodzice czekali już kilka tygodni. Postanowili nas zabrać na wyprawę w góry. Nie na taką zwykłą, bo mieliśmy iść w grupie innych rodziców i ich dzieci. Na kilka dni przed wyprawą prognozy pogody wariowały i straszyły. Niby rodziców to nie ruszało, ale fakt że Lena dostała wysokiej temperatury dzień przed wyjazdem był mocno niepokojący. Było pewne, że Lena nie pojedzie... Na ratunek przyszła babcia Ania, która podjęła się opieki nad Leniuchem. Lena była bardzo nie pocieszona, że nie pojedzie w GÓRY. Mamę dręczyły wyrzuty sumienia, chociaż wiedziała, że zostawia Lenkę w dobrych rękach. Na początku trasy, w Czańcu zaparkowało całkiem sporo aut. Odetchnęłam z ulgą, że znam jeszcze trzy uczestniczki tej wyprawy - Trzonka Kids Expedition . Po przepakowaniach, przywitaniach ruszyliśmy w trasę. Najpierw szłam, biegłam bardzo chętnie. Po 10 minutach oświadczyłam, że jestem zmęczona i mam dość. Później złapałam wiatr w żagle i było coraz lepiej, choć na trasie leżały zwalone drzewa, albo cała tonęła w błocie (na dodatek widziałam Salamandrę i wypatrzyłam małą żabkę). Im więcej takich atrakcji tym lepiej się bawiłam. Okazało się, że chatka na Trzonce, która była naszym celem nie leży ani daleko, ani wysoko. Tu miało odbyć się wspólne ognisko.
FOTY
Zanim to nastąpiło my udaliśmy się na szczyt Trzonka (729 m n.p.m.). Tam udało nam się złapać kilka promieni słońca, bo w sumie to przez większość czasu było zachmurzone niebo ( całe szczęście, że prognozy się nie sprawdziły i deszcz nas nie spotkał). Delektowaliśmy się też widokami, tzn dorośli, ja wymachiwałam kijem. Podczas ogniska, gdy dorośli zjadali kiełbachy, gadali, my dzieci rozproszyłyśmy się po pobliskich krzakach, łąkach, zakamarkach. Rodzice co jakiś czas kontrolowali czy ich pociechy są w zasięgu wzroku, czasem nie były... Wtedy rozpoczynały się nawoływania... Na szczęście wszystkie dzieci zawsze się znajdowały. Wtedy też właśnie została utworzona trasa, ścieżka śmierci. Za stodołą wznosiła się ostra skarpa obrośnięta drzewem, chaszczami, pokrzywami (w niewielkich ilościach, ale były). Na jej szczycie było drewniane ogrodzenie i wisiał drut kolczasty, oddzielający posesje. Tym bardzo wąskim przesmykiem z wielką radością przechadzały się wszystkie dzieci. Pękały z dumy gdy udało im się pokonać opisany odcinek bez obrażeń (sama przeszłam go kilka razy). Z tego co wiem obyło się bez większych obrażeń, chociaż co najmniej jedno dziecko trzeba było ewakuować przy pomocy mamy. Poparzeń pokrzywą chyba nie ma co uwzględniać. Było na prawdę super. Później w radosnych nastrojach wracaliśmy tą samą drogą. Niektórzy zostali w chatce na noc... Żeby się nie rozwodzić, na koniec rodzice się mnie zapytali:
- Maju jak Ci się podobało?
- Super było!!
- Co najbardziej Ci się podobało?
- Trasa śmierci, bo to było tam za stodołą.....
(20 min później, gdy skończyłam wywód)
- To kiedy jedziemy następnym razem w góry?
- Nigdy w życiu, mamo!!
Lenusi było nieco przykro, że nie była z nami i kazała sobie obiecać, że ją też tam weźmiemy. Na pocieszenie dostała prezent wykonany przez jedną ciocię (która została okrzyknięta Super Ciocią) - drewniane skrzynki z jej ukochanymi bohaterami z bajki Kraina Lodu. Wszystko zbiegło się w czasie i chociaż nikt nie miał urodzin taki podarek dostałyśmy właśnie tego dnia. Idealny przypadek bo dzięki niemu fakt z niebycia na wyprawie został zapomniany.

niedziela, 10 maja 2015

Maj, Maja

Kornelcia próbuje przytulić Igusię

Od 10 dni mamy piękny miesiąc, którego nazwa brzmi podobnie do mojego imienia, Maj. Długi majowy weekend spędziliśmy w Stalowej Woli. Odbyła się ważna uroczystość Igusi, którą mieliśmy okazję w końcu poznać. Iga została ochrzczona i z tej okazji odbył się bardzo miły spęd rodzinny. Na imprezie miały być jeszcze inne dzieci, ale my ich nie widziałyśmy (ponoć siedziały przy stole i nie wyglądały już jak dzieci ). Także musiałyśmy się zadowolić własnym towarzystwem. Czasami do zabawy wciągałyśmy wujków, tatę, babcię, ciocię, a i mamę też. Wszyscy cieszyli się, że niekorzystna prognoza pogody się nie sprawdziła. Nie było gorąco (chociaż w słoneczku było bardzo przyjemnie), ale nie było deszczu. Dzięki temu siedziałyśmy z Leną cały czas na dworze, lub na polu - jak kto woli ;). Dziewczynki Iga i Kornelia znakomicie zniosły zmiany otoczenia. Iga przyzwyczajona do ciszy i spokoju bardzo pozytywnie przywitała gości, przyjmowała ich przez kilka dni. Kornelia jako gościówa też była grzeczna i uśmiechnięta. Do tego opanowała już sztukę samodzielnego siedzenia i z tej pozycji poznaje świat zabawek (przekładanie z rączek do rączek, grzechotanie, stukanie itp.). Bardzo lubi jeść i jak widzi talerzyk i łyżeczkę to nie spuszcza ich z oka- przecież może coś dostać. Iga o miesiąc młodsza jest bacznym obserwatorem, do tego poważnie marszczy czoło. Jak już czuje się pewnie, albo rozkmini wszelkie problemy uśmiecha się do wszystkich. Nie lubi przejażdżek w wózkiem, ani autem i nie wykazuje zainteresowania innymi pokarmami niż mleko. Kornelcia bardzo chciała wyprzytulać Igusię, ale zazwyczaj kończyło się to płaczem. Odwiedziny rodzinki ze Stalowej przebiegły, a raczej przeleciały i zostało po nich tylko wspomnienie i kilka zdjęć. W drodze powrotnej odwiedziliśmy pewnie niezwykłe miejsce. Byliśmy tam kiedyś, ale wtedy nie udało nam się wejść do środka. Odwiedziliśmy Pacanów i Europejskie Muzeum Bajki. Oprowadzała nas po nim wróżka, wprowadziła w magiczny świat bajek. Jest to super miejsce dla takich dzieciaków jak MY. Chociaż panujący półmrok i aura tajemniczości nie przypadła Lenie do gustu. Wtulała się w mamę, albo pilnowała jej ręki. Jednocześnie chciała próbować wszystkich atrakcji jakie czekały na dzieci. Nie chcę się chwalić, ale wykazałam się niezwykłą aktywnością w naszej grupie zwiedzających.
A tu My w butach krasnali
Czasami inne dzieci były pierwsze z odpowiedzią na zadane pytania, ale to tylko dlatego że ja czekałam z podniesioną ręką na oddanie mi głosu (tak nas uczą w przedszkolu). Dopiero mama mi powiedziała, że nie muszę tak robić. Po 1,5 godziny spaceru śladami bajkowych postaci ruszyliśmy w drogę do domku. Wróciłyśmy do przedszkola, do zajęć pozaaprzedszkolnych, do harców na "naszym" placu zabaw. Okazuje się bowiem, że to jest fantastyczne miejsce spotkań. Po przedszkolu zostajemy najpierw na placu pod przedszkolem, a później idziemy na ten "nasz", pod blokiem. Miejsce to cieszy się olbrzymim powodzeniem. Często przychodzą tu dzieci z przedszkola, a powiem, że dużą część to znam. Także zawsze się ktoś znajdzie do zabawy. Ma to też pewien mały minusik. Na placu jest tyle dzieci, że panuje tu chaos i wrzask. Jedni się gonią, inni się huśtają, bawią w piaskownicy, znajdują się amatorzy rowerków (co powoduje dodatkowe ryzyko zderzenia), a i w nogę próbują grać. Tak więc skutkiem tego bałaganu na "bombowym" placu zabaw jest to, że teraz odwiedzają go nie saperzy, a pogotowie. Nie trudno jest spaść podczas przepychanki z ponad 2,5 metrowej konstrukcji. Jak to mówią - jest ryzyko jest zabawa. O "trasie śmierci" już niedługo.