poniedziałek, 18 maja 2015

Beskid Mały, Pasmo Bukowskiego Gronia czyli wyprawa na Trzonkę



Czas pędzi jak szalony, nawet nie miałam czasu żeby opisać wspomnianą "trasę śmierci". Narobiło się sporo zaległości, tyle się wydarzyło, a nadchodzący tydzień też ma być pełny atrakcji (urodziny, imieniny, piknik rodzinny). Zanim dojdę do najważniejszego elementu dzisiejszego wpisu to ogłoszę, że nasz pokój jest już gotowy. Szafki wiszą (chociaż jeszcze brakuje im drzwiczek), łóżko stoi, lampy wiszą, a dywan leży. Jest piękny, nam się podoba, a i rodzice są zadowoleni. Tata musiał się trochę napracować przy tym skręcaniu mebli, ale on lubi takie prace więc oddawał im się z przyjemnością. Mama jest zadowolona z efektu, a to ona podejmowała większość decyzji odnośnie wystroju. Nam podoba się wszystko, przyjęłyśmy nowe lokum z radością. Łóżko okazało się bardzo wygodne i w zasadzie przesypiamy noce u siebie, bez wędrówek (zobaczymy jak długo). Teraz kolej na opowieść mrożącą krew w żyłach. To tylko żart, było na prawdę miło i przyjemnie. Na 9 maja rodzice czekali już kilka tygodni. Postanowili nas zabrać na wyprawę w góry. Nie na taką zwykłą, bo mieliśmy iść w grupie innych rodziców i ich dzieci. Na kilka dni przed wyprawą prognozy pogody wariowały i straszyły. Niby rodziców to nie ruszało, ale fakt że Lena dostała wysokiej temperatury dzień przed wyjazdem był mocno niepokojący. Było pewne, że Lena nie pojedzie... Na ratunek przyszła babcia Ania, która podjęła się opieki nad Leniuchem. Lena była bardzo nie pocieszona, że nie pojedzie w GÓRY. Mamę dręczyły wyrzuty sumienia, chociaż wiedziała, że zostawia Lenkę w dobrych rękach. Na początku trasy, w Czańcu zaparkowało całkiem sporo aut. Odetchnęłam z ulgą, że znam jeszcze trzy uczestniczki tej wyprawy - Trzonka Kids Expedition . Po przepakowaniach, przywitaniach ruszyliśmy w trasę. Najpierw szłam, biegłam bardzo chętnie. Po 10 minutach oświadczyłam, że jestem zmęczona i mam dość. Później złapałam wiatr w żagle i było coraz lepiej, choć na trasie leżały zwalone drzewa, albo cała tonęła w błocie (na dodatek widziałam Salamandrę i wypatrzyłam małą żabkę). Im więcej takich atrakcji tym lepiej się bawiłam. Okazało się, że chatka na Trzonce, która była naszym celem nie leży ani daleko, ani wysoko. Tu miało odbyć się wspólne ognisko.
FOTY
Zanim to nastąpiło my udaliśmy się na szczyt Trzonka (729 m n.p.m.). Tam udało nam się złapać kilka promieni słońca, bo w sumie to przez większość czasu było zachmurzone niebo ( całe szczęście, że prognozy się nie sprawdziły i deszcz nas nie spotkał). Delektowaliśmy się też widokami, tzn dorośli, ja wymachiwałam kijem. Podczas ogniska, gdy dorośli zjadali kiełbachy, gadali, my dzieci rozproszyłyśmy się po pobliskich krzakach, łąkach, zakamarkach. Rodzice co jakiś czas kontrolowali czy ich pociechy są w zasięgu wzroku, czasem nie były... Wtedy rozpoczynały się nawoływania... Na szczęście wszystkie dzieci zawsze się znajdowały. Wtedy też właśnie została utworzona trasa, ścieżka śmierci. Za stodołą wznosiła się ostra skarpa obrośnięta drzewem, chaszczami, pokrzywami (w niewielkich ilościach, ale były). Na jej szczycie było drewniane ogrodzenie i wisiał drut kolczasty, oddzielający posesje. Tym bardzo wąskim przesmykiem z wielką radością przechadzały się wszystkie dzieci. Pękały z dumy gdy udało im się pokonać opisany odcinek bez obrażeń (sama przeszłam go kilka razy). Z tego co wiem obyło się bez większych obrażeń, chociaż co najmniej jedno dziecko trzeba było ewakuować przy pomocy mamy. Poparzeń pokrzywą chyba nie ma co uwzględniać. Było na prawdę super. Później w radosnych nastrojach wracaliśmy tą samą drogą. Niektórzy zostali w chatce na noc... Żeby się nie rozwodzić, na koniec rodzice się mnie zapytali:
- Maju jak Ci się podobało?
- Super było!!
- Co najbardziej Ci się podobało?
- Trasa śmierci, bo to było tam za stodołą.....
(20 min później, gdy skończyłam wywód)
- To kiedy jedziemy następnym razem w góry?
- Nigdy w życiu, mamo!!
Lenusi było nieco przykro, że nie była z nami i kazała sobie obiecać, że ją też tam weźmiemy. Na pocieszenie dostała prezent wykonany przez jedną ciocię (która została okrzyknięta Super Ciocią) - drewniane skrzynki z jej ukochanymi bohaterami z bajki Kraina Lodu. Wszystko zbiegło się w czasie i chociaż nikt nie miał urodzin taki podarek dostałyśmy właśnie tego dnia. Idealny przypadek bo dzięki niemu fakt z niebycia na wyprawie został zapomniany.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz