niedziela, 10 maja 2015

Maj, Maja

Kornelcia próbuje przytulić Igusię

Od 10 dni mamy piękny miesiąc, którego nazwa brzmi podobnie do mojego imienia, Maj. Długi majowy weekend spędziliśmy w Stalowej Woli. Odbyła się ważna uroczystość Igusi, którą mieliśmy okazję w końcu poznać. Iga została ochrzczona i z tej okazji odbył się bardzo miły spęd rodzinny. Na imprezie miały być jeszcze inne dzieci, ale my ich nie widziałyśmy (ponoć siedziały przy stole i nie wyglądały już jak dzieci ). Także musiałyśmy się zadowolić własnym towarzystwem. Czasami do zabawy wciągałyśmy wujków, tatę, babcię, ciocię, a i mamę też. Wszyscy cieszyli się, że niekorzystna prognoza pogody się nie sprawdziła. Nie było gorąco (chociaż w słoneczku było bardzo przyjemnie), ale nie było deszczu. Dzięki temu siedziałyśmy z Leną cały czas na dworze, lub na polu - jak kto woli ;). Dziewczynki Iga i Kornelia znakomicie zniosły zmiany otoczenia. Iga przyzwyczajona do ciszy i spokoju bardzo pozytywnie przywitała gości, przyjmowała ich przez kilka dni. Kornelia jako gościówa też była grzeczna i uśmiechnięta. Do tego opanowała już sztukę samodzielnego siedzenia i z tej pozycji poznaje świat zabawek (przekładanie z rączek do rączek, grzechotanie, stukanie itp.). Bardzo lubi jeść i jak widzi talerzyk i łyżeczkę to nie spuszcza ich z oka- przecież może coś dostać. Iga o miesiąc młodsza jest bacznym obserwatorem, do tego poważnie marszczy czoło. Jak już czuje się pewnie, albo rozkmini wszelkie problemy uśmiecha się do wszystkich. Nie lubi przejażdżek w wózkiem, ani autem i nie wykazuje zainteresowania innymi pokarmami niż mleko. Kornelcia bardzo chciała wyprzytulać Igusię, ale zazwyczaj kończyło się to płaczem. Odwiedziny rodzinki ze Stalowej przebiegły, a raczej przeleciały i zostało po nich tylko wspomnienie i kilka zdjęć. W drodze powrotnej odwiedziliśmy pewnie niezwykłe miejsce. Byliśmy tam kiedyś, ale wtedy nie udało nam się wejść do środka. Odwiedziliśmy Pacanów i Europejskie Muzeum Bajki. Oprowadzała nas po nim wróżka, wprowadziła w magiczny świat bajek. Jest to super miejsce dla takich dzieciaków jak MY. Chociaż panujący półmrok i aura tajemniczości nie przypadła Lenie do gustu. Wtulała się w mamę, albo pilnowała jej ręki. Jednocześnie chciała próbować wszystkich atrakcji jakie czekały na dzieci. Nie chcę się chwalić, ale wykazałam się niezwykłą aktywnością w naszej grupie zwiedzających.
A tu My w butach krasnali
Czasami inne dzieci były pierwsze z odpowiedzią na zadane pytania, ale to tylko dlatego że ja czekałam z podniesioną ręką na oddanie mi głosu (tak nas uczą w przedszkolu). Dopiero mama mi powiedziała, że nie muszę tak robić. Po 1,5 godziny spaceru śladami bajkowych postaci ruszyliśmy w drogę do domku. Wróciłyśmy do przedszkola, do zajęć pozaaprzedszkolnych, do harców na "naszym" placu zabaw. Okazuje się bowiem, że to jest fantastyczne miejsce spotkań. Po przedszkolu zostajemy najpierw na placu pod przedszkolem, a później idziemy na ten "nasz", pod blokiem. Miejsce to cieszy się olbrzymim powodzeniem. Często przychodzą tu dzieci z przedszkola, a powiem, że dużą część to znam. Także zawsze się ktoś znajdzie do zabawy. Ma to też pewien mały minusik. Na placu jest tyle dzieci, że panuje tu chaos i wrzask. Jedni się gonią, inni się huśtają, bawią w piaskownicy, znajdują się amatorzy rowerków (co powoduje dodatkowe ryzyko zderzenia), a i w nogę próbują grać. Tak więc skutkiem tego bałaganu na "bombowym" placu zabaw jest to, że teraz odwiedzają go nie saperzy, a pogotowie. Nie trudno jest spaść podczas przepychanki z ponad 2,5 metrowej konstrukcji. Jak to mówią - jest ryzyko jest zabawa. O "trasie śmierci" już niedługo. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz