piątek, 22 maja 2015

Pasmo Babiogórskie, o spontanicznym zdobyciu Hali Krupowej

Czas opisać ważną przygodę.
14 maj, czwartek ok 22
My dzieci jeszcze nie śpimy o tej porze (jak tata jest w pracy to śpimy), dopiero wybierałyśmy się na czytanie książeczki. Nastało jakieś wielkie poruszenie wśród rodziców:
- To co jedziemy czy nie?? Decyzja ma być szybka... 3 miejsca się zwolniły...- to była mama
- No widzę, że chcesz to jedźmy.- to tata
- No, ale pamiętasz, że w poniedziałek jedziesz do pracy.
- Spoko, damy radę...
- Dobra to potwierdzam...- mama wysłała komuś wiadomość, a tata szperał coś w komputerze.
- Dzieci jedziemy w góry!!- oznajmiła mama
- Kiedy?- pytałam, a Lenka była szczęśliwa że w końcu zobaczy te GÓRY.
- Wychodzi ponad 200 km...- tata wyznaczał trasę
- Oj, to daleko...- zamyśliła się mama- już za późno- dodała nie wiedząc czy się cieszyć czy nie.
My nie mogłyśmy się doczekać, zwłaszcza Lena która była gotowa w każdej chwili jechać.
16 maj, sobota, ok. 6:30
Mama już od piątej biegała po domu, żeby przygotować prowiant i jak to mówi "ogarnąć wszystko". Później obudziła nas i przed 8 zapakowała do auta. Tata jej oczywiście pomagał... W GÓRY przyjechaliśmy po 10. Tam czekała na nas już spora grupa turystów do których dołączyliśmy (Góry z dzieckiem). Naszym celem była Hala Krupowa, którą zdobyliśmy w gronie innych rodzinek. Pogoda zapowiadała się wyśmienicie.  Wyruszyliśmy zielonym szlakiem spod skansenu w Sidzinie. Tym razem szlak był długi i dużo pod górę. Ja i tata wypruliśmy do przodu. Co jakiś czas stawaliśmy by poczekać na mamę i Lenkę. Później z tego zrezygnowaliśmy, bo ile można czekać? Lenka szła nieco wolniej, robiła częste przerwy, zbierała patyczki...Mama się nieco obawiała, że trudne podejścia w końcu ją zniechęcą i zrobi strajk (a od 3 tygodni kochana Lenusia zamienia się w pannę "NIE, NIE ZROBIĘ...").  Szła dzielnie mimo, że buty ją obtarły i trzeba było plasterkami ratować jej pięty. Czy marudziła? Próbowała kilka razy, ale szybko zapominała o zaczętym wątku na rzecz innego tematu. Droga upłynęła miło. Ja i tata byliśmy jednymi z pierwszych, którzy dotarli do schroniska na Hali Krupowej (1152 m n.p.m.). Zakwaterowaliśmy się w 16 osobowym pokoju- to Ci przygoda. Żeby było weselej mama pod naszą namową zgodziła się spać na piętrowym łóżku (trzy łóżka koło siebie tworzyły duże posłanie)- na górze. Dopiero jak ubierała pościel dotarło do niej jak głupi to pomysł (łóżka się nieco bujały, nie było barierek, a jak się komuś zachce siku??). Podczas zabawy w ganianego uległam upadkowi. Wyglądał nieszczególnie, ale zaczęło boleć dopiero 5 minut później. Podrapałam się trochę i zaczęłam chodzić jak kaleka... Gdy odbyła się zabawa w poszukiwanie skarbów zanim doczłapałam na miejsce to dzieci już wracały z prezentami. Popsuło  mi to humor, ale tylko na chwilę. Później zapomniałam o odniesionych ranach i było już dobrze. Puszczałam bańki razem z wszystkimi i gdy rodzice grzali się przy ognisku ja biegałam z innymi górskimi dziećmi. Lenie zabrakło sił i chyba ok 20 wdrapała się na kolana mamy i usnęła, chrapiąc. Ok 23 udaliśmy się na nasze legowisko w pokoju 16 osobowym.


17 maj, niedziela 


 Rano pogoda nie była już tak piękna. Po śniadaniu postanowiliśmy nie czekać na resztę grupy- mieliśmy nadzieję załatwić sprawę w Krakowie. Wychodząc ze schroniska musieliśmy założyć nasze peleryny. Padał deszcz, wiał wiatr i była mgła. Najtrudniejszy okazał się pierwszy odcinek trasy, który nie był niczym osłonięty. Gdy dotarliśmy do lasu, szło się dużo lepiej. Tym razem schodziliśmy czarnym szlakiem. Okazało się, że przy schodzeniu w dół nóżki bardziej bolą... Maszerowałyśmy wytrwale i dzielnie, ale... Po drodze zdenerwowałyśmy  nieco rodziców, zwłaszcza mamę. Szukałyśmy szlaków na drzewach i przy każdym znaczku kłóciłyśmy się zawzięcie, która pierwsza go zobaczyła. Mama w końcu nie wytrzymała, stanęła i krzyknęła "AAAAAAAAA" (przecież w lesie się nie krzyczy!!!).
Wystraszyła nas tym okrzykiem:
 - Co się stało??
 - Jeśli jeszcze raz się pokłócicie, która pierwsza zobaczyła to.... (tu wymyśliła na poczekaniu jakiś szantaż)- My nieco ucichłyśmy i spuściłyśmy głowy...

Parę kroków dalej, zobaczyłam szlak i tak "cicho" dodałam
- I tak pierwsza go zobaczyłam.
Po 40 minutach marszu pogoda się poprawiła, a jak wsiadaliśmy do auta to nawet zaświeciło słonko.
Rodzice pękają z dumy, że tak fantastycznie pokonałyśmy tą trasę. Dla Leny to było pierwsze wyjście w góry bez nosidła. Zdobyła swój pierwszy szczyt, a co ważniejsze sprawiło jej to frajdę. Ja chyba też lubię te góry. 

   
 

1 komentarz: