sobota, 27 września 2014

KONKURS

Ogłaszam konkurs!! Trzeba narysować najpiękniejszą gwiazdę (może być rozgwiazda).  Będą nagrody wykonane przeze mnie, z pomocą mamy. Oto oficjalny plakat:

Termin 11 październik!!

Wpadł mi do głowy jeszcze jeden pomysł. Będzie mi bardzo miło jakbyście przysłali mi pocztówkę z waszego miejsca zamieszkania, albo z waszej podróży. Taką zwykłą, z pozdrowieniami. Fajnie jest dostawać pocztówki, zwłaszcza jak się ma ich kolekcję. (Mama  poda chętnym adres !!!)

PS. Zdjęcie pierwszego plakatu:

poniedziałek, 22 września 2014

Bombowy plac zabaw

FOTKI
Zaczęło się przedszkole, a w domu pojawiły się syropki. Ja przez te lata nabrałam odporności, ale Lenka już smarka i prycha. Dzielnie chodzi do przedszkola i właśnie stamtąd przyniosła te zarazki. Ma już nowe koleżanki, których imiona są jeszcze tajemnicą (poza Nikolą). Łzy tęsknoty się zdarzyły, a największy kryzys przypadł 3,4 i 5 dzień. Teraz pyta "mamo, mogę iść sama do sali?". Bardzo zmieniła się przez te dni. Wchodząc do sklepu mówi głośno "dzień dobry" i "do widzenia". Trochę mniej się wstydzi, a w domu podśpiewuje piosenki. Rodzice pękają z dumy. Drażni ich jednak fakt, że Lena wychodząc z przedszkola jest bardzo drażliwa i płaczliwa. Tłumaczą to sobie tym, że jest zmęczona i musi odreagować, a bywa to bardzo męczące. Mnie też to męczy i wkurza bo wtedy nie wiadomo co i jak mówić do tego KRASNOLUDKA (bo Lena jest w grupie Krasnoludków). Powiesz "idziemy do domu" to jest płacz bo ona chce na plac zabaw. Jakbyś powiedziała "idziemy na plac zabaw" to by się okazało, że ona chce do domu. Dobrze, że ze mną rodzice nie mają takiego urwania głowy. Ja tylko zadaję w nieskończoność pytania natury męczącej (bo padły średnio 50 razy):"czy akrobatka to potrzebny zawód?", "jak działa czujnik w alarmie?", "czemu złodzieje noszą rękawiczki?". "Mamo kiedy wybudują ten plac zabaw?" to pytanie zadaję kilka razy dziennie. We wrześniu mieli oddać nowiuteńki, wystrzałowy plac zabaw, koło naszego bloku. Termin oddania się jednak przesuwa. Wszystko za sprawą niespodziewanych wykopalisk - licznych pocisków. Odwiedziny saperów stały się na tyle normalne, że pytanie "kiedy będą saperzy?" nikogo w domu nie dziwiło. Zatem powiedzenie "wystrzałowy" plac zabaw, albo bawiłam się"bombowo"  lub "rozerwałam się" na placu zabaw (to w przyszłości) będzie miało inny wymiar.

wtorek, 2 września 2014

Pożegnanie wakacji i pierwsze wyprawy Leny do przedszkola

Tata mnie pogania, żebym mu pokazała zdjęcia z ostatniej niedzieli. Ja nie miałam czasu, żeby coś tu naskrobać. Także musiał uzbroić się w cierpliwość. Po pierwsze moja kochana siostra Maja zapomniała wspomnieć, że mam już 3 lata. Dmuchałam świeczki na torcie i trochę płakałam bo moja buzia nie chciała dmuchać. Na szczęście się udało i mogliśmy zjeść pyszny torcik. Spełniły się prawie wszystkie moje marzenia: klocki lego, pościel z kucykami pony, ręcznik. Jedno się tylko nie spełniło. Miałam dostać świecące buty, ale niestety nigdzie mama nie mogła kupić mojego rozmiaru. Po drugie byłam na dniu otwartym w przedszkolu. Panował ogromny hałas i nie mogłam się tam odnaleźć. Po trzecie za mną już pierwszy oficjalny dzień w przedszkolu. Mama bardzo się bała, że będę płakać i że będzie ciężko. Była w ogromny błędzie, była dzielna dziewczyna. Znowu było ogromne zamieszanie, dużo płaczących dzieci i jeszcze więcej przejętych rodziców i babć. W całym tym chaosie poszłam do sali i nawet nie zauważyłam kiedy mama mnie zostawiła. Po obiadku przyszła po mnie Maja, ale ja najpierw musiałam dokończyć swoją pracę. Później przywitałam się z mamą "fajnie było". Ładnie sama jadłam, bawiłam się i nawet nie płakałam. Drugi dzień był odrobinę trudniejszy. Obyło się bez łez, ale jakoś tak nieśmiało wkroczyłam do sali. Po czwrte, a to powinno być po drugie, w niedziele pożegnaliśmy wakacje. Dziadek Marek i babcia Ania zaprosili nas do Energylandii w Zatorze. To jest takie wesołe miasteczko.
FOTY
Bawiliśmy się wszyscy doskonale. Pogoda i humory nam dopisały. Trudno powiedzieć co nam się najbardziej podobało. Ja pobiłam rekord kręcenia się na karuzeli z konikami, 6 razy pod rząd. Pewnie bym kręciła się dalej, ale mama miała już zawroty głowy. Mai podobały się pływające kłody (wsiadło się do "kanu" i płynęło rynną z wodą, kłoda wpływała na na małe wzniesienie, a później z niego szybko spływała). Nawet mama, która nie lubi karuzel korzystała z różnych atrakcji i była bardzo zadowolona (jak dziecko). Co tu dużo gadać wszyscy znaleźli coś dla siebie. Mikołaj wykazał się nie lada odwagą bo zdecydował się na Kamikaze. On dzielnie fruwał w powietrzu, a Malwinka w tym czasie ze strachu płakała. Najmniej podobało nam się kino 7D. Potwory, roboty, ruszające się  fotele, hałas, podmuchy i spryskiwanie wodą to było ponad nasze nerwy. Maja i wujek Marcin na pewno nie zapomną przejazdu na Gąsienicy. Gdy wsiedli do kolejki zaczynało kropić, a później jeździli już w wielkiej ulewie. Oberwanie chmury trwało chwilę, a później kontynuowaliśmy zabawę. Po 7 godzinach harców zmęczeni, ale zadowoleni wróciliśmy do domu.

środa, 27 sierpnia 2014

Jajecznica

Rano obudził mnie zapach jajecznicy. Dziwne to było, bo przecież to ja albo Lenka wstajemy pierwsze. W domu panowała cisza i tylko ten zapach i burczenie w brzuchu zmusiły mnie, żeby sprawdzić co się dzieje. Weszłam do kuchni, na zegarku było po 5, tata kończył jeść jajówę. Nie podzielił się ze mną, a ja przecież od trzech dni prawie nic nie jadłam. W końcu mój brzuszek miał ochotę coś zjeść, bo wcześniej to raczej nie miałam apetytu. Dopadła mnie tzw. jelitówka z towarzyszącą bardzo wysoką temperaturą. Kazali jeść (jakieś suchary) i brać jakieś ohydne leki. Jak ja nie lubię syropków, proszków, tabletek, ja się ich panicznie boję. Za to moja szanowna siostrunia uwielbia, wręcz się domaga, lekomanka jedna:
Mama: Proszę Maju, wypij to.
Maja: Co to?? Ja się boję....ja nie chcę. -spazmy, rzuty na podłogę, sprinty po domu taka jest moja reakcja na większość leków (to nie są skutki uboczne).
Lena: Ja, ja się napiję. Mnie boli, ja jestem chola.
Mama: To dla Majki, tobie nic nie jest.
Maja: Boli mnie brzuszek.- płacz
Lena: Mnie też boli brzuszek. - piękny uśmiech- Mogę sylopek?

Tak, to były trzy bardzo stresujące dni. W międzyczasie tata się dowiedział, że jednak ma jechać wcześniej(o jakieś 2 tygodnie) do pracy i przyjechała babcia Krysia.


Tata dał mi buziaka i kazał kłaść się do łóżka. Zabrał walizkę i pojechał w Polskę. W domu wszyscy spali, panowała cisza. Dopiero po 7 było słychać robotników ocieplających sąsiedni blok, a z drugiej strony bloku dochodziły dźwięki robót przy nowym placu zabaw. Na łące gdzie zawsze rozkładało się wesołe miasteczko budują nam mały park. Szkoda, że lato się kończy i pewnie w tym roku mało z niego skorzystamy. Zresztą mijający sierpień wcale nas nie rozpieszczał jeśli chodzi o pogodę. Na początku sierpnia była przewidywalna aura, a później krążące burze mieszały pogodą jak ja łyżką w zupie. Trzeciego sierpnia mama miała już dość naszej Częstochowy i zabrała nas do Krakowa. Zrobiłyśmy babci K. naszym niezapowiedzianym przyjazdem niespodziankę. Bardzo stęskniłyśmy się za naszym, najdroższym Małinem i za innymi też. Pogoda była bardzo niezdecydowana, niby ciepło, a "za rogiem" wiszące burzowe chmury. To nieco ograniczało nasze plany i spacery. Jeden weekend był przepięknie gorący. Miałyśmy szczęście i spędziliśmy go w domku pod Krakowem.
FOTY
https://plus.google.com/photos/114268332588876660489/albums/6052360039700446849?authkey=COqDyrrB_suZaQ
Mogłam się moczyć cały dzień w basenie. Później znowu te chmurzyska deptały nam po piętach. Rodzice z ciocią Asią ( i Alkeksandrem) i wujkiem Łukaszem na jeden z weekendów udali się do Warszawy, na ślub wujka Śliwki i  cioci Agaty. Oczywiście mieli dużo przygód. W Radomiu zepsuło im się auto, więc mama i ciocia Asia złapały na stopa autokar (który wracał z Chorwacji). W tym nieszczęściu miały szczęście bo zawiózł je do hotelu (nie musiały się błąkać po Warszawie). Tata i wujek Łukasz mieli trudniejsze zadanie bo musieli znaleźć mechanika, który naprawi auto w dłuuugi weekend (zawieźć tam auto lawetą, a później dołączyć do mamy i cioci). Udało się, ale przemieszczenie się przez całą stolicę też nie jest takie hop siup. Życzliwy i trzeźwy (w sobotni wieczór) znajomy mechanika dostarczył ich na miejsce. Nieco spóźnieni, ale w pełnym składzie dotarli do kościoła. Resztę soboty spędzili weseląc się, a w niedzielę spacerowali po Warszawie. W poniedziałek auto było gotowe i wrócili do Krakowa. My w tym czasie spacerowałyśmy z babcią K. po placach zabaw uważając, żeby nas nie "zdeszczyło" i nie "skapało". Zafascynowało nas także życie ślimaków, zwłaszcza tych "domnych". Te "bezdomne" są nieco obrzydliwe. Oczywiście byłyśmy przez cały czas grzeczne, chociaż czasem bardzo głośne i zanadto aktywne. Trudno to sobie wyobrazić, ale nawet ciocia Karinka czasami marzyła o chwili ciszy (delikatnie rzecz ujmując). Najgorsze były momenty gdy do naszych dzikich zabaw dołączała Małin i jej KWAK (gumowa kwacząca zabawka). Ciocia K. spędziła z nami bardzo dużo czasu, bo odkąd pojawiła się w jej życiu Kornelka to wszystko się zmieniło. Najpierw było jej niedobrze i sennie, a teraz gdy Kornelia jest już większa to strasznie ciocię kopie. Ja nie byłam zadowolona gdy usłyszałam, że w naszej rodzinie pojawi się jeszcze jedno dziecko. Już wiem czym to się kończy. Trzeba się wszystkim i wszystkimi dzielić, a to przecież chodzi o moją najukochańszą cioteczkę. Teraz się już ogarnęłam sytuację i przyzwyczaiłam się do tej myśli. Lenka akceptuje rosnący brzuch i chętnie odkłada niechciane zabawki, za małe buty, stare niemowlęce łyżeczki "dla Kolnelci". Ostatnio ciocia K. przysłała mamie mms'a ze zdjęciem Kornelci. Wszyscy orzekli, że jest podobna do Lenki. Mama pokazała nam to zdjęcie:
Mama:  Zobaczcie to Kornelcia.
Lena: Ale brzydka.
Niesmowite, jak można zrobić takie zdjęcie? Przecież widziałam brzuch cioci, ale przez niego nic nie widać.

środa, 30 lipca 2014

Wakacje cz. 4

Ostatnie dni strasznie się ciągną. Często tak jest jak tata wyjeżdża do pracy, a nam zostaje włóczenie się po pobliskich placach zabaw. Za to mamy dużo czasu na zabawy koleżankami, chociaż teraz większość z nich jest poza Częstochową. Trzeba mieć dużo szczęścia żeby kogoś spotkać. Miło powspominać nadmorskie lenistwo, ciepły piasek i wodę. Zwłaszcza, że zalewa nas fala upałów (od dwóch dni przerywanych burzami) i fajnie by było ochłodzić się w morzu. Do opisania została nam ostatnia część "NASZYCH WAKACJI":

13 lipiec
Rynek we Wrocławiu jest piękny, ale głośny.
ZDJĘCIA
Nad Gąski nadciągnęły ciemne chmury. Dzięki temu łatwo nam było pożegnać się z morzem. Nie wiedziałyśmy z Lenką, że czeka nas znowu taka długa droga. Najgorzej było gdy komuś zachciało się siku, a jechaliśmy autostradą, wzdłuż której nie było jeszcze parkingów. O postoju i krzaczkach nie było mowy, a znaki informowały że do najbliższej stacji zostało 30 km. Wszystko byłoby dobrze, ale okazało się że trzeba było zjechać z autostrady, a nikt z nas nie zauważył znaków (albo ich nie było). Kolejna stacja miała być za 60 km. Sytuacja nas zmusiła i trzeba było opuścić tą autostradę... Późnym popołudniem dotarliśmy do Wrocławia, zameldowaliśmy się w hostelu i ruszyliśmy w miasto. Szukaliśmy krasnali, co sprawiało mi i Lence ogromną frajdę. Wieczorem, a może już w nocy pojechaliśmy zobaczyć pokaz multimedialnej fontanny. Powiem szczerze, że dawno już nic nie wywarło na mnie tak ogromnego wrażenia. Te kolory, obrazy i muzyka... Z otwartą buzią oglądałam występ fontanny, a Lena wtulała się w mamę (dla niej było zdecydowanie za głośno). W drodze powrotnej usnęłyśmy z Lenką, te 7 minut podróży pozwoliło nam się zregenerować. W hostelu miałyśmy jeszcze dużo energii, ku przerażeniu zmęczonych rodziców. Rano mama tradycyjnie zawołała nas do czesania. Nie jest tajemnicą, że Lenka gardziła gumeczkami i spinkami. Czasami dała sobie zrobić kitkę, ale szybko ściągała ozdoby z włosów. Ostatnimi dniami była łaskawsza dla "dzieł" mamy. 14 lipca mama zrobiła Lence dwie kitki i powiedziała:
Na karuzeli.
 - Lenko idź do lustra, zobacz jak ślicznie wyglądasz.
Lena podeszła do wielkiego lustra i przeglądała się z uśmiechem:
- Mamo ja jestem dziewczyną, ja naprawdę jestem dziewczynką!!

Po tym radosnym odkryciu ruszyliśmy na śniadanie, a później do ZOO. Żar lał się z nieba, a my wędrowaliśmy wśród małpek, żyraf, słoni, lwów i innych zwierzątek. Budują  tam takie ogromne akwarium (i nie tylko), które się będzie nazywać AFRYKARIUM i można będzie tam oglądać np. pingwiny. Projekt i budowa wygląda imponująco.Spacer zaliczamy do udanych, ale w rankingu naszych ulubionych ZOO Opole wciąż prowadzi. Później wróciliśmy do centrum gdzie w parku obok teatru lalek znajduje się bajkowa karuzela. Kręciłyśmy się na konikach i karocach. Tylko obietnica rodziców, że jeszcze tam wrócimy oderwała nas od tej pięknej atrakcji. Po obiedzie i długim spacerze wróciliśmy do "domu". Następnego dnia wyruszyliśmy na obiecaną karuzelę, a później do Muzeum Mineralogicznego - tam się ogląda kolorowe kamyki. Lubię oglądać książkę taty gdzie jest dużo pięknych,
Dodaj napis
kolorowych kamieni. Teraz mogłam je zobaczyć na prawdę. Po tej wycieczce rodzice zatęsknili już za domem i postanowili skrócić plan dnia. Spakowani, zmęczeni, zadowoleni ruszyliśmy w stronę domu.

piątek, 25 lipca 2014

Wakacje część 2 i 3

 Nasz wyjazd wakacyjny trwał 15 dni, odwiedziliśmy wiele osób, zwiedziliśmy wiele miejsc, powstało ponad 1000 zdjęć (chociaż nie wszystko zostało uwiecznione). Żeby łatwiej nam było kiedyś odtworzyć nasze wspomnienia zapisuję i opisuję je w skrócie (przynajmniej dla mnie). Dla uproszczenia podzieliłam "NASZE WAKACJE" na części:

2 lipca
Wieczorem dojechaliśmy do domu cioci Dagi i wujka Tomka (wielkie DZIĘKI za gościnę!!) , pod Stalową Wolą. Lubimy tam przyjeżdżać i mieszkać. Mają duży ogród po którym możemy buszować od rana do nocy. Nawet gdy dorośli ukrywali się w domu przed komarami my nadal biegałyśmy, nie czując ukąszeń (szkoda, że później tak swędziało). Najlepszą zabawą było podlewanie trawnika wodą z butelki 1 l. Mogłyśmy tak kilka godzin. W przerwach rodzice wozili nas po rodzince i kazali zachowywać się jak należy tzn.: powiedzieć "dzień dobry". Taaa...wychodziło nam to, albo nie wychodziło. Częściej jednak to drugie. Tym razem udało nam się spotkać ze wszystkimi, może nie do końca tak jak się marzyło mamie (zabrakło ogniska w Rudniku- może następnym razem ;)). 
3 lipiec
Niewiarygodne, że tyle osób pamiętało o moich 6 urodzinach. Przecież tak rzadko bywamy w Stalowej Woli, a jednak wszyscy życzyli mi z tej okazji wszystkiego najlepszego. Trochę mnie to zawstydzało, ale bardzo cieszyło. Moja PRAbabcia Stasia P. upiekła nawet tort z tej okazji. Wpadło mi kilka prezentów (wymarzona hulajnoga, "brzydka" lalka) i takie tam. Dziękuję WAM wszystkim jeszcze raz.
6 lipiec
To była bardzo upalna niedziela i większość popołudnia moczyliśmy się w Ulanowie. Tam płynie rzeka Tanew, a na jej dnie jest taki bardzo ciemny piasek, który wygląda trochę jak kupa :) (dobrze, że tak nie pachnie). Miałyśmy tam okazję spotkać się z prawie całą familią z Rudnika (pozdrawiamy ciocię Jajo - przekaż pozdrowienia WSZYSTKIM). Wszystko co miłe szybko się kończy. Chlapanie w rzece się skończyło, a wieczorem okazało się że nasz pobyt dobiegł końca. Po zapakowaniu auta, ok 22 wyruszyliśmy w bardzo daleką drogę. Po 23 usnęłyśmy, a później jak otworzyłyśmy oczka było już jasno.

7 lipiec

ZDJĘCIA
Po godzinie 7 rano dotarliśmy nad morze, do Gąsek. Śniadanko zjedliśmy na plaży i tylko Tatuś był jakiś taki senny. My biegałyśmy pełne energii. To był bardzo gorący dzień, który spędziliśmy głównie na plażowaniu. Woda w Bałtyku była ciepła i wcale po 5 minutach nie siniały nam usta. Wychodząc na brzeg, zanim dotarło się do koca schłyśmy i znowu trzeba było się moczyć. Ośrodek, który wybrali rodzice miał całkiem bogaty plac zabaw (trampolina też była). Ja i Lenka biegałyśmy same i tylko co jakiś czas rodzice odnajdywali nas w śród zabawek i dzieci. Sami wieczorami odbijali piłkę siatkową bijąc "rekordy" lub ogrywali się na wzajem w celnych rzutach do kosza (mama jest o niebo lepsza). Bardzo miła pani właścicielka organizowała wieczorki (mecz siatkówki, aerobik, animacje dla dzieci, ognisko itd..). Lena przez pierwsze dni pytała "Czy to są już te wakacje?", rodzice nie mieli żadnych wątpliwości. Kolejne dni były słoneczne, ale wietrzne. Na morzu pokazały się fale i Lena postanowiła się już więcej nie kąpać- w morzu, a nie pod prysznicem. Ja to z miłą chęcią szłam skakać przez fale z tatusiem. Raz to tak nas zniosło, że wyszliśmy jakieś 500 m dalej niż weszliśmy. Mama w tym czasie zastanawiała się czy już powinna wszcząć poszukiwania czy znowu ponosi ją wyobraźnia (ehh te mamy). Później ratownicy wywiesili czerwoną flagę i nasze kąpiele musiały ograniczyć się do pluskania przy brzegu. Przedostatniego dnia pobytu wiatr się tak nasilił, że na plaży można było wytrzymać tylko leżąc plackiem za parawanem. Jak się człowiek lekko podniósł to mógł odlecieć niczym latawiec. Z powodu silnego wiatru rodzice zarządzili wycieczkę do Dobrzycy, do malowniczych ogrodów. Okazało się, że 6 km w głąb lądu wystarczyło i to co na plaży urywało nam głowy tam było miłym, przynoszącym ulgę wiaterkiem. Podczas pobytu nad morzem odwiedziliśmy też Kołobrzeg i Ustronie Morskie. Najciekawszą przygodą było zdobycie latarni morskiej w Gąskach. Codziennie opychaliśmy się lodami, goframi (lub jednym i drugim), zrobiłyśmy sobie z Lenką afrykańskie warkoczyki, tatuaż - koty dwa (tylko ja, miał mi przypominać o morzu, Gąskach) i kupiłyśmy obowiązkowe pamiątki (oczywiście najbardziej tandetne chińskie badziewie). Ostatni dzień pobytu był pochmurny, ale ciepły i udaliśmy się na długi spacer plażą. Po tygodniu byczenia się nad morzem pożegnaliśmy się z Gąskami i ruszyliśmy w stronę Szczecina.  

wtorek, 22 lipca 2014

Wakacje cz.1

Już jesteśmy w domu, już prawie tydzień. Nie wiem, ale nie miałam czasu po powrocie. Wpadliśmy z rodzicami w wir prania, sprzątania, ogarniania zaległych prac domowych (trzeba było położyć płytki na balkonie, zamontować antenę - to dola tatusia), odwiedzania (bo przecież trzeba było się spotkać z rodzinką by uczcić moje urodziny) rodzinki i przyjaciół rodziców (pozdrawiamy ciocie Asie z Aleksandrem i wujka Łukasza). Zleciało wszystko szybciutko i tyle się działo. Mama ciągle drżała o pogodę, żeby tylko nie lało. Wydrżała bo przez całe nasze "wakacje" padało tylko dwa razy (i to po upalnych dniach). Zacznijmy od początku:
1 lipca- Start
FOTY

Wyjechaliśmy z naszego domku, wpadając w korki panujące w naszym mieście. Z małym poślizgiem czasowym, a mama nic tylko na zegarek zerkała bo o 12 miało zacząć padać, a grafik był napięty i wszystko pod gołym niebem. Z niewielkim opóźnieniem dojechaliśmy do Tokarni gdzie znajduje się Muzeum Wsi Kieleckiej. Bardzo miły spacerek wśród wiejskich chat, dworku, wiatraków, kościółka. Na terenie skansenu pasły się kozy, koniki, kwakakały kaczuchy i inne ptaszyny. Do domków wchodziliśmy i oglądaliśmy ich wyposażenia. Osoby, które pilnowały eksponatów chętnie nam opowiadały co do czego służyło, skąd się wzięło itd... Najbardziej podobały nam się dom lekarza, apteka, sklep, dworek, wiatraki, a inne domki też były fajne. Najważniejsze, że prognoza pogody rodziców się totalnie nie sprawdziła. Deszcz nie spadł, a wręcz zrobiło się bardzo ciepło i zgubiliśmy kilka warstw wierzchnich. Kolejnym punktem były Kielce. Rodzice spodziewali się jakiegoś SCYZORYKA, ale go nie znaleźli w centrum. Odwiedziliśmy zamek (pałać biskupów), bo w Kielcach ku wielkiemu ich zdziwieniu jest taka budowla. Zwiedziliśmy go nieco, ale szczerze mówiąc gdyby nie fajna gra którą wymyśliłam (inwentaryzacja każdego pomieszczenia według mapek z opisami sal) byłoby strasznie nudno. Byłyśmy dzielne i w nagrodę dostałyśmy lody, a później ruszyliśmy w dalszą drogę, do Zacisza. To takie gospodarstwo agroturystyczne, położone na totalnym zaaaciszu, daleko od drogi. Przywitała nas miła pani z wnuczkami ( miałyśmy kolegę Adasia i koleżankę Nikolę) i cisza przerywana odgłosami paszczowymi zwierząt (koni, kóz, psów, krówek, kaczek, kurek i ich małych dzieci). Miła pani zaprowadziła nas w pole i zaczęła coś kopać, z ziemi wystawały takie zielone łodyżki. Po chwili okazało się, że to piękne malutkie marcheweczki (kto by pomyślał, że one rosną w ziemi, a nie w sklepie). Po drodze pozrywaliśmy czarną porzeczkę, a później zerwaną marchew zanieśliśmy do królików. Z podwórka wygnały nas komary. Zmęczeni szybko usnęliśmy, aby rano zaspać. Śniadanko na świeżym powietrzu smakowało fantastycznie.
W Bałtowie
Przed nami była kolejna atrakcja, spełnienie jednego z moich urodzinowych marzeń. Okazało się, że spaliśmy w Bałtowie, a tam mieszkają też dinozaury. W podskokach ruszyliśmy tropem tych wielkich gadów. Rodzice nieco znudzeni bo kraina w Krasiejowie (którą odwiedziliśmy na moje 4 urodziny) podobała im się bardziej. My zachwycone, zwłaszcza możliwością kręcenia się bez ograniczeń w "lunaparku". W Bałtowie jest też cała masa innych atrakcji, ale na więcej nie starczyło nam już czasu, sił, a i coś o pieniądzach rodzice wspominali. Całą naszą wycieczkę towarzyszył nam upał, ale według prognoz miało padać. Gdy kierowaliśmy się do auta zaczęło wiać i pojawiła się wielka ciemna chmura. Czy padało w Bałtowie, my nie wiemy bo ruszyliśmy w dalszą drogę. W brzuchach nam zaburczało i postanowiliśmy zatrzymać się na małe co nieco w Sandomierzu. Zaczęło wiać i wcześniejszy upał gdzieś przepadł. Doszliśmy do krzywego rynku, a tam jakieś zamieszanie. Okazało się, że trafiliśmy na nagrania do mojego ulubionego serialu "Ojca Mateusza".  Widziałam Ojca Mateusza (Artura Żmijewskiego) i Natalię ( Kingę Preis). Oczekując na obiad obserwowaliśmy pracę całej ekipy. Byli panowie i panie, którzy pilnowali, żeby niepowołani ludzie nie pojawili się w kadrze, panie które kiziały aktorów po noskach, ludzie od kamer i masa statystów. Ktoś krzyczał akcja: przez rynek szły dwie dziewczynki, pani z pieskiem, jacyś chłopcy, do przystanku autobusowego podchodził Ojciec Mateusz i Natalia i wjeżdżał bus, z którego wysiadała młoda dziewczyna. I taki schemat widzieliśmy kilka razy. Później wszyscy i wszystko zniknęło, a my zjedliśmy obiadek i pojechaliśmy dalej do Stalowej Woli.