niedziela, 28 października 2012

Nie jestem łobuziakiem


Czuję się dotknięta tym ostatnim wpisem Majki, ja łobuz?? Postanowiłam popracować nad sobą. Moją agresywną postawę zmieniłam na przytulanie. Czyli już nie piorę mojej starszej siostry tylko rzucam się na nią by ją przytulić i pocałować. Tylko, że ona czasami mnie odsuwa, wtedy jest mi przykro. No i jeszcze czasami się zapominam i pochodzę do Majki i ją pac, pac, ale zaraz chwila refleksji i rozkładam ramionka i rzucam się na nią. Oczywiście swe pozytywne emocje przelewam też na dorosłych. Gdy coś mi się nie podoba po prostu się obrażam. Wygląda to najczęściej tak, że ktoś mówi "Lenka, NIE", a nie daj Boże w emocjach podniesie głos. Wywalam dolną wargę, robię ją w podkówkę odwracam się na pięcie, ręce zakładam na piersi i smutnym głosem powtarzam "nie, nie". Czasami muszę jeszcze popłakać, gdy ktoś mnie bardzo zrani. Taka już jestem wrażliwa, a nie łobuz. Maja też napisała, że mało mówię. Ma rację, ale i nad tym pracuję. Umiem już gadać z tatą przez telefon, nie widziałam go już bardzo długo (26 dni, a to jeszcze nie koniec):
T: Halo Lenka.
L: Hajo
T: Halo, halo.
L: hajo, hajo
T: Cześć
L: eść
T: Wiesz z kim gadasz??
 L: ta ta, tata. papa


Gadanie może nie najlepiej mi idzie, ale potrafię inne rzeczy np. coraz lepiej wspinam się po meblach (mama pochowała już niektóre krzesełka, stopnie), pomagam też mamie w domu. U nas w domu trochę jest dziwnie wszystko poukładane. Dlatego staram się  dać mamie delikatnie do zrozumienia, że jak się poprzestawia niektóre rzeczy to będzie wygodniej. Mama co jakiś czas urządza pranie, wkłada wszystko do pralki. Ja wpadłam na lepszy pomysł wrzuciłam skarpetki i kilka drobiazgów do kibelka. Mama jednak nie chce zmienić swojego zwyczaju prania w pralce. Idąc dalej tym tropem mama znalazła kiedyś dezodorant i jakiś krem w szafce z butami. No wiecie, wychodzimy i nagle mama sobie przypomina, że się nie wysmarowała tymi pachnidłami i nie musi biec do łazienki bo ma wszystko pod ręką. Niestety to też jej się nie podobało. Buty postanowiłam chować w pościeli. Pod podusią jest ciepło więc i w nóżki będzie nam cieplutko. Myślicie, że ten pomysł przeszedł?? No i jeszcze wymyśliłam, że zabawkowe sztućce można schować pod dywan. Wtedy ich nie widać i nie robią bałaganu na podłodze. Majkowe lakiery do paznokci wrzuciłam do kosza z brudami - ten pomysł się mamie chyba spodobał bo ich nie wyciąga (chyba, że chodzi o to żeby Maja ich nie widziała i zapominała o malowaniu paznokci...). Papier toaletowy chciałam porozkładać po całym domu, żeby nie trzeba było biegać po papierek do wytarcia noska. Ten patent też nie przeszedł, ale za to jedna rolkę ukryłam na czarną godzinę w kasku rowerowym. Kiedyś zrobiłam psikusa i zabrałam pilota do telewizora, mama szukała go pół dnia. W końcu mama wpadła na pomysł i dała mi kolejnego- chciała zobaczyć gdzie go odłożę. Nie zdążyłam bo mama nagle sobie przypomniała, że wkładałam coś i wyciągałam z szafki w dużym pokoju. Zguba się odnalazła. Widzicie jaki mam dar, może będę projektować wnętrza??
 
                                  


Mała próbka obrażonej Lenki

Korzystam też z nocnika:
Na początku byłam niechętna więc mama poprosiła Maję, żeby mi pokazało jak to robić. Spodobało mi się. Gdy mama udaje się w wiadomym celu do toalety idę z nią. Wyciągam nocnik, mama pomaga mi usiąść. Ja cały czas mówię "siiiiiii siiii". Siadam w pieluszce i spodniach, bo tak wygodniej (na gołą pupę nie polecam).  Trwa to 5 sekund wstaję rozkładam rączki mówię " ni ma. O nie" i uderzam się o kolanka. Po co znać tyle słów skoro i bez nich można robić tyle ciekawych rzeczy, a z ludźmi i tak się jakoś dogadam.
Z ciekawostek przyrodniczych. W tamtym tygodniu było tak ciepło, że Maja biegała z krótkim rękawkiem, a w tym tygodniu spadł śnieg. Co dziwniejsze póki co utrzymał się już dwa dni. Sprawdzałam go dziś rączkami, ale zdecydowanie bardziej mi się podoba jak spada z nieba.

niedziela, 21 października 2012

"...Kiep ten, kto da dmuchać sobie w kaszę!" to krasnoludki powiedziały do Skrobka


Widok z "okna" taty pracy. ZDJĘCIA


W poprzednim wpisie zabrakło parę słów o mojej pasji do książek. Bardzo lubię, gdy mama wieczorami czyta mi książki. Mam już swoje ulubione, gdzie na pewno znajdą się "Dzieci z Bullerbyn". Gdy mama się zapyta czy inne mi się nie podobały, to w sumie okazuje się, że i "Karolcia", "Heidi", "Mikołajek" itd... też mi się podobały. Nawet ku wielkiemu zdziwieniu mamy podoba mi się obecnie czytana książka "O krasnoludkach  i sierotce Marysi". Mama mi musi wiele rzeczy tłumaczyć, bo to jakimś dziwnym językiem jest pisane. Bo ta pani co napisała tą książkę to żyła dawno temu, a wtedy tak dziwnie się gadało. Z tego zamiłowania do słuchania wyszło też moje zainteresowanie do literek, których chętnie się nauczyłam. Czasami mi się jeszcze mylą, ale ostatnio nawet się dowiedziałam że jest "u" i "ó". To wszystko jest bardzo skomplikowane, ale z każdym dniem nabiera większego sensu. Te wszystkie literki zaczynają układać mi się w wyrazy, a wyrazy w zdania. Umiem też literować z głowy różne wyrazy np. KOŃ się pisze kuń, hmm a może kóń. To wcale nie jest proste, chyba jeszcze trochę poćwiczę. Z resztą nie prędko zrezygnuje z literatury czytanej przez mamę. Tata też nam czyta, ale jednak to nie to samo. Może dlatego, że mama ma większą wprawę. Tata przecież często wyjeżdża do pracy. Teraz go już nie ma bardzo długo, a mama mówi że nie prędko przyjedzie. Tęsknie coraz bardziej i nawet kazałam mamie zadzwonić do niego do pracy i odwołać mu tą pracę. Podobno tak się nie da. Jak ja jestem chora, albo jak jedziemy do Krakowa to jakoś można zadzwonić do przedszkola i powiedzieć, że mnie nie będzie. Co do mówienia to muszę nieskromnie powiedzieć, że ja w wieku Leny miałam nieco bogatszy zasób słówek. Co prawda jak się z nią przebywa tak długo jak  ja i mama to doskonale wiemy, że
- mama to mama lub tata
- maba to ja lub baba
- bama lub baba to baba
- tata to zazwyczaj tata
Choć czasami nie wiedzieć czemu pani w sklepie też może być mama, bama, maba... Poza tym ja Lenę rozumiem najlepiej np. :
L: ble ble
M: Mamo bo Lena mówi, że jestem pralka.
Jest jeszcze jedna rzecz, o której nie pisałam. Lena mnie strasznie bije. Mama mówi, że ona tak mnie zaczepia, czasami z zazdrości, albo walczy o jakąś rzecz. Co nie zmienia faktu, że ja ciągle obrywam. Bez wstydu dodam, że jej czasami oddaję. Trzymałam nerwy na wodzy długo, ale ile można obrywać od malucha?? Dziś dostałam po głowie plastikową kuchenką, że nie uciekałam (bo wygodnie mi się leżało) Lena mnie prała i prała. Ja płakałam, ale dalej sobie leżałam, więc Lena mnie uszczypnęła w policzek, więc ja w krzyk. Skończyło się tak, że Lena
już miała dość mojego płaczu i sama się rozbeczała. Co mama na to?? Chyba sama już nie wie co robić. Bo Lena i ją biła. Tłumaczenia na niewiele się zdały, pomogło ignorowanie i zagadywanie. Ja tak nie umiem, od razu wołam "Mamo ona mnie bije", a Lena chyba tylko  na to czeka. Łobuz jeden!!

Spacerową porą

niedziela, 7 października 2012

Neeeeee, nie czyli o mnie i Lenie

Lenka wśród swojej literatury
ZDJĘCIA z IX/X
  NIE - to jedno z ulubionych słów mojej młodszej siostrzyczki. Czasami brzmi  jak NE, ale zawsze bardzo stanowcze. Niestety bywa i tak, że mówi "ne", gdy mama coś chce jej dać po czym z chęcią wyciąga łapki lub otwiera buzię. Czasami słychać "ta", albo "tak" co oznacza tak. Co wcale nie musi znaczyć, że Lena tak myśli (choć do obu stwierdzeń dodaje prawidłowe ruchy głową co nadaje powagi całej sytuacji), bo ona przecież może zmienić zdanie. Tak czy siak fajnie jest gdy mama pyta czy zjemy parówy na kolacje, a my ochoczo odpowiadamy TAK. Lena tej stanowczości uczy się niestety ode mnie. Czemu niestety?? Bo ona gdy czegoś bardzo chce to wyciąga ręce i krzyczy (choć czasem zaczyna od stonowanej prośby "dań"). Bywa, że sobie krzyknie ot tak bez powodu. Mama już kilkakrotnie wskazała, że takie a nie inne zachowania Lenka małpuje po mnie. Wiecie, ona chce być taka jak ja. Ja na huśtawkę, ona za mną, ja na łóżko ona też, ja gryzę zabawkę, ona też, ale bez umiaru więc już na zawsze zostaną odbite ślady jej ząbków. Chyba muszę troszkę uważać na to co robię, ale chyba rodzice też muszą mieć się na baczności. Ja chcę być taka jak oni!! Lenka odkrywa w sobie coraz to nowe pasje, typowo kobiece zamiłowania. Uwielbia brać moje pudełko ze skarbami (korale, opaski itp...) i stroić się w świecidełka. Gdy uznaje, że wygląda pięknie przychodzi zaprezentować swoje dodatki. Poza tym zakładanie i ściąganie tych samych korali może urosnąć do rangi sztuki. Lena potrafi siedzieć i powtarzać tą czynność przez kilka minut, a mama się w nią wpatruje niczym w obraz. Ja niestety mam mało czasu, chyba że w przedszkolu, na swoją pasję rysowania. Chociaż i tak mama ma pełne torebki moich rysunków kwiatów i magicznych kul, bo ostatnio tylko to namiętnie rysuję. Lubię też układać puzzle, i muszę się pochwalić że idzie mi ostatnio nieźle, ach i gry planszowe i takie bardziej manualne (o małpkach, czy zgadnij kto to?). Lubię też robić swoją własną biżuterię, to trzeba mieć nie lada cierpliwość żeby nawlekać te małe koraliczki (dziwne, że to lubię bo cierpliwość to raczej cecha charakteru której mi brak). Pokonuję też własne słabości, choć to nieraz kosztem nerwów mamy. Wchodzę na wiszące mosty ("małpi gaj"), w dole nie lada przepaść, a do tego wszystko się rusza. Ja chcę więc idę, gdy zaczynam jęczeć, że się boję mama mówi co mam robić i jest lepiej (chyba że ktoś wpadnie na ten mostek i robi się z niego huśtawka). Gdy przejdę wszyscy są dumni, zwłaszcza ja i powtarzam swój wyczyn (nie oznacza to, że się już nie boję, ale boję się mniej). Tata mówi, że ja się bardziej boję przy mamie, niż przy nim. Fajnie jest gdy najpierw coś wywołuje u mnie lęk, a później okazuje się fajne. Tak było ostatnio w muzeum archeologicznym w Krakowie. Babcia Krysia chciała pokazać mi mumie. Wszystko było ok do momentu gdy się okazało, że sale wystawowe są pogrążone w ciemnościach, a tylko gabloty są podświetlone, to było przerażające. Najpierw oglądnęłam wystawę z rąk mamy i babci, ale wracałam do wyjścia o własnych siłach. Później siłą zaciągnęłam tam tatusia, bo tak bardzo mi się tam spodobało.
Z ciocią Karinką w Krakowie

środa, 19 września 2012

Jesień


Coś dziwnego dzieje się z pogodą. Jeszcze parę dni temu rodzice zrobili Majce wagary i zabrali nas nad wodę. Było ciepło, gorąco, choć woda do kąpieli nie zachęcała. Dzień później bez przerwy padało i było zimno. Mama nie zakłada mi już krótkich spodenek, ani sukieneczek. Zrobiło się chłodno i ubiera mnie w cieplejsze ubranka, trochę mi to nie pasuje. Nie pasowało mi też, że Maja poszła do przedszkola. Smutno mi gdy ktoś wychodzi beze mnie z domu, zwłaszcza Maja. Trochę popłakiwałam, a gdy zaspałam i nie widziałam jak wychodzi to szukałam jej po całym domku. Majek jest zadowolona, że wróciła do swoich koleżanek po wakacyjnej przerwie,teraz chodzi do grupy ŻABKI. Przyniosła nam już przedszkolnego szpikola. Ona uczy się tam nowych rzeczy, ale ja też nie próżnuje. Od powrotu z Łąkiego zapałam miłością do butów i książek. Opróżniam szafkę z butami kilka razy dziennie. Za to gdy mama mnie szykuje do wyjścia mówi:
- Lenka wyciągnij swoje buciki.
Ja idę do szafki i wyciągam (najczęściej swoje, ale nie zawsze, i nie zawsze do pary)buty i dumnie mówię:
- buty(i).
Brzmi to to trochę jak silnik auta.
Z książek też dużo się nauczyłam. Gdy już rano wyjrzę przez okno sprawdzić czy są gołąbki schodzę tyłem z łóżka (zasypiam i pół nocy śpię u siebie, a resztę z rodzicami) i idę do naszego pokoiku. Tam staję przed półką z książkami i zrzucam po kolei wszystkie. Wybieram ulubione, bo już takie mam. Zanoszę mamusi lub tatusiowi i ustawiam się tyłem, żeby mnie wzięli na kolanka. Oglądamy raz, drugi, dziesiąty, biorę kolejną i tak bym mogła cały dzień. Stamtąd min. wiem, że:
- żabka robi - tum tum
- owieczka - be
- kaczuszka - kła kła
- sowa - uuu huuu
- krówka - muu
- zegar - ta tak
Dużo rozumiem i mimo, że nie znam tych wszystkich słów umiem się dogadać. Czasami muszę walczyć z Majką o zabawki. Ja chcę te,którymi ona się akurat bawi, albo ona mi zabiera te którymi ja się bawię. Mówię jej "dan" i wyciągam łapki (czasami od razu płaczę, ale mama mówi, że najpierw mam prosić, a potem płakać) powtarzam, a jak nie skutkuje to robię jej bam bam, albo płaczę. Bardzo lubię nasze kąpiele, a później gdy leżymy w swoich łóżeczkach, a mama czyta nam książki. Ja mam butlę z mlekiem i rzadko mi się udaje dotrwać do końca czytania. Nawet wtedy Maja zadaje miliony pytań bo jak to ona stwierdziła:
"Ja muszę tyle gadać, ja mam tyle do powiedzenia".
Ja to bym chciała być taka duża jak ta nasza Majka i móc robić to wszystko co ona. Już udało mi się wywalczyć butelkę do picia bez smoka, taką jak ma Maja. Lubię ją naśladować.
Ostatnio obraziłam się na tatę. Był z nami przez całe wakacje i nagle pewnego dnia znikł. Po paru dniach wrócił, ale ja nie chciałam się z nim przywitać. Siedziałam w swoim wózku i odwracałam główkę. Dopiero gdy wszyscy razem weszliśmy do domu przytuliłam tatusia czule.

piątek, 31 sierpnia 2012

KASZUBY, łał


Nasza wakacyjna przygoda rozpoczęła się już 1 sierpnia przyjazdem babci Krysi. Ona razem z nami podbijała Kaszuby. 15 sierpnia wstaliśmy po piątej rano. Zapakowaliśmy auto, zjedliśmy śniadanie i o ósmej wyprawa ruszyła. Ja i Lenka szybko usnęłyśmy, a obudziłyśmy w Toruniu gdzie rodzice postanowili zrobić przerwę na spacer i obiad. Zrobiłam trochę wstydu w restauracji, ale po tylu godzinach w foteliku, aż mnie roznosiło. Zamówiłam sobie sok wyciskany ze świeżej pomarańczy. W pierwszej chwili wydał się pyszny, ale w drugim momencie poczułam włoski i zaczęłam wybrzydzać. Mama tłumaczyła mi, że ma dużo witamin więc na cały głos oświadczyłam, że lubię napoje sztuczne i z barwnikami. Po momencie puściłam bąka, którego chyba nikt nie słyszał więc na wszelki wypadek wykrzyknęłam "pierdłam sobie!!". Po obiedzie rodzice z ulgą wyruszyli w drogę do auta. Po trzech godzinkach w Toruniu ruszyliśmy dalej. Lena znowu usnęła, a ja chyba przymknęłam oko. Wieczorem dotarliśmy do Łąkiego, niedaleko Bytowa. Nasz domek stał na skraju lasu, na niewielkim wzniesieniu. Między gałązkami  drzew migotało jezioro (Wiejskie). Do najbliższego sklepu mieliśmy 2 km. Obok naszego domku stały jeszcze 4 inne, które były zamieszkane tylko w weekendy. Przez las biegły bite, piaszczyste drogi prowadzące do porozsypywanych po okolicy gospodarstw i domków letniskowych. My pokonywaliśmy niektóre z tych dróg na rowerkach. Lenek zostawał z babcią, a my zwiedzaliśmy okolice. Gdy dojeżdżaliśmy pod sklep tubylcy mówili nam "dzień dobry", a czasami próbowali porozmawiać. Nie zawsze było to łatwe bo zaciągali tamtejszą mową. Gdy świeciło słonko taplaliśmy się w jeziorze. Z każdym dniem na pobliskiej plaży było coraz mniej ludzi i czuło się jak wakacje się kończą. Miło jest mieć plażę tylko dla siebie. Na terenie kąpieliska stała siatka do gry w siatkówkę i był pomost z którego skakaliśmy do wody. Gdy Lenuś miał ochotę poskakać mówiła "tee lyyy"( czyli: trzy cztery). Wieczorami pływałam (czasami) z rodzicami na łódeczce, raz nawet uciekaliśmy przed deszczem (wypływaliśmy to zapowiadał się piękny zachód słońca). Raz wsiadłam do łódki i okazało się, że mamy pasażera na gapę. Była to mała żabka. Z początku byłam jej ciekawa, do czasu gdy do mnie doskakała. Mama zaczęła głośno krzyczeć, więc i ja się wystraszyłam. Pisku było, a potem dużo śmiechu gdy maluteńka żabka wskoczyła w otchłań jeziora. Zachowanie mamy było nieco dziwne bo następnego dnia mama podobną żabkę złapała do rączek i wcale nie krzyczała. Gdy pogoda nam się nieco psuła (na szczęście nigdy na cały dzień) też nie było czasu na nudę. Spacery po lesie, zbieranie grzybów, skoki po kałużach. To ostatnie spodobało się Lenie. Mama po deszczu włożyła nam kalosze i wyruszyliśmy w drogę. Szło sprawnie do pierwszej kałuży. Pokazałam mojej siostrzyczce jak się skacze. Muszę powiedzieć, że jak na pierwszy raz szło jej bardzo dobrze. Zabawa skończyła się gdy Lenek usiadła w kałuży. Mama zabrała ją do domku, a ja i tata poszliśmy dalej. Mama mówiła, że Lenuś był bardzo niepocieszony, że ma iść do domu. Mama zdjęła jej butki i postawiła koło kominka, żeby wyschły i przebrała malucha. Lena rozżalona wzięła kalosze usiadła pod drzwiami i próbowała włożyć na nogi. Bo wiecie, ona znowu dużo się nauczyła np. mówiła babci "cieś"(cześć) gdy rano wchodziła do pokoju, w którym spałyśmy z babcią; "am" (oznacza że ma ochotę coś zjeść) potrafiła doprowadzić tatę do szafki w której mama ukryła ciastka "tam" mówiła i pokazywała rączką na szafkę i dodawała "am"; "Łał" pada gdy Lence coś się podoba, albo gdy ma chęć go powiedzieć. Starała się też naśladować odgłosy zwierzątek jakie spotkała: krówki, pieski, kotki, gąski, kurki. Rano gdy wstawałyśmy wychodziłyśmy na taras, a ktoś z dorosłych szykował śniadanko. Posiłki pysznie smakują na świeżym powietrzu. 22 sierpnia nasza Lenka skończyła roczek. Sama nie wiem kiedy to zleciało, ale w końcu łatwiej będzie liczyć. Kupiliśmy torta, były balony i "sto lat" dla uczczenia tego pamiętnego dnia. Lenuś nie przygotowana próbowała dmuchać płonącą świeczkę. W końcu wspólnymi siłami... zgasła. Co Lenka dostała od rodziców?? Pamiętacie Czarka?? Pewnego dnia pojechaliśmy do Ustki. Lenuśka pierwszy raz zobaczyła morze, Bałtyk. Czuła się tam jakby co dzień tam bywała. Największe wrażenie wywarły na niej mewy. Ja dorobiłam się dwóch warkoczyków, rodzice próbowali znaleźć Czarka III, a w rezultacie kupili owcę Beeenka (który mimo wszystko nie przebił Czarka II; ciocia Kasia na urodziny Lenuśki kupiła Czarka III (nazywa się Łatek), którym póki co się dzielimy na zmianę Czarkiem II). Przez całe dwa tygodnie oglądnęłam może cztery bajki i wcale mi ich nie brakowało. Za to lubiłam gdy wieczorem babcia Krysia czytała mi bajki z wielkiej księgi bajek. Ja ją  zasypywałam pytaniami najpierw dotyczącymi bajek, a później urządzałyśmy pogaduchy o życiu. Podobno dużo gadam. Też mi coś. Zwiedzaliśmy Bytów, kamienne kręgi w Węsiorach, kościół poklasztorny w Kartuzach (którym zachwycała się Lenka "yyyyy łał", "to to?.........l(b)am łał" (co to?.... lampa, niezła bo duża). Na koniec wycieczki pojechaliśmy do Chmielowa gdzie odwiedziliśmy Muzeum Ceramiki Kaszubskiej Neclów. Pan Necel pokazywał nam jak się robi na kole garncarskim i opowiadał o przebiegu tworzenia naczyń. Zakupiliśmy kilka z nich na pamiątkę i wróciliśmy do domu. Po drodze zachwycaliśmy się pięknymi widokami: jezioro z prawej, jezioro z lewej, łąki, lasy, "tunele drzewne", małe wioski, krowy na pastwiskach. Wszystko bardzo mi się podobało i chyba pierwszy raz nie tęskniłam za koleżankami. Gdy była okazja zagadywałam dzieciaki, ale nie miałam zbyt wiele okazji. Nie wiadomo kiedy minęło 14 dni i trzeba było się spakować i ruszyć w drogę do domu. Chyba wszystkim zakręciła się łezka w oku. Wszyscy będziemy długo wspominać Łąkie, te widoki i tą CISZĘ (w której na początku nie mogliśmy spać). W drodze powrotnej odwiedziliśmy skansen we Wdzydzach Kiszewskich. Spędziliśmy tam ponad trzy godziny i byliśmy pod olbrzymim wrażeniem. Bardzo podobał mi dwór, w którym rozbawiły mnie nocniki pod łóżkami, śmieszna wanna, i oczywiści oczarowały mnie zabawki. Wszyscy doskonale się bawiliśmy zabawkami sprzed lat: szczudły, drewniane wózki dla szmacianych lalek, łuk, koło do toczenia patykiem, drewniane koniki i bujaki. Później zjedliśmy obiad i wystartowaliśmy do domu. Lena spała, a ja gadałam i gadałam. We Włocławku Lenek się obudził i spacerowałyśmy by rozprostować nogi. Później Lenek gadał, ja gadałam, w końcu zmęczona drogą usnęłam, Lenek gadał, Lenek usnął i dojechaliśmy. Miło być w domku, ale brakuje nam ciszy, lasu i przestrzeni. Wakacje dobiegają końca...

Zdjęcia

czwartek, 9 sierpnia 2012

Wojna o Czarka



ZDJĘĆ kilka z ZOO
Czarek to maskotka, którą dostałam dwa lata temu jako pamiątka z wakacji w Bułgarii. Do tej pory leżał sobie w wiklinowym koszu i raz na trzy miesiące kochałam go przez godzinkę. Ponieważ Malwinka ma swojego Czarka, który jest starszy od niej bo jest odziedziczony po Mikołaju, postanowiłam odszukać mojego kota i nazwać go Czarek. Oba Czarki miauczą, nasz nieco chętniej (ma mniej zużyte baterie) i nasz ma nieco bardziej błyszczącą sierść (nasz na pewno mniej w swoim życiu widział i doświadczył). Oczywiście wszystko się może zmienić bo od paru dni nasz kiciuś zwiedza zakamarki domu, podwórka, a nawet był już w ZOO. Problem polega na tym, że to ja mam go kochać, a wielkim uczuciem do niego pała też Lenka. Ja nie chętnie się nim dzielę, a Lena się uparła że chce go nosić i tulić. Wczoraj to nawet usnęła w jego objęciach. Nie podoba mi się to wszystko. Na zmianę słychać mój obrażony szloch, albo rozżalony krzyk Leny. Podarowałam nawet Lenie muczącą krowę, ale miauczący Czarek to jedak jest miauczący Czarek. Nie wiem jak to się skończy, ale wiem jedno to jest MÓJ CZAREK. Poza tym  ostatnio dorosłam i nikt nie będzie mi w kaszę dmuchał. Nie pozwolę sobie na rządy rodziców, ani Leny.Oni chcą żebym była grzeczna i ułożona. Koniec z tym, wypowiedziałam im wojnę. Kary sypią się jak z rękawa. Ze mną nie pójdzie im łatwo. Zamydlam im nieco oczy, że niby jestem grzeczna i fajna i to przez cały dzień. Następnego wymyślam nowe tortury. Ile oni się nagadają, na tłumaczą. Sukces osiągam gdy któregoś z nich wyprowadzam z równowagi (częściej mamę). Żeby nie przesadzić z niegrzecznością zadaję głupie pytania np.:
- Wiesz Maju byłaś dzielna bo w zeszłym roku bałaś się wejść do tych pająków.
- Dlaczego??
ZDJĘCIA z CHRZTU od Wujka Marcina
- No bo tu tak ciemno i zrobione jakbyśmy byli w jaskini...
- Mamo dlaczego Król Lew umarł??
To oczywiście jedna z zabawniejszych wersji "głupie pytania". Wiecie jak zabawne jest sprawdzanie ile razy mama odpowie na jedno i to samo pytanie (zadane na kilka sposobów), albo ile razy poprosi o jakąś rzecz. Oprócz tego, że każą mi być grzeczną to każą mi się dzielić z Leną moimi rzeczami. Nie zawsze mi to na rękę. Do tego Lena chodzi po całym domu i pokonuje coraz dłuższe dystanse, roznosi MOJE zabawki i woła te swoje "to to". Wkurza mnie, bo ona wymyśla jakąś fajną zabawę, więc ja podchwytuję. Czasami chcę jej zabrać rzecz i wtedy słyszę, że mam jej oddać, albo nie przeszkadzać bo ona była pierwsza. Ogólnie to i tak ją kocham i pomogę gdy potrzeba. Tylko czasem mnie tak korci...

środa, 1 sierpnia 2012

29 lipec Chrzciny Lenki

Chrzciny widziane okiem Majki i Mikołaja, a może i Malwiniaka
Dziś będzie o emocjach jakie zafundowali, mi czyli Lenie, rodzice. Zaczęło się niewinnie, a nawet pod górkę. Mamę zabolał ząbek, bo okazało się, że jeszcze nie wszystkie jej wyrosły (taka duża i i jeszcze nie ma wszystkich zębów???). Poszła do pani dentystki, a ta siup! wyrwała jej i mama zaczęła dziwnie gadać. Kolejnego dnia wieczorem zupełnie niespodziewanie (przynajmniej dla mnie) przyjechała ciocia Asia i wujek Łukasz. Powiem szczerze, że z początku mnie dość onieśmielali. Ja to raczej z natury ruchliwa i wesoła (albo krzycząca) jestem, a jak mama mnie posadziła na kolanach u wujka to tak sobie nieruchomo siedziałam jakieś 15 minut. Powiem szczerze, że rzadko ktoś u nas mieszka, a oni byli jak kładłam się spać, a i rano byli (dziwne zwyczaje). No, ale mało tego. Dobiegła sobota i wyobraźcie sobie przyjechali kolejni goście (babcia Krysia, ciocia Karina i wujek Bartek). Tym razem poradziłam sobie z tremą nieco lepiej. Głośno się zrobiło, a do tego wszystkiego jakieś dziwne rzeczy w telewizji zaczęto oglądać, mówią na to olimpiada. Wszystko się ładnie układało, aż tu nagle Majka zbladła przy obiedzie i zaczęło jej wszystko buzią wylatywać. Po czwartym, a może i piątym razie poczuła się lepiej. Mama się nieco martwiła, że następnego dnia będzie powtórka z rozrywki, albo że mnie dopadnie. Podobno niedziela miała być bardzo ważna, dlatego tyle gości przyjechało. Byłam ciekawa co to takiego się będzie działo i postanowiłam wstać nieco wcześniej niż normalnie (jeszcze przed budzikiem mamy, przed 7). Najpierw było spokojnie i całkiem normalnie. Później nieco szybciej wszyscy się poruszali, wkładali dziwne, ale ładne stroje. Ja dostałam białą sukienkę, którą mierzyłam wcześniej (fajnie się w niej straszyło). W takich kreacjach poszliśmy do kościoła. Dziwny to kościół bo nie wygląda jak kościół tylko jak dom. Dużo tam dzieci, które biegają, krzyczą, płaczą, jedzą, piją, żygają... Na początku mszy księża i ministranci przywitali nas w połowie kościoła. Zrobili małe przesłuchanie mamie, a potem poszli do ołtarza, a my za nimi. Później było nudno i gorąco, a do tego byłam śpiąca. Jak mama mi na coś nie pozwalałam to wyginałam się w łuk i krzyczałam. Mama chciała mnie zająć więc powędrowałyśmy na koniec kościoła, a tu się okazało, że jesteśmy potrzebne z przodu. Mama hyc! mnie na ręce i już byłyśmy na miejscu. Maja w między czasie robiła sesje zdjęciowe. Cóż, znowu nuda, tyle że ci panowie w sukienkach stali koło nas. Oni gadu gadu, a ja na spacerek, bo jak nie to "Łaaaaaaaaaaaaaa!!!". Później mama wzięła mnie na ręce, a jeden z tych dziwnych panów po głowie leje mi wodę. Co to za zwyczaje??? Głowę myje się w łazience!!! Byłam nieco oburzona, ale bardziej ze zmęczenia płakałam. Wszystko jak przez mgłę pamiętam. Moja kochana buteleczka była moim jedynym sprzymierzeńcem i ona jedna chciała mnie ululać. Pamiętam jeszcze, że jeden z tych jak ich tam nazywają księży podszedł do nas i wziął mnie na ręce. Zamurowało mnie i czekałam co dalej się wydarzy. On po schodkach wszedł i podnosi mnie do góry i pokazuje wszystkim, a oni wszyscy brawo biją. No powiem, że nawet nie drgnęłam. Jak tylko oddali mnie mamie, mama zabrała mnie na spacer i w końcu mogłam się przespać. Jak się obudziłam to zabrali mnie w dziwne miejsce gdzie wszyscy jedli, poza mną. Tam zrobił się ogromny szum bo okazało się, że ja umiem sama chodzić. Tyle trenowałam, że w końcu mi się udało. Wszyscy podziwiali moje pierwsze samodzielne kroczki. To był męczący dzień, a nawet weekend. Dopiero po kilku dniach doszłam do siebie i jestem znowu radosną (tylko czasem rozkapryszoną, albo krzyczącą) dziewczynką, która sama chodzi, jest ochrzczona i ma rodziców chrzestnych (ciocię Kasię i wujka Łukasza). Szkoda tylko, że rodzice jacyś tacy dziwni tata chory, a mamę znowu boli ząb (którego już nie ma) i znowu dziwnie mówi).