Tatuń wyjechał do pracy tydzień temu, ale już niedługo wróci. Kiedy? Tego nikt nie wie, bo w jego pracy nawet pogoda ma znaczenie. Ostatnio został w domu dłużej bo spadł śnieg. Póki co prognozy są dobre więc jest szansa, że wróci wcześniej niż planował... Ja pod jego nieobecność powróciłam do starych nawyków oddawania porannego stolczyka do nocnika. Nawet w ciągu dnia uda mi się zawołać, że chcę "qpa". Mama nie zawsze zdąży, ale i tak się cieszy. Bardzo mnie bawi gdy moja pupa robi "prruu". To było dość osobiste wyznanie, ale jakże ważne dla mojej mamy. Z mniej radosnych wieści: mam problemy ze spaniem. Jak był tatuń to przesypiałam całe noce u siebie w pokoiku. Od jego wyjazdu budzę się w środku nocy i później mogę zasnąć już tylko z mamą. Ona trochę marudzi. Podobno się rozpycham. No dobrze przyznam się. Lubię spać w poprzek, a jak mam złe sny to czasem zdąża się że mama dostanie z półobrotu. Jak nie mogę zasnąć to wpycham moje paluszki do jej oczu, nosa i buzi. Czy to jest powód, żeby mama była niewyspana rano??
Poza tym wróciła jesień. Szkoda tylko, że nie taka POLSKA ZŁOTA. U nas słonko gościło w tym tygodniu rzadko. Można by to przeliczyć na minuty. W Krakowie i Brzesku podobno pogoda była hojniejsza. Trochę spacerowałyśmy z mamą, ale to już nie to samo co w wakacje...
Teraz o naszym niemiłym sąsiedzie. Niektórzy z was słyszeli początek tej historii... Gdy wróciliśmy po wakacjach do domu okazało się, że nasz kibelek przecieka. Czy już się domyślacie czemu?? Okazało się, że rura przy kibelku jest cała dziurawa. Tatuń wymienił ją jeszcze tego samego dnia. Po dwóch godzinach okazało się, że rura znowu jest dziurawa. Wtedy dla naszego domu nastała chwila grozy. Ciocie, które nas odwiedziły jakiś czas później wiedzą o czym piszę ;). Po kolejnych zabiegach naprawczych zjawisko powstawania dziur zanikło. Mama po jakimś czasie zapomniała o całej tej historii. Niedawno tatuń słyszał jakieś chrobotanie, a mama jakieś piski, ale oboje nie byli pewni czy im coś się nie przesłyszało. Dziś nastąpił dalszy bieg tego niemiłego incydentu. Gdy oglądałam wieczorem "Krecika" mama nagle zerwała się na równe nogi. Usłyszała niepokojący dźwięk z łazienki. Gdy otworzyła drzwi na środku pomieszczenia siedział ogromny szczur. Strasznie się wystraszyłam gdy mama podniosła alarm. Mama zatrzasnęła drzwi i złapała mnie na ręce. Strasznie się trzęsła, aż się przestraszyłam i zaczęłam płakać. Pobiegłyśmy do kuchni po nóż i mopa. To była wyrównana walka. No dobra trochę zmyśliłam... Faktycznie oglądałam bajkę i faktycznie mama coś usłyszała. Gdy weszła do łazienki nic nie wzbudziło jej podejrzeń. Po chwili sytuacja się powtórzyła. Nasz szczur wrócił i rozpoczął nadgryzanie kolejnej rury. Mama to chyba dziś nie zaśnie. Nasłuchuje tylko nietypowych dźwięków. Na wszelki wypadek sprawdziła czy pod szafą i wózeczku mojej lalki nie przyczaił się nasz sąsiad. Obawiamy się tylko jednego, że to nie było OSTATNIE STARCIE...
Blog dla moich bliskich, którzy są daleko i nie mogą na co dzień patrzeć jak rośniemy.
poniedziałek, 26 października 2009
sobota, 17 października 2009
Wyprawa
Pora co nieco tu uzupełnić, bo to już tydzień mija od naszego wyjazdu do Stalowej, Rudnika i Krakowa. Po drodze do prababć odwiedziliśmy niezwykłe miejsce, miasteczko. Byliśmy w Szydłowie niedaleko Kurozwęk (gdzie mama jeździła na obozy konne), a to wszystko w pobliżu Staszowa.
Tu wkleję kilka zdań o Szydłowie:
Szydłów - "kamienne miasto" lub "Polskie Carcassonne"
nazywane tak gdyż zachowały się w dużej części mury obronne. W 1329 r ma miejsce druga lokacja Szydłowa wówczas Władysław Łokietek nadał jej przywilej lokacyjny oparty naprawie niemieckim. Średniowieczne miasto zostało otoczone murami obronnymi przez Kazimierza Wielkiego. W połowie XIV w. król Kazimierz Wielki opasuje Szydłów murami miejskimi z bramami i funduje kościół farny pw. św. Władysława. W poł. XIV w. wzniesiono także zamek usytuowany w zachodniej części miasta. Szydłów od XIV w. jest także siedzibą bogatej gminy żydowskiej. Podczas drugiej wojny światowej ma miejsce holokaust ludności żydowskiej (było to wówczas miasteczko z przewagą ludności żydowskej), Szydłów niszczą bombardowania w czasie ofensywy styczniowej 1945 r.
/ze strony: http://www.sandomierskie.com/kraj/staszowski/szydlow11.htm /
Miałam tam nieprzyjemną przygodę. Koło ruin zamku było boisko, do którego dochodził chodnik zakończony krawężnikiem. W jednym miejscu była mała kałuża i pech chciał, że biegnąc do mamy straciłam równowagę i było bam. Cała się ubrudziłam. Najgorsze były rączki, całe czarne w błocie. Wytarłam je sobie w buzię i kamizelkę. Mama nie była zadowolona. Ten incydent przyspieszył naszą dalszą wyprawę. Nie udało nam się wszystkiego zobaczyć dlatego na wiosnę tam jeszcze wrócimy.
Odwiedziny prababć były bardzo krótkie, ale bardzo miłe. Spieszyło nam się do Rudnika gdzie zawieźliśmy "moje" kochane łóżeczko. Niedługo urodzi się tam dzidzia. Ciocia Jajo podobno ma ją w brzuchu, ale mi się wydaje że ona połknęła wielki balon... Wreszcie mogłam sobie poganiać do woli po ogrodzie, a wieczorem załapałam się na ognicho. To chyba ostatnie w tym roku. Pogoda z dnia na dzień się pogarszała. Wiatr przywiewał coraz to cięższe chmury. Gdy dotarliśmy do Krakowa to padało prawie bez przerwy. Udało mi się tylko dwa razy wyprowadzić moją Pibę na spacer. Do babci i cioci to już tęsknie. Bardzo nie podobało mi się, gdy wychodziły z domu np. do pracy. Łzy same się cisnęły do oczek.
Po powrocie do domu przyszedł atak zimy i ciągle siedzimy w domu. Nie bardzo mi to pasuje :(.
Poza tym, mam nową ulubioną piosenkę "Zuzia nana duzia..." i wymyśliłam nowy krok taneczny (pół obrotu, przysiad, półobrotu, przysiad, i tak w kółko). Rodzice usilnie namawiają mnie, żebym korzystała z nocnika. Przedtem wołałam "sii", ale odkąd tatuń wrócił z pracy to mi się nie chce wołać. Teraz gdy chce mi się kupę to czasem zawołam "qpa", ale gdy oni biegną po nocnik to ja im uciekam. Fajna zabawa. Dziś pierwszy raz udało mi się załatwić na takim prawdziwym kibelku. Ku radości wszystkich powtarzam nowe słowa np. "jesz"- jeż, jeść, "psi" - pepsi, pupa, "goja" - golas, "chapu chapu" - "chlapu chlapu" (tak wołam gdy idę się kapać, ale to już od dawna).
Już wiem co to znaczy Maja, to jest moje imię. Gdy mówię to czasami wychodzi Maja, ale częściej AJA. Umiem też literować swoje imię "A J A" (to mnie nauczyła mamusia, bo ja lubię ją naśladować więc kiedyś mi pokazała jak to się pisze). Już nie mówię "maa" tylko "nie ma" lub "ni ma" do tego rozkładam rączki :). Jestem bardzo stanowcza gdy mówię "nie", choć jeśli chodzi o jedzenie to łatwo mnie przekonać do zmiany zdania. Trochę próbuję wychować tych moich rodziców, ale z różnym skutkiem (czasem uda im się wygrać). Mam tajną broń - płacz, ale oni są coraz bardziej odporni. Nie lubią gdy wchodzę na meble i piję wodę w kąpieli, ciągle mnie upominają. Gdy coś mi upadnie (np. ziarnko ryżu) mówię "ojej" lub "ojoj jojo" (do tego czasem złapię się za głowę). Polubiłam oglądać bajki, ale nie za długo. Gdy wołam "Ajoo" mama wie, że chcę oglądać krecika. Z teletubisiów najbardziej lubię PO. Kocham moje misie i moją lalę, którą wożę w moim wózeczku (ja jestem do niego za duża). Dbam o tego mojego dzidziunia, całuję go i tulę (tylko czasami mi wypada z rąk). To tak w skrócie co potrafię, a z każdym dniem umiem więcej i więcej...
Tu wkleję kilka zdań o Szydłowie:
Szydłów - "kamienne miasto" lub "Polskie Carcassonne"
nazywane tak gdyż zachowały się w dużej części mury obronne. W 1329 r ma miejsce druga lokacja Szydłowa wówczas Władysław Łokietek nadał jej przywilej lokacyjny oparty naprawie niemieckim. Średniowieczne miasto zostało otoczone murami obronnymi przez Kazimierza Wielkiego. W połowie XIV w. król Kazimierz Wielki opasuje Szydłów murami miejskimi z bramami i funduje kościół farny pw. św. Władysława. W poł. XIV w. wzniesiono także zamek usytuowany w zachodniej części miasta. Szydłów od XIV w. jest także siedzibą bogatej gminy żydowskiej. Podczas drugiej wojny światowej ma miejsce holokaust ludności żydowskiej (było to wówczas miasteczko z przewagą ludności żydowskej), Szydłów niszczą bombardowania w czasie ofensywy styczniowej 1945 r.
/ze strony: http://www.sandomierskie.com/kraj/staszowski/szydlow11.htm /
Miałam tam nieprzyjemną przygodę. Koło ruin zamku było boisko, do którego dochodził chodnik zakończony krawężnikiem. W jednym miejscu była mała kałuża i pech chciał, że biegnąc do mamy straciłam równowagę i było bam. Cała się ubrudziłam. Najgorsze były rączki, całe czarne w błocie. Wytarłam je sobie w buzię i kamizelkę. Mama nie była zadowolona. Ten incydent przyspieszył naszą dalszą wyprawę. Nie udało nam się wszystkiego zobaczyć dlatego na wiosnę tam jeszcze wrócimy.
Odwiedziny prababć były bardzo krótkie, ale bardzo miłe. Spieszyło nam się do Rudnika gdzie zawieźliśmy "moje" kochane łóżeczko. Niedługo urodzi się tam dzidzia. Ciocia Jajo podobno ma ją w brzuchu, ale mi się wydaje że ona połknęła wielki balon... Wreszcie mogłam sobie poganiać do woli po ogrodzie, a wieczorem załapałam się na ognicho. To chyba ostatnie w tym roku. Pogoda z dnia na dzień się pogarszała. Wiatr przywiewał coraz to cięższe chmury. Gdy dotarliśmy do Krakowa to padało prawie bez przerwy. Udało mi się tylko dwa razy wyprowadzić moją Pibę na spacer. Do babci i cioci to już tęsknie. Bardzo nie podobało mi się, gdy wychodziły z domu np. do pracy. Łzy same się cisnęły do oczek.
Po powrocie do domu przyszedł atak zimy i ciągle siedzimy w domu. Nie bardzo mi to pasuje :(.
Poza tym, mam nową ulubioną piosenkę "Zuzia nana duzia..." i wymyśliłam nowy krok taneczny (pół obrotu, przysiad, półobrotu, przysiad, i tak w kółko). Rodzice usilnie namawiają mnie, żebym korzystała z nocnika. Przedtem wołałam "sii", ale odkąd tatuń wrócił z pracy to mi się nie chce wołać. Teraz gdy chce mi się kupę to czasem zawołam "qpa", ale gdy oni biegną po nocnik to ja im uciekam. Fajna zabawa. Dziś pierwszy raz udało mi się załatwić na takim prawdziwym kibelku. Ku radości wszystkich powtarzam nowe słowa np. "jesz"- jeż, jeść, "psi" - pepsi, pupa, "goja" - golas, "chapu chapu" - "chlapu chlapu" (tak wołam gdy idę się kapać, ale to już od dawna).
Już wiem co to znaczy Maja, to jest moje imię. Gdy mówię to czasami wychodzi Maja, ale częściej AJA. Umiem też literować swoje imię "A J A" (to mnie nauczyła mamusia, bo ja lubię ją naśladować więc kiedyś mi pokazała jak to się pisze). Już nie mówię "maa" tylko "nie ma" lub "ni ma" do tego rozkładam rączki :). Jestem bardzo stanowcza gdy mówię "nie", choć jeśli chodzi o jedzenie to łatwo mnie przekonać do zmiany zdania. Trochę próbuję wychować tych moich rodziców, ale z różnym skutkiem (czasem uda im się wygrać). Mam tajną broń - płacz, ale oni są coraz bardziej odporni. Nie lubią gdy wchodzę na meble i piję wodę w kąpieli, ciągle mnie upominają. Gdy coś mi upadnie (np. ziarnko ryżu) mówię "ojej" lub "ojoj jojo" (do tego czasem złapię się za głowę). Polubiłam oglądać bajki, ale nie za długo. Gdy wołam "Ajoo" mama wie, że chcę oglądać krecika. Z teletubisiów najbardziej lubię PO. Kocham moje misie i moją lalę, którą wożę w moim wózeczku (ja jestem do niego za duża). Dbam o tego mojego dzidziunia, całuję go i tulę (tylko czasami mi wypada z rąk). To tak w skrócie co potrafię, a z każdym dniem umiem więcej i więcej...
środa, 14 października 2009
APEL
Dziś będzie mały apel na prośbę mamy. Miałam już to napisać tydzień temu, ale rodzice zabrali mnie z domu i nie miałam dostępu do komputera. Miałam zacząć tak "Zbliża się zima...", a muszę zacząć tak:
Zima przyszła nieco wcześniej niż byśmy chcieli. Mam nadzieję, że u wszystkich już grzeją i już macie ciepło w swoich domkach. Może warto pomyśleć też o czworonogach, które nie mają takich ciepłych kanap jak Piba. Może macie w domach jakieś stare, nieużywane koce, kołdry czy ręczniki?? Jeśli tak to zajmują one niepotrzebnie miejsce. Propozycja jest taka:
/Opcja druga nie dotyczy cioci Ani i wujka Grześka, których wywiało za daleko i odwiedzimy ich pewnie na wiosnę ;)/
Podaję jeszcze link do schroniska w Krakowie. Tam znajdziecie więcej informacji o tym miejscu o tym co się tam może przydać. Dziękuje wszystkim, że poświęcili chwilkę na przeczytanie tego POSTA.
Zima przyszła nieco wcześniej niż byśmy chcieli. Mam nadzieję, że u wszystkich już grzeją i już macie ciepło w swoich domkach. Może warto pomyśleć też o czworonogach, które nie mają takich ciepłych kanap jak Piba. Może macie w domach jakieś stare, nieużywane koce, kołdry czy ręczniki?? Jeśli tak to zajmują one niepotrzebnie miejsce. Propozycja jest taka:
- Zawieźcie je do schroniska dla bezdomnych zwierząt.
- Jeśli nie macie czasu, lub nie macie w pobliżu takiego miejsca to dajcie znać moim rodzicom. Oni przy kolejnych odwiedzinach wezmą te rzeczy od WAS i zawiozą pieskom i kotkom. (przynajmniej się postarają)
/Opcja druga nie dotyczy cioci Ani i wujka Grześka, których wywiało za daleko i odwiedzimy ich pewnie na wiosnę ;)/
Podaję jeszcze link do schroniska w Krakowie. Tam znajdziecie więcej informacji o tym miejscu o tym co się tam może przydać. Dziękuje wszystkim, że poświęcili chwilkę na przeczytanie tego POSTA.
środa, 7 października 2009
Jesienne spacerowanie
Tatuń w końcu przyjechał. Bardzo się ucieszyłam na jego widok. Teraz muszę dobrze pilnować moich rodziców, bo najfajniej jest jak jesteśmy wszyscy razem. Ostatnio poszli do kina, a ja zostałam z babcią Anią. Fajnie się bawiłyśmy, ale w nocy miałam złe sny.
Z tatusiem chodzimy na fajniejsze spacery niż z mamą. Bo jak jesteśmy same to zawsze idziemy w te same miejsca, a jak jest tatuń to zabiera nas w nowe. Ostatnio byliśmy w Świerklańcu. Tam jest taki duży park, a w nim stoi mały pałacyk. Bardzo dużo chodziłam tam na nóżkach i byłam trochę zmęczona. Okazało się, że rodzice bardziej się zmęczyli tym spacerkiem.
Poza tym mama trochę marudzi bo odkąd przyjechał tatuń to przestałam wołać "siiiku" na nocnik. Chyba trochę przesadza bo rano zawsze wołam, a w ciągu dnia po prostu nie mam na to czasu. Przestań się już mama martwić...
Dziadek Marek zamontował mi huśtawko-skoczka i od dwóch dni chcę tylko "hu hu" i husiam też lale i misie. Z resztą na dworze (jak mówią w Częstochowie) zrobiło się już chłodno. Coraz częściej pada deszczyk ("tap tap") i tworzą się kałuże ("buda") więc więcej siedzimy w domku. Chociaż według planu rodziców jutro wyruszamy w trasę...
poniedziałek, 28 września 2009
Kiedy Taty nie ma w domu
Tata wyjechał do pracy, a w nasze domowe życie wtargnęło trochę rutyny. Mnie to pasuję bo wiem czego się spodziewać, a mama się cieszy bo wieczorami zasypiam bez problemu. Jak jesteśmy u kogoś np. u babci Krysi, to ja wolę posiedzieć dłużej. Pobawić się z babcią, ciocią i Pibą. Mama ma inne zdanie na ten temat i zwykle nie możemy się dogadać. Poza tym chodzimy na spacerki do parku. Mama mnie wyciąga z wózka i mogę robić co chcę. Lubię chodzić po mostku, bo tak zabawnie stukają buciki. Zbieram liście, kasztany, patyczki i śmieci. Z tego ostatniego mama nie jest zadowolona. Ja bym tylko chciała posprzątać cały Świat. Tylko, że do koszy też nie mogę zaglądać. Oczywiście poznajemy dużo ludzi. Wystarczy się uśmiechnąć, czasem coś zatańczyć i wtedy prawie każdy coś miłego powie. Lubię też dzieci, chociaż raz dziewczynka mi wzięła MISIA i ja bardzo się przestraszyłam, że mi go nie odda ( i się rozpłakałam). Mama mówi, że chciała go tylko zobaczyć, ale wiadomo to na pewno? Ja kocham moje misie i lale. Odkąd tatuń wyjechał, to codziennie proszę mamusię o album ze zdjęciami. Wołam "abum, abum" i już wszystko wiadomo. Później siedzimy razem i oglądamy zdjęcia. Niektóre są bardzo zabawne np. tatuń w sukience. Poznałam też nowe zwierzątka: "byk" i "dzik". Mam mały problem z rozróżnieniem "auto" od "autoo..buc". Mama stara mi się to wytłumaczyć, ale... Ahhh i okropnie lubię oglądać moje piosenki w TV, gdy wołam "han han" to mama wie że chcę moją piosenkę ("Halo dziadku"). Tylko czasami się już złości (np. o 6 rano) i wtedy mi nie włącza. Poznałam też Emilkę, ona jest trochę starsza ode mnie. Ona mnie lubi i lubi też Lilkę (taką moją drugą koleżankę co ma fajnego misia). Ostatnio bawiłyśmy się w ganianego i robiłyśmy wszystko to co Emilka, a później spacerowałyśmy za rączki.
Tak nam spokojnie mijają dni, ale mama mówi że już niedługo ;). Wraca tatuń i wtedy nic nie wiadomo. Już bardzo za nim tęsknie. Dziś gdy zadzwonił domofon, to już byłam pewna, że to on. Tak bardzo się ucieszyłam...
poniedziałek, 14 września 2009
Kasprowa wyrypa i niespodzianka dla prababci...
Dziś chciałam wam napisać jak spędziłam ostatni tydzień. Znowu dużo się działo i pewnie dużo ważnych rzeczy pominę... Zacznijmy od tego, że we wtorek wieczorem (po meczu siatkówki) wyruszyliśmy do Krakowa. W środę rano rodzice mnie obudzili (co jest dziwne bo to ja ich zazwyczaj budzę). Coś wspominali, że gdzieś jedziemy ale hasła "TATRY", "Zakopane" nie wiele mi mówiły. Tak więc rodzice mnie wzięli na wyprawę. Przez Halę Gąsienicową wdrapaliśmy się na Kasprowy Wierch. Do schroniska na Hali Gąsienicowej dzielnie uczestniczyłam w wyprawie. Później się najadłam, mama cieplej mnie ubrała (bo pogoda się nieco zmieniła), ruszyliśmy dalej i usnęłam. Wiele nie pamiętam, a na swoją obronę mam tylko tyle, że trochę mnie bujało. Podobno pod sam koniec mama marudziła i była gotowa zostać tam gdzie stoi. Tata dopiero na samej górze przyznał się, że też miał kryzys. No, ale jemu to można wybaczyć bo przecież mnie niósł, a ja już trochę ważę. Rodzice rozważali różne opcje zejścia. Wygrał zjazd kolejką. Czemu?? Bo tata umówił się z resztą fanatycznych kibiców, moich wujków na wspólne oglądanie meczu. W rezultacie do domu wróciłam bardzo późno, a z Kasprowego pamiętam tylko zjazd kolejką. Następnego dnia dochodziliśmy do siebie. Pojechaliśmy na spacerek plantami krakowskimi. W drodze powrotnej spotkaliśmy dużo łasiczek, bardzo chciałam się z nimi przywitać. Kilka udało mi się pogłaskać i powiedzieć "cześć". Na jednej prawie siedziałam, ale mama mnie szybko zabrała. No i podobno łasiczki nie robią "iha". To jak robią?! W piątek pojechaliśmy zrobić prababci urodzinową niespodziankę. Miała dość zaskoczoną minę kiedy do domu weszło 6 osób. Pewnie myślała, że to będzie spokojny weekend. W sobotę wzięliśmy ją na obiad. Później był znowu mecz siatkówki. W niedzielę wyjechaliśmy już do Częstochowy, tak żeby zdążyć na mecz. W sumie to tych meczów to jest nieco za dużo (siatka, noga i jeszcze kosz). Cóż ja umiem trochę kibicować, a nasi są mistarzmi (nasi siatkarze po meczu z francuzami zdobyli mistrzostwo europy, przyp. red.).
Jeszcze raz STO LAT dla prababci (szkoda, że ona tego nie przeczyta ;) , bo nie ma internetu).
niedziela, 6 września 2009
Jesienne przepychanki
Rodzice przyszykowali dla mnie kolejną niespodziankę. Zaprosili do nas ciocię Karinkę i Dagmarkę i wujków Bartka i Tomka. Od rana do wieczora bawiłam się z ciociami, a czasami z wujkami. Ja nawet wolę dziewczyny, bo chłopaki to za dużo meczów oglądają. Ponieważ pani Jesień nas ciągle straszy, że Lato przepędzi - wybraliśmy bezpieczne opcje spacerów. Odwiedziliśmy Jasną Górę, ponieważ nasi goście (jak i wszyscy poprzedni) ostatni raz tam byli przed maturami (więc już bardzo bardzo dawno temu). Po drodze zahaczyliśmy o plac zabaw. Ja się bawiłam tylko chwilkę, a reszta szalała na „wyciągu narciarskim”. Później mnie poganiali, że szybciej jakby klasztor mógł uciec. Oglądaliśmy tam armaty, ale nie takie zwykłe bo te były z F1 (co za silniki „brrrm brrrm”). Później poszliśmy na rolinicze targi (100-lecie Wystawy Rolniczej w Częstochowie), które odbywały się Alejach. Dostałam odlotową ciufcię i super krzesełko na którym mieści się tylko moja pupa. Dziś, mimo nieciekawej pogody, pojechaliśmy do kamieniołomu Warszawskiego w Siedlcu i do Bramy Twardowskiego. Było mi smutno gdy do domu wróciliśmy sami.
PS. Dostałam też super skarpetki – kice, jak idę to grzechoczę (hihi). Rodzice się cieszą, bo wiedzą gdzie jestem...
Subskrybuj:
Posty (Atom)
