| Mój bezzębny uśmiech podczas wycieczki rowerowej po Jurze. |
| Lena i Julia |
Blog dla moich bliskich, którzy są daleko i nie mogą na co dzień patrzeć jak rośniemy.
| Mój bezzębny uśmiech podczas wycieczki rowerowej po Jurze. |
| Lena i Julia |
![]() |
| Z Klaudią i Dawidem w ZOO |
Po powrocie z Grecji spędziliśmy w Krakowie 3 dni, a później podwórkowaliśmy się w Częstochowie. Panowały takie upały, że trzeba było szukać cienia, bo w słońcu nie dało się wytrzymać. Jeździliśmy na rowerach, rolkach, hulajnogach, graliśmy w "diabła", bawiliśmy się w "rodzinę" i "extra agentów". Bywały dni, że któreś z dzieci miało zły dzień, np. JA:
Bywało oczywiście wesoło i radośnie. Uczestniczyliśmy też w zajęciach w naszej kochanej bibliotece np. w dniu Indian i kowboi.
Z okazji urodzin Lenki pojechaliśmy do skansenu w Tokarni (to już nasza druga wizyta). Po wyjeździe taty do
pracy odwiedziła nas babcia Krysia, Karinka, Kornelka i Maui. Spędziły u nas kilka dni. Kornelcia szybko się zmienia i za każdym razem zachwyca nas innymi umiejętnościami. Teraz popisywała się raczkowaniem, wstawaniem. Rozśmieszała nas do łez gdy naśladowała ciocię Karinkę, która łaskotała Lenkę. Lenusia leżała na plecach i zalewała się łzami radości gdy Karina ją gilała po brzuchu. Kori przyglądała się temu, a później krzycząc jak mamusia uderzała Lenkę po brzuchu.
Droga do Częstochowy nie miała być prosta, bo w planach było jeszcze zwiedzanie. Na pierwszy rzut poszły Saloniki. To był pierwszy dzień, gdy słońce zaszło za chmury. Początek naszej wycieczki nie był taki upalny (może 30 stopni). Chodziliśmy między współczesnymi kamienicami, budynkami. Między nimi nawciskane są ruiny, a także zabytkowe kościoły czy łaźnie. Spacer po tym mieście osłodził nam fakt zakupienia pamiątek, a uatrakcyjniła wizyta na targu
rybnym gdzie śmierdziało. Sprzedawcy zachwalali swoje towary i prezentowali ich świeżość. Lena przeszła przez tą alejkę zatykając nos "Fuuuuuj jak tu śmierdzi, ja chcę do domu!!", a ja byłam zła na tatę, że zabrał nas w tak cuchnące miejsce. Starałyśmy się dzielnie maszerować po ulicach tego dużego miasta. W sumie nam się to udawało, do czasu gdy wyszło słonko. Gdy dotarliśmy do Białej Wieży to marudził nawet tata. Marudził bo zgłodniał... Po obiadku wszyscy ochoczo ruszyliśmy do auta. Wiem, że opis tego miasta w moim wykonaniu jest skromy, ale nie byliśmy tam na żadnym placu zabaw to i o czym tu pisać? Z ruin podobał mi się Łuk Galeriusza i Rotunda (bo tam spotkałam kotka). Z radością wsiedliśmy do auta z klimatyzacją (chociaż na krótsze odcinki korzystaliśmy raczej z otwartych okien). Przed nami było ok 200 km do Meteorów. Chodzi o takie śmieszne góry, na których szczytach umieszczone są klasztory. Nie ma to nic wspólnego ze spadającymi gwiazdami, chociaż krajobraz jest kosmiczny. Droga do naszego celu mijała szybko. Tego dnia widzieliśmy deszcz pierwszy raz od wyjazdu z Polski (13 lipca padało cały ranek). Ostatnie 60 km zaprezentowało nam piękne górskie widoki, ale kręte drogi powodowały, że jechaliśmy znacznie wolniej niż na autostradzie. Jechaliśmy i jechaliśmy, i mimo że odległość była nieduża, to po takim dniu wszyscy mieliśmy dosyć jazdy. Zatrzymaliśmy się na campingu. Spanie pod namiotem to miała być dodatkowa atrakcja dla nas, i była. Bardzo nam się spodobało to miejsce, to że mogłyśmy razem chodzić SAME do toalety, że pilnowałyśmy namiotu. Sama noc była dość ciężka, bo przy 27 stopniach ciężko zasnąć.
Dzień zapowiadał się upalnie i taki był. Plan był, że w zależności od pogody będziemy zwiedzać klasztory pieszo, bądź autem. Prognoza 38 stopni kazała nam wybrać auto z klimatyzacją. Tatuś miał ambicję zobaczenia 4 klasztorów, po 2 miał tak samo dosyć jak my. Panie, które miały na sobie spodnie musiały nakładać na siebie takie płachty, od których robiło im się jeszcze bardziej gorąco. Czasami dobrze być dzieckiem. Widoczki niczego sobie, ale po co w taki upał tam łazić? Czemu nie można by siedzieć na plaży? Marudziłyśmy, że gorąco, że dużo ludzi (którzy prawie zadeptali Lenkę), ale w sumie to nawet fajnie tam było. Dobrze, że są tam drogi dojazdowe i można tam bezpiecznie dotrzeć autem. Czy bym to powtórzyła? Nie, chyba że zrobią tam aquapark. Dobrze, że na naszym campingu był basen i mogłyśmy się tam ochłodzić po takim dniu. Widok z basenu też był piękny. Zdecydowanie większe wrażenie wywarł na nas spacerujący trawnikiem żółw. U nas są jeże, a oni mają żółwie. Kolejną noc spędziliśmy pod namiotem, aby wypoczęci rodzice mogli stawić czoła długiej drodze do domu.
![]() |
| ZDJĘCIA |
Kolejne dni były podobne do siebie. Zmienialiśmy tylko plaże. Każda inna i na swój sposób piękna. Aha i zmieniliśmy hotel... Przez całe to zamieszanie z rezerwacją, przeniesiono nas do innego hotelu. Rodzice nie bronili się, licząc że oprócz basenu (w pierwszym hotelu go nie było) zyskamy może lepsze jedzenie (w drugim było jeszcze gorsze ;( ). Basen okazał się fantastyczną rozrywką na porę poobiednią i wieczorną. Najchętniej byśmy z niego nie wychodziły. Nauczyłam się wskakiwać do basenu z nurem pod wodę. Z resztą okazuje się, że lepiej mi idzie utrzymywanie się na wodzie z głową pod wodą niż nad. Gdy próbuję pływać z głową nad powierzchnią wody wygląda jakbym się topiła (mama nazywa, że pływam "na tonącego"). Lena też ośmieliła się i zaczęła nurkować. Także większość dnia spędzałyśmy w wodzie, mama zastanawiała się kiedy nam wyrosną błony między palcami. Najbardziej się cieszyła, że dzięki słonej wodzie przeszedł mi w końcu ten paskudny katar (trochę się nawciągałam wody nosem...). Lena z początku nie mogła przyzwyczaić się do smaku wody w morzu, codziennie pytała:

Jednego dnia byliśmy na plaży z wysepką, na której stała kapliczka. Na ogół morze było spokojne i mogłyśmy się chlapać i pływać same w kółkach i z rękawkami. Jednego dnia morze było bardziej wzburzone i były ogromne fale. Trafiliśmy wtedy na piękną plażę, gdzie na skarpach stały wille, z których stromymi schodkami schodziło się wprost na plażę. Jak na filmach... Ku przerażeniu mamy wzięłam koło i pobiegłam sama do wody. Chwilę "surfowałam" na falach, a później fala wyrzuciła mnie na brzeg. Trochę to bolało i później wchodziłam do wody już tylko z tatą. Lenie fale się nie spodobały i zrezygnowała z zabawy w morzu. Generalnie tego dnia tatusiowie skakali z dziećmi w wodzie, a na brzegu stały mamy, które szybko łapały dzieci, gdy fala je wyrzucała turlające się na brzeg. Jeżdżąc na różne plaże objechaliśmy cały półwysep Sithonia i podziwialiśmy przepiękne widoki, których zdjęcia nie oddadzą. Chcieliśmy znaleźć plażę z jaskinią i kapliczką. Dzięki temu trafiliśmy w bardzo tajemnicze miejsce. Z głównej drogi zjechaliśmy na bitą dróżkę. Po przejechaniu ok. 1 km zmieniła się ona w drogę asfaltową. Nie byłoby w tym nic dziwnego, ale nagle spostrzegliśmy, że na tym pustkowiu jest plątanina asfaltowych dróżek i schodków. Widoki na morze i górę Athos były niesamowite. Było widać małe plażyczki (na jednej z nich był camping - stały rozłożone płachty, które miały dawać cień, a pod nimi stały namioty, z których wychodziło się wprost na plażę i do morza). W plątaninie tych uliczek poddaliśmy się i zaprzestaliśmy szukania plaży z jaskinią i kapliczką. Podejrzewamy, że w tamtym miejscu miał powstać jakiś kurort... Inną ciekawostką w Grecji są kapliczki - nie tylko w miejscach wypadków, ale też tam gdzie święci mają czuwać nad rolą, albo mają odstraszyć złe duchy. Kapliczki są wszędzie. Czymś nietypowym dla nas była sjesta. Najbardziej odczuliśmy ją, gdy odwiedziliśmy małe miasteczko Agios Nikolaos. Jest ono oddalone od morza, i gdy wracając z plaży zawitaliśmy tam ok 17, ulice świeciły pustkami. W centrum był mały placyk z fontanną po środku. Dookoła knajpki z parasolkami. Niestety wszystkie o tej porze zamknięte. Jakby wszyscy ludzie nagle wyparowali, albo wyjechali stamtąd. W miasteczkach wypoczynkowych pory sjesty nie odczuwaliśmy aż tak bardzo. Nie wiadomo kiedy minęło 10 dni naszych cudownych greckich wakacji i trzeba było myśleć o powrocie do domu... ![]() |
| Zdjęcia |
Bez dużego pośpiechu wstaliśmy ok. 8:00, zjedliśmy małe śniadanko i powędrowaliśmy do garażu. Oddalony był od naszego apartamentu może 0,5 km. Już o 9 rano słonko sygnalizowało, że dzień będzie nieznośnie gorący. Garaż znajdował się w podwórku kamienicy. Gdzie toczyło się normalne życie. Samochody ciasno zaparkowane na całym placu, do tego miał miejsce jakiś rozładunek towaru do sklepiku. Nasz garaż okazał się nieco zastawiony. Za szybą auta widniała mała karteczka z numerem telefonu. Tata próbował wyjechać, ale nie było szansy- auto się nie "złamie". No tak można by zadzwonić, ale jaki TU kierunkowy? Gdy tata bezradnie próbował "złamać" auto, mama podeszła do jednego panów z dostawczego auta i poprosiła o pomoc. Łamanym angielskim próbowała coś tłumaczyć. Pan angielski znał chyba jeszcze mniej od mamy, ale od razu wiedział co i jak. Po paru minutach zbiegła zaspana pani i odjechała swoim autem. W końcu mogliśmy wyruszyć w drogę. Tata był zdziwiony, że mama mimo swojej blokady tak świetnie załatwiła sprawę. Nawet jej pogratulował ;). Rodzice bali się, że wyjeżdżając z miasta natrafimy na ogromne korki. Tata nauczył się drogi na pamięć. Chyba nie do końca wierzył w zdolności nawigacyjne mamy. Cóż, znowu zaskoczyła go jednokierunkowa droga, ale z jego zmysłem orientacji w terenie i z mapą (w telefonie) w ręku mamy - wspólnymi siłami dali radę wyjechać. Zaskoczeni byli, że poszło nam to tak szybko. Bez korków i bez kluczenia. Szybko zostawiliśmy za sobą Belgrad. My oddałyśmy się błogiemu oglądaniu bajek. Nawet mama stwierdziła, że po tak ciężkim i długim poprzednim dniu należy nam się taki relax. Trochę się denerwowała, że ignorowałyśmy jej radosne okrzyki związane ze zmieniającym się krajobrazem. Ożywiła nas propozycja 2 śniadania w naszym ulubionym lokalu - McDonaldzie. Ok. 100 km od Belgradu znajduje się ten przybytek z niezdrowym jedzeniem. Był on pierwszy i ostatni jaki widzieliśmy przez kolejne dni (dopiero go spotkaliśmy wracając). Rodzice nie byli pewni co po drodze jeszcze spotkamy i nie mieli wyrzutów sumienia. Do naszej ekipy zabawek dołączyły Minionki - takie żółte COŚ z bajki co żyło za czasów dinozaurów (święcie w to wierzę, mimo że mama mówi że nie ma i nie było MINIONKÓW). Kolejny postój był na granicy serbsko-macedońskiej (oni mają bardzo ładną flagę). Ku radości rodziców poszło sprawnie, niecałe 30 min. Droga przez ten kraj zachwyciła rodziców, a my mimo ich wielkiego entuzjazmu oglądałyśmy nasze bajki. Owszem podobały nam się tunele, ale żeby tak się rozczulać nad skałami, wąwozami, dolinami, przepaściami i wysokimi mostami. 300 km macedońskich dróg minęło znacznie szybciej niż droga przez Serbię. Widok granicy Grecji ucieszył nas wszystkich, a gdy ją przekroczyliśmy (też szybko i sprawnie-ok 30 min) mama nawet coś "śpiewała" z radości. Szybko przed nami ukazało się jakiś duże miasto - Saloniki. Z autostrady mieliśmy piękny widok na jego panoramę. Nas cieszyło pojawiające się co chwilę morze. Przed nami zostało już tylko 100km do naszych wymarzonych wakacji. 100 bardzo długich, ciągnących, męczących km. Gdy w końcu je pokonaliśmy i znaleźliśmy nasz hotel... Tata poszedł nas zakwaterować, a my z mamą oglądałyśmy plażę. Głód i zmęczenie kazało nam szukać taty, gdy dość długo nie wracał. Siedział przed recepcją:
Ponieważ tego dnia obiadokolacja była wcześniej (wieczorem odbywać się miał grecki wieczór) na kolację udaliśmy się do pobliskiej tawerny. Tata zamówił dla siebie ośmiornicę, której wszyscy musieliśmy spróbować. Była dobra, ale do czego porównać jej smak? Może taka mieszanka wszystkich ryb jakie jadłam na raz? Nie wiem, ale wszystkim się chwalę, że jadłam te dziwne stworzenia.
Rodzice się zarzekali, że dwa, trzy dni nic nie będziemy robić tylko plażować koło hotelu. Chyba im się nieco znudziło, skoro kolejnego dnia stwierdzili, że trzeba się ruszyć. Rano pojechaliśmy na oddaloną o jakieś 30 km plażę, z drugiej strony półwyspu. Pomysł był bardzo trafiony. Plaża leżała w uroczej zatoczce. Przy hotelu na plaży były kamienie i na plaży i w wodzie (dopiero po kilku krokach w wodzie znikały i był już tylko piasek). Tu plaża była piaszczysta, a woda nabierała przez to lazurowego koloru. Tak właśnie mama wyobrażała sobie greckie plaże. A hen, hen z morza wyłaniała się Święta Góra Athos. Schemat naszego plażowania zaczął się powtarzać. Najpierw wszyscy chlapaliśmy się razem. Później mama udawała się na kocyk, pod parasol gdzie czytała swoją książkę, a my nadal szalałyśmy z tatą. Czasami nurkowałam z nim, dostałam okularki i rurkę. Podglądaliśmy kumpli, tak nazwaliśmy rybki. Łowiliśmy małe muszelki, albo po prostu wygłupialiśmy się. Potem robiłyśmy przerwę na kocyku, a mam czytała "Uwaga czarny parasol" lub Legendy Krakowskie (zaplątały się przypadkiem w aucie). Gdy mama miała dość czytania wskakiwała z nami do wody. Dosłownie wbiegała zanurzając się po czubek głowy. Nad naszym Bałtykiem nie jest to możliwe, a w Grecji tak. Woda jest super ciepła i dzięki temu mogłyśmy tam siedzieć godzinami w wodzie. Później tata powracał z samotnego nurkowania i znowu się z nami bawił. ![]() |
| ZDJĘCIA |
Tu tatuś pracował jakiś czas temu i chciał nam pokazać to miasteczko. Udaliśmy się na obiad gdzie po raz pierwszy doświadczyliśmy, że Tu nikt nie mówi po naszemu. Szybko z Lenką podłapałyśmy "Fenkju" (i na tym nasza edukacja się zatrzymała). Mama z początku miała duży opór, by używać angielskiego i drukowanymi literami w języku polskim zwracała się do tubylców. Wzbudzała tym radość taty i dziwne spojrzenia ludzi, z którymi "rozmawiała". Po 2 godzinnej przerwie w ponad 30st. upale ruszyliśmy dalej. Kolejnym punktem było przejście węgiersko-serbskie - Roszke. Trochę nas zdziwiło, że stoimy w sznurku aut. Rodzice nam tłumaczyli, że kiedyś tak było na każdym przejściu granicznym. Że panowie (lub pani) muszą sprawdzić nasze dokumenty, a nawet mogą nam zaglądać do auta. Po 30 minutach byliśmy w Serbii. Tata zaproponował mamie, żeby ona go zmieniła za kierownicą. Mama oszacowała niewielki ruch tirów na autostradzie i chętnie się zgodziła. Tata jeździ z głową, to znaczy oszczędnie, żeby auto nie spaliło zbyt dużo paliwa. Mama ma nieco odmienny styl - "o jakieś auto przed nami, muszę je wyprzedzić", później nieco zwalnia. Czasami tata ją sprowadza na ziemię "Nie tak szybko!!". W tym wszystkim jest dziwne to, że jak tata jedzie szybciej niż zwykle, mama woła "Zwolnij!!" lub "Hamuj!". Ok. 21 dotarliśmy do stolicy Serbii, do Belgradu. Mama zaproponowała zamianę, ale tata stwierdził że ona ma jechać, a on ją będzie nawigował (no bo on nieco lepiej się zna na mapie i się przygotowywał, a mama...). Mama z duszą na ramieniu wjechała do obcego miasta. Była bardzo przejęta. Im bliżej centrum tym ruch pieszo-mechaniczny stawał się chaotyczny (kierowcy wymuszali, ludzie przechodzili w nieoznakowanych miejscach). Nawigator tata zapędził mamę w ślepą uliczkę i tu mama zamieniła się z tatą. Przed nim była niedługa droga, ale w plątaninie jednokierunkowych uliczek i "porzuconych" na awaryjnych światłach aut, wbiegających ludzi na jezdnię trwała nieco dłużej niż powinna. Rodzice odetchnęli z ulgą gdy dotarli na miejsce rzekomego noclegu. Rzekomego bo okazało się, że To miejsce było tylko miejscem spotkań ludzi wynajmujących mieszkania - apartamenty. Po godzinie udało nam się dotrzeć na miejsce noclegu, a tatuś musiał jeszcze pojechać zaparkować auto. Szybko usnęliśmy po 1000 przejechanych kilometrów. 
- Idziemy na obiad?![]() |
ZDJĘCIA |
![]() |
| FOTY |

Dzień po występach zaczął się wcześnie. Rodzice zapakowali nas do auta i zawieźli do Rabki. Tam czekali na nas ciocia Asia, wujek Łukasz i raczkujący Aleksander. Najpierw byłyśmy dość nieśmiałe, ale trwało to chwilunię. Po zakwaterowaniu wyruszyliśmy na spacer w góry. Czerwonym szlakiem posuwaliśmy się w nierównym tempie ku schronisku na Maciejowej. Nie obyło się po drodze bez małych foszków. Raz ja, raz Lenka coś wymyślałyśmy żeby podnieść rodzicom ciśnienie (to tak dla ich zdrowia-bo mają zbyt niskie). Trasa w sumie była bardzo przyjemna, dość łagodna i niezbyt długa. Po drodze spotkałyśmy sarenkę przyczajoną w wysokiej trawie. To ona poprawiła nasze nastroje i w końcu zrobiło się miło. Na miejscu dostałyśmy porcje pierogów z truskawkami. To była pierwsza wyprawa 7 miesięcznego Aleksandra w góry. Zniósł ją świetnie, ale on to miał łatwiej i lepiej niż my bo jego niósł wujek. W sumie jak już nauczył się raczkować to mógłby chociaż trochę "iść" sam. No, ale nie ma sprawiedliwości na tym świecie (ja niosłam plecak, Lena niosła plecak, tata niósł plecak, a mama tylko aparat- czy to nie skandal?). Ja lubię przestrzegać przepisów, a jak ktoś coś przeskrobie lubię poinformować odpowiednie władze (że niby skarżę- ja dbam o bezpieczeństwo i sprawiedliwość- ja muszę mieć najlepiej). Gdy otworzono koło nas plac zabaw bardzo się martwiłam, że jacyś chuligani go zniszczą. Nawet myślałam sobie, że szkoda że go otwarli jak go zaraz zniszczą. Gdy na trampolinie jest karteczka " na trampolinie może przebywać max. 4 dzieci" tylko ja się tym przejmuję. Dzieci mnie oczywiście nie słuchają (i skacze ich tam dwa razy więcej), a dorośli się dziwią że ja jedna przestrzegam zakazów (inni nawet nie przeczytają). Może zostanę policjantką? Wróćmy na Maciejową. Gdy wyszliśmy ze schroniska zaczął kropić deszczyk. Dorośli trochę się wystraszyli wiszących na niebie czarnych chmur. Troszkę nam popadało, ale więcej było strachu niż wody. Ponieważ pogoda była dość niepewna to kolejny dzień spędziliśmy na spacerowaniu po Rabce. Jest tam duży park, w którym są bardzo fajne place zabaw.
Jest też cała masa odpłatnych rozrywek- park linowy, jeżdżące zwierzaki itd... W parku znajduje się też mała tężnia. Wujek porównał ją do kołowrotka dla chomików. Ludziki chodzą w koło (tak sobie dreptają, a chomiki to przecież biegają) i wdychają zapach solanki. Lenie niezbyt przypadł on do gustu więc zatykała nos, a ja wolałam pobliski plac zabaw. Mimo niepewnej pogody cały dzień spędziliśmy poza pensjonatem. Wieczory mijały nam wesoło na grze w "Piotrusia" i scrablach. Ta pierwsza gra szła nam zdecydowanie lepiej i było przy niej dużo śmiechu. Dzień przedostatni był upalny i wyruszyliśmy na kolejny szlak. Bardziej męcząca była temperatura niż droga, bo trzeba przyznać rodzicom, że wyprawy były dość symboliczne. Tym razem zdobyliśmy wieżę widokową na Polczakówce. Spacery urozmaicała nam zabawa "zaplute, zamazane". Jak wracałyśmy z Hali Krupowej to wymyśliłyśmy grę- kto pierwszy znajdzie szlak. Teraz ten kto pierwszy go zobaczy krzyczy "mój szlak, zaplute zamazane!". Czasami trzeba go dotknąć. Tym razem do gry dołączyli się dorośli, a najbardziej zaangażował się wujek Łukasz. On lubi wygrywać, ale w tej grze nie miał z nami szans. Czasami tak go zakrzyczałyśmy, albo zalałyśmy łzami że nam oddawał znaleziony i zapluty szlak. W Rabce jest jeszcze jedno miejsce, które mieliśmy odwiedzić - Rabkoland. Ku radości rodziców nie poszliśmy tam. Poszliśmy zobaczyć z zewnątrz jak to wygląda i wcale nas to nie zachęciło. Czwartego dnia pojechaliśmy do Krakowa. Pierwszą noc spędziliśmy u cioci i wujka. Poznałyśmy tam chłopców Adasia i Jasia, z którymi zrywaliśmy truskawki, maliny, a z czerwonych porzeczek robiliśmy mydło. Rodzice w tym czasie robili grilla, a my do później nocy biegałyśmy po ogrodzie. Później pojechałyśmy do babci. Oczywiście dużo czasu spędziłyśmy z cio
cią Karinką, Kornelcią i Małinką. W niedziele ciocia Karina zrobiła mi niespodziankę. Przyniosła dla mnie tort. Wszyscy zaśpiewali mi sto lat, aż się zawstydziłam... Dostałam też prezent - książkę jednej z moich ulubionych autorek- Barbary Gawryluk "Kaktus, przygody wiernego psa" (polecam również:"W Zielonej Dolinie", "Baltic: pies, który płynął na krze", "Dżok, legenda o psiej wierności "). Książkę w sumie już znałam, ale w środku był autograf, specjalnie dla mnie. Po tak miłym popołudniu, aż żal było wracać do Częstochowy. Niestety trzeba było, bo na poniedziałek zaprosiłam gości na imprezę. Zaproszenia wykonała ze mną babcia Krysia, resztę załatwiła mama i trochę tata. W sali zabaw stawiło się 14 moich gości i ja. Nie jest łatwo być gospodarzem. Mama zasugerowała mi, żebym zwracała uwagę czy moi goście się dobrze bawią. Tak się przejęłam, że starałam się bawić z wszystkimi naraz. Jest to wręcz niemożliwe. J
ak to zwykle bywa okazało się, że źle zrozumiałam mamę. Ulżyło mi, że nie muszę się bawić z wszystkimi jednocześnie. Po 3 godzinach na sali zmęczona, ale szczęśliwa wróciłam do domu żeby nacieszyć się prezentami.
PS. Wakacje zaczęły się upalnie. Rozpoczęliśmy już sezon kąpieliskowo- basenowy. Chłodu szukaliśmy również w lasie przy źródełkach w Złotym Potoku. Nie ma czasu na nudę. Włócząc się po osiedlu zawsze można kogoś spotkać z naszego przedszkola.