piątek, 29 kwietnia 2011

W wielkim skrócie

Jak tu siąść i zapisać cokolwiek, jak ciągle brakuje czasu i siły. Odkąd wyjechaliśmy z Częstochowy bez przerwy coś się dzieje. Mama zadbała żeby nie było czasu na nudę. Sama wieczorami jest strasznie zmęczona.
Na Święta pojechaliśmy do Stalowej Woli. Przy okazji odwiedziliśmy naszych przyjaciół  z Rudnika. Pogoda była przepiękna więc ile się dało siedzieliśmy na podwórku.
Tosia ma 1,5 roku i już dawno sama wędruje. Trochę się razem bawiłyśmy, a jak mi przeszkadzała to wołałam  "mamo zabierz Tosie!!", albo się złościłam na nią. Gutek jest duży i wcale nie chce się bawić z takimi małymi dziewczynami jak ja. Najfajniej było jak przyszły duże dziewczyny: zielona (Ola), różowa (Julka) i Milenka. Pilnowały Tosię i mnie bo wtedy było najmniej kłótni. Wieczorem  wszyscy rodzice zrobili ognisko i były pyszne kiełbaski. Pamiętacie Robaka - Ołdiego?? Już dawno nie przypomina tej małej beżowej kulki. Teraz jest ogromnym psiakiem skorym do zabawy. Zapomina tylko, że my dzieci jesteśmy od niego mniejsze i słabsze (mimo, że jest od nas młodszy). Raz miałam z nim bliskie spotkanie, które zakończyło się moim upadkiem, milionem łez i nauczką, że bez dorosłych do niego nie można podchodzić.
W Stalowej odwiedzaliśmy i spotykaliśmy się z babciami, dziadkami, ciociami, wujkami. Każde takie spotkanie z początku bardzo mnie stresowało, bo ja już się wstydzę (głównie dorosłych). Od jakiegoś czasu bardzo mnie śmieszą pewne słówka i podczas tych odwiedzin używałam ich do popisów, lub gdy się wstydziłam. Wykrzykiwałam "KUPA, SIKU!!", oczywiście wszystkich to bawiło (poza mamą i tatą). W końcu mama mi zakazała używać tych słówek przy ludziach. Teraz żeby TO powiedzieć muszę wyjść do łazienki, kibelka, albo pustego pokoju. Wracając do tematu Świąt to byłam poświęcić koszyczek. Ksiądz dużo gadał, a potem pochlapał nas chlapaczką. Śniadanie Wielkanocne mi smakowało, ale byłam zdziwiona czemu będziemy jeść kanapki w miseczkach. Dopiero mama mi wyjaśniła, że nie będzie moich ulubionych kanapeczek. Lany poniedziałek też mi się podobał, chociaż zdecydowanie bardziej kiedy to ja polewałam. Tak w wielkim skrócie minął nam czas świąteczny.
Teraz ja i mama jesteśmy w Krakowie, a tatuniek wyruszył już do swojej pracy. My nie próżnujemy i codziennie kilka godzin spędzamy poza domem. Wczoraj byłam na basenie. Za każdym razem czuję się tam lepiej. Zwiedzamy też krakowskie place zabaw i na każdym udaje mi się poznać jakieś dzieciaki. Podobają mi się te parki, ale zdecydowanie nie lubię jeździć zatłoczonymi, dusznymi autobusami (podobno mamy jakiegoś pecha). Dziś jak wracałyśmy z Parku Decjusza to miałam bardzo dobry humor i wyśpiewywałam moją ulubioną piosenkę "Poszła Karolinka do Gogolinka". Najbardziej lubię fragment o flaszeczce winka (czasami zmieniam na wódeczkę). Dobrze wiem, że dzieciaki nie piją winka, wódki, piwka i kawki, ale mnie to tak bawi. Mama mówi, że zaczynam być już trzylatkiem....

niedziela, 17 kwietnia 2011

Wielkanocny ogród

Na Wielkanoc czekam już od Bożego Narodzenia. Ten czas się tak ciągnie, a wiosna ociąga. Już zrobiło się zielono, kolorowo od kwiatków i w końcu doczekałam się pierwszych oznak tych świąt. Zrobiliśmy z tatą wydmuszki, a całą trójką zasiedliśmy do ich malowania. To wcale nie jest takie łatwe. Wzięliśmy wzory z gazetki "Kubuś Puchatek", a co nam wyszło zobaczcie...
Ostatnio wyrwało mi się "mamo chcę na dwór (...)" . Mama była dość zaskoczona bo na ogół chodzimy na :podwórko, plac zabaw, albo po prostu na spacer (żeby nie narzucać się z małopolskim POLEM). W zaistniałej sytuacji mama postanowiła mnie wziąć do królewskiego miasta Krakowa gdzie wychodzi się "na pole". "Dosyć tych dworskich określeń!!"  stwierdziła i już pakuje walizki.
Lada dzień Święta Wielkiej Nocy, a zatem:

Wszystkim życzymy (Ja i moi rodzice) wiosennych Świąt, kolorowych pisanek, czekoladowych zajączków, z cukru baranków i mokrego śmingusa dyngusa.

czwartek, 14 kwietnia 2011

Prawie Pseckolak


W marcu byłyśmy z mamą w dwóch przedszkolach żeby mnie tam zapisać. Moje uczucia w przeciągu tego miesiąca były bardzo mieszane. Raz bardzo chciałam iść do dzieciaków, a raz się zarzekałam że nie. Dziś rano zadzwoniła ciocia Ola, że są już wyniki rekrutacji i niestety nie dostałam się do przedszkola do którego chodził mój tatuń jak był mały. Mama na początku się nie przejęła, ale za to mi zrobiło się bardzo smutno. Ponieważ słyszałam rozmowę zaraz zasypałam rodziców milionem pytań:
- Cemu się nie dostałam?? Ja chcę iść się pobawić z przedszkolakami(...).
Rodzice tłumaczyli, że dużo dzieci w tym roku i że może do tego drugiego mnie przyjęli. Mamie zrobiło się smutno gdy zapytałam:
- Mamo, cemu dzieci mnie nie psyjęły do pseckola??
Teraz mamie już nie było do śmiechu bo widziała jakie to dla mnie ważne, a jej tłumaczenia zupełnie do mnie nie docierały. Całą trójką wybraliśmy się do tego drugiego przedszkola i kiedy tatuniek odczytał moje imię i nazwisko z listy, aż podskoczyłam z radości. Tylko nie wiem czemu nie mogłam iść się bawić od razu, czemu dopiero po wakacjach??

niedziela, 10 kwietnia 2011

Imieninowo

Wczoraj (9.IV) były moje imieniny. Bardzo chciałam namówić rodziców, żeby z tej okazji  kupili nową choinkę, żeby było jak w  Boże Narodzenie. Mimo, że nie dali się przekonać to i tak było miło. Były życzenia i prezenty. Ja postanowiłam zrobić małe przyjęcie i kupiliśmy z rodzicami lody. Po obiedzie u babci Ani wszyscy obecni dostali pyszny lodowy deserek.
Chciałam się pochwalić, że od jakiegoś czasu mam łóżeczko dla dużych dziewczyn. Jest niebieskie jak początkowo sobie wymarzyłam (bo później chciałam różowe, zielone albo żółte). Teraz zasypiam w moim ulubionym łóżeczku pod puchatkową pościelą, którą dostałam od dziadka Janusza z okazji imienin. Zasypiam grzecznie po przeczytaniu bajki (najczęściej o Kubusiu Puchatku) i opowiedzeniu historii (o moich przygodach z Kubusiem i naszymi przyjaciółmi), później przytulam się do moich misiaków (Kubusia, Prosiaczka, Tygryska, Kłapouszka; Królika nie mam bo nie można go nigdzie kupić). W środku nocy (różnie ten środek wypada, między 23 a 3 rano) tuptam do pokoju rodziców (z dzidziusiowego łóżeczka też sama wędrowałam) i śpimy razem do 9. Drugim powodem do dumy jest to, że wyrażam zgodę na robienie kucyków. Do tej pory miałam fryzurę "wiatr we włosach". Po całym dniu zabaw i po każdej nocy mama rozczesywała moje niesforne kosmyki włosów. Każda fryzura wytrzymywała maxymalnie 5 minut, a później ściągałam gumki i spinki. Teraz nawet sama proszę o zrobienie kicków. Po jakimś czasie (2-3 godzinki) wracam do "wiatr we włosach", ale przez jakiś czas wyglądam po dziewczyńsku. Dziś załączam kilka zdjęć na dowód moich słów.

poniedziałek, 28 marca 2011

Wiosna, choć zimny wieje wiatr




Oficjalnie przyszła WIOSNA, ale zima nie tak łatwo chce się poddać. Trochę śniegu, trochę mroźnego wiatru nas nie przestraszy i nie wyciągniemy już zimowych czapek, szalików, ani butów. 21 marca zrobiłam z tatą i ciocią Karinką Marzannę, a wieczorkiem wrzuciliśmy ją do Wisły. WITAJ WIOSNO!!
Pobyt w Krakowie był bardzo miły, nie było czasu na nudę. Pierwszy raz wybrałam się do kina na poranek bajkowy. Poszła ze mną babcia Krysia. Najpierw trochę się przestraszyłam, że ma być ciemno, ale jak już się zrobiło ciemno to nawet tego nie zauważyłam. Było dużo dzieciaków, z którymi pod koniec seansu bawiłam się przy stolikach (przygotowanych specjalnie dla tych którym się znudzi oglądanie). Innym razem tatuniek zabrał mnie na basen. Dawno już nie byłam, bo u nas w Częstochowie nie ma takiego dla maluchów, a ostatnio w Krakowie chorowałam więc nie mogłam. Bardzo mi się podobało, muszę częściej nakłaniać rodziców na takie wyjścia.. Odwiedziłam też małą Olę i jej rodziców. Od małego dzidziusia nie mogłam się odkleić, a po pół godzinie patrzenia odkryłam że Ola ma nóżki i rączki. Gdy babcia mnie spytała jak mi się podobała Ola odpowiedziałam "fajna jest Ola i nie wsadziłam jej paluszków do oka" (babcia przed wizytą powiedziała  mi co można, a czego nie można). Parę dni temu wróciliśmy do domku i na reszcie mogę spotykać się "z moją doblą kolezanką", "psyjaciółką" MALYSIĄ. Moja mama ma czasem dość naszych kłótni o wszystko i o nic. Sprzeczamy się o wózek - Malynia lubi zmieniać środki transportu, a ja nie znoszę jak ona mnie podsiada więc krzyczę (ku satysfakcji Marysi). Zamiana łopatkami, foremkami, wiaderkami to tez dobry powód do krzyku. Marysia zaczyna coraz więcej gadać więc, oprócz rękoczynów i krzyków możemy też dyskutować. Dziś jechałyśmy naszymi niebieskimi wózkami przez ogródki działkowe :
- To jest sklalnia - powiedziałam dumnie
- Nie!! - odparła pewna siebie Marysia
- Tak!! to jest sklalnia - powtórzyłam
- Nie!!
- sklalnia!! - krzyczę coraz głośniej i tak to trwa, aż ja jestem bliska łez. Mama w końcu zaciekawiła się naszymi okrzykami. Chwilkę, nie mogła pojąć o co tyle hałasu i co to "slalania", ale w końcu usłyszałam:
- Tak Maju to jest szklarnia. - teraz mogłyśmy pokłócić się o wózek , iatraczek, albo piłkę...
Czasami pięknie się dzielimy i wymieniamy zabawkami, ale wystarczy, że jedna z nas ma zły dzień to szkoda gadać. Tak czy siak najlepszy spacer jest z Malychną i ciocią Olą...

ZAGADKA:
- Maju co to jest : mieszka w lesie, ma cztery łapy, rudą kitę i lubi polować na kury??
- YYY Celwony Kaptulek .

wtorek, 15 marca 2011

O naszej Pibuni

 (12.V.1995 - 13.III.2011)
Była z moją mamą i jej całą rodziną prawie 16 lat. Ja ją znałam całe moje życie. Na początku wołałam na nią Piba i później wszyscy już tak ją nazywali. Ja ją znałam jako poczciwą staruszkę, która miała już cały siwy pyszczek. Mama pamięta jak ta nasza Debrunia była cała czarniutka i miała tysiące szczenięcych pomysłów. Pamięta jak w upalne dni wskakiwała namiętnie do rzeczki i trzeba było ją kapać bo była w mule i strasznie śmierdziała. Gorzej było gdy wytarzała się w jakiejś padlinie, czy kupie. Na szczęście z wiekiem takich głupich pomysłów miała znacznie mniej. Bardzo lubiła jeździć autem, ale jak myślała że musi już wysiadać zamieniała się w bardzo głośnego pasażera. Jak to każdy piesek nie lubiła weterynarzy. Była oczkiem w głowie babci Krysi, która ją rozpieszczała i traktowała jak trzecią (tą najwdzięczniejszą ;)) córkę. Zawsze na nas czekała w domu i głośno hałasowała (ku udręczeniu sąsiadów) na nasz widok. Łapała w pysk kapcie, parasole, rękawiczki i roznosiła po całym mieszkaniu i zawsze trzeba było ich szukać. Wracając ze spaceru brała smycz w pysk, a wszyscy się śmiali że "pies sam siebie prowadzi". Czasami nosiła jakieś lekkie zakupy, czy gazety. Była zdecydowanie psem kanapowym, choć nie gardziła swoim posłaniem w szafie. Starość jej nie oszczędziła, ale dzielnie znosiła swoje dolegliwości. Ona starała się zrozumieć nasze nawoływanie na migi (gdy już nie słyszała), a my dzielnie znosiliśmy gdy było czuć gdy Pibunia się zbliża. Będziemy za nią bardzo tęsknić bo była członkiem naszej rodziny (choć dla niektórych to może być niezrozumiałe).

czwartek, 3 marca 2011

Jarzębinka

W domu odbyła się wielka dyskusja. Czy marchewka jest pomarańczowa, czy może czerwona? O ten istotny kolor spierała się babcia Krysia i moja mamusia:
- Mamo marchewki są pomarańczowe - krzyczała mama  do babci,która była w innym pokoju
- Czerwone!! -odkrzyczała babcia, a ja się przysłuchiwałam.
- Przeproś ją.- powiedziałam bez namysłu
- Słucham?? - babcia myślała, że się przesłyszała
- Przeproś swoją córkę. - odrzekłam, a babcia była zaskoczona. Zaczęła  mi wyjaśniać, że są różne marchewki i nie musi przepraszać mamy. Ja grzecznie wysłuchałam i poszłam do mamy.
- Mamo powiem Ci coś na ucho.
- Dobrze -mama się nachyliła
- POMALANCOWE - wyszeptałam i pobiegłam do babci zostawiając mamę tarzającą się ze śmiechu.
- Coś tam naskarżyła?? - spytała babcia
- Powiedziałam, że są pomalancowe...
Cóż prawda jest taka, że są różne marchewki i białe i żółte, pomarańczowe i nawet czerwone.

***

Od jakiegoś czasu powstawał ogromny problem z myciem moich włosków. Raz bywało lepiej,a raz gorzej. Rodzice mieli nadzieję, że to moje humorki. Jak sama się bawię to potrafię wylać sobie miseczkę wody na głowę,czy wycisnąć gąbkę na moją grzywkę. Woda wtedy leje mi się po oczach, a ja nawet nie pisnę. Sytuacja się zmienia gdy chodzi i o mycie głowy. Ostatnio moje zachowanie przerosło mamę. Strasznie płakałam gdy włoski mi myły babcie,czy ciocia Karinka. Babcia Ania kupiła mi takie rondo i w końcu lanie prysznicem po głowie stało się przyjemnością. U nas sprawdził się ten wynalazek. Niestety Malwinka, która ostatnio też nie przepada za myciem głowy nie chce tego ronda założyć...Problem może śmieszny, ale spytajcie cioci Karinki jak ona lubiła mycie głowy w dzieciństwie. Dobrze, że ciocia wyrosła i teraz myje sobie włosy i sąsiedzi o tym nic nie wiedzą.    

***
Mama zgodziła się na publikacje swojego wiersza. Napisała go jakiś czas temu:
Była jarzębinka
Na polu siedziała
Patrzy babcia
Atu jakiś wilk wypada

Zaraz niedźwiedź tam wypada
Ratuje Jarzębinkę
Bo wilk chciał ją zjeść
A babcia się przestraszyła
I wiewiórki też przyszły
I wszystkie zwierzęta które
Mieszkają w lesie i nie są
Takie groźne poleciały za Jarzębinką
Ratować.

Milicjant wypada i samochody
Patrzą a wilk Jarzębinkę rusza
Milicjant wilka zatrzymał
A leśniczy zaprowadził wilka do lasu
I zabił.
I tak się skończyła bajka.
 (listopad 1986r.)