NOWE ZDJĘCIA
Na reszcie wróciłyśmy do domku. Teraz już czekamy na tatunia, mama mówi że już jutro będzie. Ja bardzo za nim tęsknie, bo ja go "Ajlowju". Cieszę się też z powrotu do Częstochowy bo tu jest "IKI" i "INKA" (Miki i Malwinka). Wczoraj się z nimi chwilkę widziałam i się bawiliśmy. Malwiniak już raczkuje i nawet próbuje chodzić. Jest prawie taka duża jak ja, ale dla mnie i tak jest "taka mała". Muszę koniecznie namówić rodziców, żebyśmy pojechali do nich (już nie mogę się doczekać).
Co do szczura. Mama się trochę obawiała tego co zastaniemy w domu po tak długiej nieobecności. Ku wielkiemu zdziwieniu i radości nie ma żadnych śladów bytowania tego potwora. Ostatni raz słyszałyśmy o szczurze od sąsiada. Albo nasz "domowy" szczurek, albo któryś z jego rodziny rozgościł się w dziecięcym wózku sąsiadów (stojącym na klatce schodowej). Od tamtej pory ciiiiiiiisza....
Co do moich nowych umiejętności to powtarzam i powtarzam nowe słówka. Mówię też:
"Maja je", "Maja cyta", "Maja siedzi"...
PS.Poprzednie zdjęcia póki co są zaginione w akcji, ale jeszcze do odzyskania..
Blog dla moich bliskich, którzy są daleko i nie mogą na co dzień patrzeć jak rośniemy.
poniedziałek, 30 listopada 2009
niedziela, 22 listopada 2009
Odwiedziny w Krakowie
Od dziesięciu dni przebywamy w Krakowie. Początek naszej wyprawy był dość niefortunny. Wyjeżdżając z Częstochowy mieliśmy awarię autka. Dobrze, że nie spotkało nas to na trasie. Z 4 godzinnym opóźnieniem wyruszyliśmy w drogę. Sytuacja ta zmieniła nasze plany, a właściwie plany rodziców... Tak widocznie miało być. Ja byłam przeszczęśliwa widząc babcie, ciocię, Pibę, a później jeszcze dojechała moja prababcia. Z tej radości nawet nie zauważałam, jak rodzice wychodzili z domu. Po wyjeździe taty do pracy zaczęłam lepiej pilnować mamy i już mniej chętnie chcę żeby sobie szła. Coraz łatwiej idzie mi dogadywanie się z dorosłymi. Oni się cieszą jak powtarzam różne słówka, śpiewam i tańczę. Gniewają się jak wypijam wodę z miski Piby, albo moczę tam rączki i nóżki. Nie rozumiem też, czemu wujek Tomek pozwala mi drzeć książkę (telefoniczną), a jak biorę książki babci to się na mnie gniewają. Zresztą takich sytuacji jest więcej (ktoś coś pozwala, a mama "NIE"). Mogliby się zdecydować. Trochę spaceruję, bo wróciła piękna jesień. Najbardziej lubię skakać po kałużach jak teletubisie. Bo ja bardzo lubię teletubisie. Mamie nie podoba się KRECIK. Mówi, że są tam dziwne sceny:
1. W odcinku jak Krecik szuka leku, by ozdrowić myszkę, spotyka MAK (chyba). Papuga go namawia, by on go powąchał. Krecik wącha, zasypia i zaczyna lewitować. Później przychodzi słoń, który też wącha i też ma odlot...
2. Zbyt obrazowy poród zajączka też mamie nie przypadł do gustu.
3. W odcinku o srogiej zimie, gdzie KRECIK i przyjaciele ratują mężczyznę przed zamarznięciem, też są sceny, przy których mama kręci nosem. Gdy przychodzi wiosna, mężczyzna wybiega na podwórze i rozbiera się do naga, nagusieńka. Później goni go dzik, a on ucieka na rowerze (nadal w stroju Adama). Dopiero, gdy wpada do jeziora i wychodzi mokry zaczyna się wstydzić...
Poza tym tatuń pojechał do schroniska i zawiózł kilka rzeczy dla piesków i kotków. Byłam na kopcu Kraka ("góyja"), a tam było widać taki duuuży "balon" (tzw. nielot). Bardzo chciałam pójść do niego, ale mama twierdziła, że to daleko było. Spacerowałam trochę po rynku krakowskim i jeździłam MPK. Szczerze, to ja już wolę autem podróżować. Tak nam pomalutku mijają dni (mama korzysta i zostawia mnie z ciocią i babcią, a sama chodzi na spotkania i zakupy). Już niedługo wrócimy do domeczku, a i do powrotu tatunia coraz mniej dni...
PS. Albo komputer babci, albo coś innego powoduje, że nie można zobaczyć zdjęć -->postaramy się to zmienić.
środa, 4 listopada 2009
Zimny listopad
Za nami kilka ważnych dat:
27 października urodziła się moja koleżanka Antosia. To TA co siedziała w brzuchu u cioci Jajo...
29 października były urodziny mojego tatunia, szkoda że był tego dnia w pracy...
Ku mojej ogromnej radości 30 października tatuń wrócił do domu i możemy się razem bawić. Bardzo za nim się stęskniłam. Odwiedziliśmy też moje babcie "Anie" i "Dzidzie" i "dziadzia". A tam to dopiero mogłam się wyszaleć. Byłam też na cmentarzach i zapalałam znicze z tatuniem i obrywałam kwiatuszki... Trochę też spacerujemy, ale coraz krócej. Zrobiło się już mroźno, a mi się źle chodzi jak mam tyle ubranek na sobie. W domu rysujemy i piszemy, nawet mamy małą wystawę rysunków mamy i taty. Tatuń się dużo "uciy" i trzeba być "ciii" i mu nie przeszkadzać. Z tym sobie nie radzę bo ile można siedzieć tylko z mamą?? Co jakiś czas przychodzę do taty do pokoju i mu zawracam głowę. Moje ulubione powiedzenie z ostatnich dni to:
"Nie bój się"
(Od mamy: Maja wcześniej mówiła "boje boje" gdy czegoś się bała np. odkurzacza. Ciągle jej mówiliśmy "nie bój się". Teraz sama do siebie mówi "nie bój się", albo do nas co brzmi bardzo zabawnie).
Miałam też przygodę z pendrivem, który tata zostawił w komputerze. Mama mi wytłumaczyła, że to "tati" i "nie" mogę tego dotykać. Gdy tatuń się obudził chciał mi wytłumaczyć co TO. Powiedział "USBeee", ja się strasznie rozpłakałam... Dopiero po chwili rodzice zrozumieli dlaczego. Jak tatuń powiedział "Beee" to zrobilo mi się strasznie przykro...
Więcej śmiechu było z orzechami. Gdy byłam u babci, to powkładałam do butów w przedpokoju orzechy. Wszyscy ubierając buty je powyciągali. Był jeden wyjątek... Gdy kolejnego dnia mama chciała włożyć mi buta, okazało się, że w moim bucie też był orzech, a dzień wcześniej mama wcisnęła moją stopkę do buta z orzeszkiem...
poniedziałek, 26 października 2009
Proza dnia codziennego i opowieść o niemiłym sąsiedzie.
Tatuń wyjechał do pracy tydzień temu, ale już niedługo wróci. Kiedy? Tego nikt nie wie, bo w jego pracy nawet pogoda ma znaczenie. Ostatnio został w domu dłużej bo spadł śnieg. Póki co prognozy są dobre więc jest szansa, że wróci wcześniej niż planował... Ja pod jego nieobecność powróciłam do starych nawyków oddawania porannego stolczyka do nocnika. Nawet w ciągu dnia uda mi się zawołać, że chcę "qpa". Mama nie zawsze zdąży, ale i tak się cieszy. Bardzo mnie bawi gdy moja pupa robi "prruu". To było dość osobiste wyznanie, ale jakże ważne dla mojej mamy. Z mniej radosnych wieści: mam problemy ze spaniem. Jak był tatuń to przesypiałam całe noce u siebie w pokoiku. Od jego wyjazdu budzę się w środku nocy i później mogę zasnąć już tylko z mamą. Ona trochę marudzi. Podobno się rozpycham. No dobrze przyznam się. Lubię spać w poprzek, a jak mam złe sny to czasem zdąża się że mama dostanie z półobrotu. Jak nie mogę zasnąć to wpycham moje paluszki do jej oczu, nosa i buzi. Czy to jest powód, żeby mama była niewyspana rano??
Poza tym wróciła jesień. Szkoda tylko, że nie taka POLSKA ZŁOTA. U nas słonko gościło w tym tygodniu rzadko. Można by to przeliczyć na minuty. W Krakowie i Brzesku podobno pogoda była hojniejsza. Trochę spacerowałyśmy z mamą, ale to już nie to samo co w wakacje...
Teraz o naszym niemiłym sąsiedzie. Niektórzy z was słyszeli początek tej historii... Gdy wróciliśmy po wakacjach do domu okazało się, że nasz kibelek przecieka. Czy już się domyślacie czemu?? Okazało się, że rura przy kibelku jest cała dziurawa. Tatuń wymienił ją jeszcze tego samego dnia. Po dwóch godzinach okazało się, że rura znowu jest dziurawa. Wtedy dla naszego domu nastała chwila grozy. Ciocie, które nas odwiedziły jakiś czas później wiedzą o czym piszę ;). Po kolejnych zabiegach naprawczych zjawisko powstawania dziur zanikło. Mama po jakimś czasie zapomniała o całej tej historii. Niedawno tatuń słyszał jakieś chrobotanie, a mama jakieś piski, ale oboje nie byli pewni czy im coś się nie przesłyszało. Dziś nastąpił dalszy bieg tego niemiłego incydentu. Gdy oglądałam wieczorem "Krecika" mama nagle zerwała się na równe nogi. Usłyszała niepokojący dźwięk z łazienki. Gdy otworzyła drzwi na środku pomieszczenia siedział ogromny szczur. Strasznie się wystraszyłam gdy mama podniosła alarm. Mama zatrzasnęła drzwi i złapała mnie na ręce. Strasznie się trzęsła, aż się przestraszyłam i zaczęłam płakać. Pobiegłyśmy do kuchni po nóż i mopa. To była wyrównana walka. No dobra trochę zmyśliłam... Faktycznie oglądałam bajkę i faktycznie mama coś usłyszała. Gdy weszła do łazienki nic nie wzbudziło jej podejrzeń. Po chwili sytuacja się powtórzyła. Nasz szczur wrócił i rozpoczął nadgryzanie kolejnej rury. Mama to chyba dziś nie zaśnie. Nasłuchuje tylko nietypowych dźwięków. Na wszelki wypadek sprawdziła czy pod szafą i wózeczku mojej lalki nie przyczaił się nasz sąsiad. Obawiamy się tylko jednego, że to nie było OSTATNIE STARCIE...
Poza tym wróciła jesień. Szkoda tylko, że nie taka POLSKA ZŁOTA. U nas słonko gościło w tym tygodniu rzadko. Można by to przeliczyć na minuty. W Krakowie i Brzesku podobno pogoda była hojniejsza. Trochę spacerowałyśmy z mamą, ale to już nie to samo co w wakacje...
Teraz o naszym niemiłym sąsiedzie. Niektórzy z was słyszeli początek tej historii... Gdy wróciliśmy po wakacjach do domu okazało się, że nasz kibelek przecieka. Czy już się domyślacie czemu?? Okazało się, że rura przy kibelku jest cała dziurawa. Tatuń wymienił ją jeszcze tego samego dnia. Po dwóch godzinach okazało się, że rura znowu jest dziurawa. Wtedy dla naszego domu nastała chwila grozy. Ciocie, które nas odwiedziły jakiś czas później wiedzą o czym piszę ;). Po kolejnych zabiegach naprawczych zjawisko powstawania dziur zanikło. Mama po jakimś czasie zapomniała o całej tej historii. Niedawno tatuń słyszał jakieś chrobotanie, a mama jakieś piski, ale oboje nie byli pewni czy im coś się nie przesłyszało. Dziś nastąpił dalszy bieg tego niemiłego incydentu. Gdy oglądałam wieczorem "Krecika" mama nagle zerwała się na równe nogi. Usłyszała niepokojący dźwięk z łazienki. Gdy otworzyła drzwi na środku pomieszczenia siedział ogromny szczur. Strasznie się wystraszyłam gdy mama podniosła alarm. Mama zatrzasnęła drzwi i złapała mnie na ręce. Strasznie się trzęsła, aż się przestraszyłam i zaczęłam płakać. Pobiegłyśmy do kuchni po nóż i mopa. To była wyrównana walka. No dobra trochę zmyśliłam... Faktycznie oglądałam bajkę i faktycznie mama coś usłyszała. Gdy weszła do łazienki nic nie wzbudziło jej podejrzeń. Po chwili sytuacja się powtórzyła. Nasz szczur wrócił i rozpoczął nadgryzanie kolejnej rury. Mama to chyba dziś nie zaśnie. Nasłuchuje tylko nietypowych dźwięków. Na wszelki wypadek sprawdziła czy pod szafą i wózeczku mojej lalki nie przyczaił się nasz sąsiad. Obawiamy się tylko jednego, że to nie było OSTATNIE STARCIE...
sobota, 17 października 2009
Wyprawa
Pora co nieco tu uzupełnić, bo to już tydzień mija od naszego wyjazdu do Stalowej, Rudnika i Krakowa. Po drodze do prababć odwiedziliśmy niezwykłe miejsce, miasteczko. Byliśmy w Szydłowie niedaleko Kurozwęk (gdzie mama jeździła na obozy konne), a to wszystko w pobliżu Staszowa.
Tu wkleję kilka zdań o Szydłowie:
Szydłów - "kamienne miasto" lub "Polskie Carcassonne"
nazywane tak gdyż zachowały się w dużej części mury obronne. W 1329 r ma miejsce druga lokacja Szydłowa wówczas Władysław Łokietek nadał jej przywilej lokacyjny oparty naprawie niemieckim. Średniowieczne miasto zostało otoczone murami obronnymi przez Kazimierza Wielkiego. W połowie XIV w. król Kazimierz Wielki opasuje Szydłów murami miejskimi z bramami i funduje kościół farny pw. św. Władysława. W poł. XIV w. wzniesiono także zamek usytuowany w zachodniej części miasta. Szydłów od XIV w. jest także siedzibą bogatej gminy żydowskiej. Podczas drugiej wojny światowej ma miejsce holokaust ludności żydowskiej (było to wówczas miasteczko z przewagą ludności żydowskej), Szydłów niszczą bombardowania w czasie ofensywy styczniowej 1945 r.
/ze strony: http://www.sandomierskie.com/kraj/staszowski/szydlow11.htm /
Miałam tam nieprzyjemną przygodę. Koło ruin zamku było boisko, do którego dochodził chodnik zakończony krawężnikiem. W jednym miejscu była mała kałuża i pech chciał, że biegnąc do mamy straciłam równowagę i było bam. Cała się ubrudziłam. Najgorsze były rączki, całe czarne w błocie. Wytarłam je sobie w buzię i kamizelkę. Mama nie była zadowolona. Ten incydent przyspieszył naszą dalszą wyprawę. Nie udało nam się wszystkiego zobaczyć dlatego na wiosnę tam jeszcze wrócimy.
Odwiedziny prababć były bardzo krótkie, ale bardzo miłe. Spieszyło nam się do Rudnika gdzie zawieźliśmy "moje" kochane łóżeczko. Niedługo urodzi się tam dzidzia. Ciocia Jajo podobno ma ją w brzuchu, ale mi się wydaje że ona połknęła wielki balon... Wreszcie mogłam sobie poganiać do woli po ogrodzie, a wieczorem załapałam się na ognicho. To chyba ostatnie w tym roku. Pogoda z dnia na dzień się pogarszała. Wiatr przywiewał coraz to cięższe chmury. Gdy dotarliśmy do Krakowa to padało prawie bez przerwy. Udało mi się tylko dwa razy wyprowadzić moją Pibę na spacer. Do babci i cioci to już tęsknie. Bardzo nie podobało mi się, gdy wychodziły z domu np. do pracy. Łzy same się cisnęły do oczek.
Po powrocie do domu przyszedł atak zimy i ciągle siedzimy w domu. Nie bardzo mi to pasuje :(.
Poza tym, mam nową ulubioną piosenkę "Zuzia nana duzia..." i wymyśliłam nowy krok taneczny (pół obrotu, przysiad, półobrotu, przysiad, i tak w kółko). Rodzice usilnie namawiają mnie, żebym korzystała z nocnika. Przedtem wołałam "sii", ale odkąd tatuń wrócił z pracy to mi się nie chce wołać. Teraz gdy chce mi się kupę to czasem zawołam "qpa", ale gdy oni biegną po nocnik to ja im uciekam. Fajna zabawa. Dziś pierwszy raz udało mi się załatwić na takim prawdziwym kibelku. Ku radości wszystkich powtarzam nowe słowa np. "jesz"- jeż, jeść, "psi" - pepsi, pupa, "goja" - golas, "chapu chapu" - "chlapu chlapu" (tak wołam gdy idę się kapać, ale to już od dawna).
Już wiem co to znaczy Maja, to jest moje imię. Gdy mówię to czasami wychodzi Maja, ale częściej AJA. Umiem też literować swoje imię "A J A" (to mnie nauczyła mamusia, bo ja lubię ją naśladować więc kiedyś mi pokazała jak to się pisze). Już nie mówię "maa" tylko "nie ma" lub "ni ma" do tego rozkładam rączki :). Jestem bardzo stanowcza gdy mówię "nie", choć jeśli chodzi o jedzenie to łatwo mnie przekonać do zmiany zdania. Trochę próbuję wychować tych moich rodziców, ale z różnym skutkiem (czasem uda im się wygrać). Mam tajną broń - płacz, ale oni są coraz bardziej odporni. Nie lubią gdy wchodzę na meble i piję wodę w kąpieli, ciągle mnie upominają. Gdy coś mi upadnie (np. ziarnko ryżu) mówię "ojej" lub "ojoj jojo" (do tego czasem złapię się za głowę). Polubiłam oglądać bajki, ale nie za długo. Gdy wołam "Ajoo" mama wie, że chcę oglądać krecika. Z teletubisiów najbardziej lubię PO. Kocham moje misie i moją lalę, którą wożę w moim wózeczku (ja jestem do niego za duża). Dbam o tego mojego dzidziunia, całuję go i tulę (tylko czasami mi wypada z rąk). To tak w skrócie co potrafię, a z każdym dniem umiem więcej i więcej...
Tu wkleję kilka zdań o Szydłowie:
Szydłów - "kamienne miasto" lub "Polskie Carcassonne"
nazywane tak gdyż zachowały się w dużej części mury obronne. W 1329 r ma miejsce druga lokacja Szydłowa wówczas Władysław Łokietek nadał jej przywilej lokacyjny oparty naprawie niemieckim. Średniowieczne miasto zostało otoczone murami obronnymi przez Kazimierza Wielkiego. W połowie XIV w. król Kazimierz Wielki opasuje Szydłów murami miejskimi z bramami i funduje kościół farny pw. św. Władysława. W poł. XIV w. wzniesiono także zamek usytuowany w zachodniej części miasta. Szydłów od XIV w. jest także siedzibą bogatej gminy żydowskiej. Podczas drugiej wojny światowej ma miejsce holokaust ludności żydowskiej (było to wówczas miasteczko z przewagą ludności żydowskej), Szydłów niszczą bombardowania w czasie ofensywy styczniowej 1945 r.
/ze strony: http://www.sandomierskie.com/kraj/staszowski/szydlow11.htm /
Miałam tam nieprzyjemną przygodę. Koło ruin zamku było boisko, do którego dochodził chodnik zakończony krawężnikiem. W jednym miejscu była mała kałuża i pech chciał, że biegnąc do mamy straciłam równowagę i było bam. Cała się ubrudziłam. Najgorsze były rączki, całe czarne w błocie. Wytarłam je sobie w buzię i kamizelkę. Mama nie była zadowolona. Ten incydent przyspieszył naszą dalszą wyprawę. Nie udało nam się wszystkiego zobaczyć dlatego na wiosnę tam jeszcze wrócimy.
Odwiedziny prababć były bardzo krótkie, ale bardzo miłe. Spieszyło nam się do Rudnika gdzie zawieźliśmy "moje" kochane łóżeczko. Niedługo urodzi się tam dzidzia. Ciocia Jajo podobno ma ją w brzuchu, ale mi się wydaje że ona połknęła wielki balon... Wreszcie mogłam sobie poganiać do woli po ogrodzie, a wieczorem załapałam się na ognicho. To chyba ostatnie w tym roku. Pogoda z dnia na dzień się pogarszała. Wiatr przywiewał coraz to cięższe chmury. Gdy dotarliśmy do Krakowa to padało prawie bez przerwy. Udało mi się tylko dwa razy wyprowadzić moją Pibę na spacer. Do babci i cioci to już tęsknie. Bardzo nie podobało mi się, gdy wychodziły z domu np. do pracy. Łzy same się cisnęły do oczek.
Po powrocie do domu przyszedł atak zimy i ciągle siedzimy w domu. Nie bardzo mi to pasuje :(.
Poza tym, mam nową ulubioną piosenkę "Zuzia nana duzia..." i wymyśliłam nowy krok taneczny (pół obrotu, przysiad, półobrotu, przysiad, i tak w kółko). Rodzice usilnie namawiają mnie, żebym korzystała z nocnika. Przedtem wołałam "sii", ale odkąd tatuń wrócił z pracy to mi się nie chce wołać. Teraz gdy chce mi się kupę to czasem zawołam "qpa", ale gdy oni biegną po nocnik to ja im uciekam. Fajna zabawa. Dziś pierwszy raz udało mi się załatwić na takim prawdziwym kibelku. Ku radości wszystkich powtarzam nowe słowa np. "jesz"- jeż, jeść, "psi" - pepsi, pupa, "goja" - golas, "chapu chapu" - "chlapu chlapu" (tak wołam gdy idę się kapać, ale to już od dawna).
Już wiem co to znaczy Maja, to jest moje imię. Gdy mówię to czasami wychodzi Maja, ale częściej AJA. Umiem też literować swoje imię "A J A" (to mnie nauczyła mamusia, bo ja lubię ją naśladować więc kiedyś mi pokazała jak to się pisze). Już nie mówię "maa" tylko "nie ma" lub "ni ma" do tego rozkładam rączki :). Jestem bardzo stanowcza gdy mówię "nie", choć jeśli chodzi o jedzenie to łatwo mnie przekonać do zmiany zdania. Trochę próbuję wychować tych moich rodziców, ale z różnym skutkiem (czasem uda im się wygrać). Mam tajną broń - płacz, ale oni są coraz bardziej odporni. Nie lubią gdy wchodzę na meble i piję wodę w kąpieli, ciągle mnie upominają. Gdy coś mi upadnie (np. ziarnko ryżu) mówię "ojej" lub "ojoj jojo" (do tego czasem złapię się za głowę). Polubiłam oglądać bajki, ale nie za długo. Gdy wołam "Ajoo" mama wie, że chcę oglądać krecika. Z teletubisiów najbardziej lubię PO. Kocham moje misie i moją lalę, którą wożę w moim wózeczku (ja jestem do niego za duża). Dbam o tego mojego dzidziunia, całuję go i tulę (tylko czasami mi wypada z rąk). To tak w skrócie co potrafię, a z każdym dniem umiem więcej i więcej...
środa, 14 października 2009
APEL
Dziś będzie mały apel na prośbę mamy. Miałam już to napisać tydzień temu, ale rodzice zabrali mnie z domu i nie miałam dostępu do komputera. Miałam zacząć tak "Zbliża się zima...", a muszę zacząć tak:
Zima przyszła nieco wcześniej niż byśmy chcieli. Mam nadzieję, że u wszystkich już grzeją i już macie ciepło w swoich domkach. Może warto pomyśleć też o czworonogach, które nie mają takich ciepłych kanap jak Piba. Może macie w domach jakieś stare, nieużywane koce, kołdry czy ręczniki?? Jeśli tak to zajmują one niepotrzebnie miejsce. Propozycja jest taka:
/Opcja druga nie dotyczy cioci Ani i wujka Grześka, których wywiało za daleko i odwiedzimy ich pewnie na wiosnę ;)/
Podaję jeszcze link do schroniska w Krakowie. Tam znajdziecie więcej informacji o tym miejscu o tym co się tam może przydać. Dziękuje wszystkim, że poświęcili chwilkę na przeczytanie tego POSTA.
Zima przyszła nieco wcześniej niż byśmy chcieli. Mam nadzieję, że u wszystkich już grzeją i już macie ciepło w swoich domkach. Może warto pomyśleć też o czworonogach, które nie mają takich ciepłych kanap jak Piba. Może macie w domach jakieś stare, nieużywane koce, kołdry czy ręczniki?? Jeśli tak to zajmują one niepotrzebnie miejsce. Propozycja jest taka:
- Zawieźcie je do schroniska dla bezdomnych zwierząt.
- Jeśli nie macie czasu, lub nie macie w pobliżu takiego miejsca to dajcie znać moim rodzicom. Oni przy kolejnych odwiedzinach wezmą te rzeczy od WAS i zawiozą pieskom i kotkom. (przynajmniej się postarają)
/Opcja druga nie dotyczy cioci Ani i wujka Grześka, których wywiało za daleko i odwiedzimy ich pewnie na wiosnę ;)/
Podaję jeszcze link do schroniska w Krakowie. Tam znajdziecie więcej informacji o tym miejscu o tym co się tam może przydać. Dziękuje wszystkim, że poświęcili chwilkę na przeczytanie tego POSTA.
środa, 7 października 2009
Jesienne spacerowanie
Tatuń w końcu przyjechał. Bardzo się ucieszyłam na jego widok. Teraz muszę dobrze pilnować moich rodziców, bo najfajniej jest jak jesteśmy wszyscy razem. Ostatnio poszli do kina, a ja zostałam z babcią Anią. Fajnie się bawiłyśmy, ale w nocy miałam złe sny.
Z tatusiem chodzimy na fajniejsze spacery niż z mamą. Bo jak jesteśmy same to zawsze idziemy w te same miejsca, a jak jest tatuń to zabiera nas w nowe. Ostatnio byliśmy w Świerklańcu. Tam jest taki duży park, a w nim stoi mały pałacyk. Bardzo dużo chodziłam tam na nóżkach i byłam trochę zmęczona. Okazało się, że rodzice bardziej się zmęczyli tym spacerkiem.
Poza tym mama trochę marudzi bo odkąd przyjechał tatuń to przestałam wołać "siiiku" na nocnik. Chyba trochę przesadza bo rano zawsze wołam, a w ciągu dnia po prostu nie mam na to czasu. Przestań się już mama martwić...
Dziadek Marek zamontował mi huśtawko-skoczka i od dwóch dni chcę tylko "hu hu" i husiam też lale i misie. Z resztą na dworze (jak mówią w Częstochowie) zrobiło się już chłodno. Coraz częściej pada deszczyk ("tap tap") i tworzą się kałuże ("buda") więc więcej siedzimy w domku. Chociaż według planu rodziców jutro wyruszamy w trasę...
Subskrybuj:
Posty (Atom)