piątek, 2 stycznia 2015

Pierwsze spotkanie


FOTY
Po Świętach pozostało tylko piękne wspomnienie i...
Pierwszego dnia świąt udaliśmy się do Krakowa. To była wyjątkowa wizyta, bo w końcu poznałyśmy Kornelię. Musiałyśmy na to długo czekać, bo nasza malutka kuzynka miała już ponad miesiąc (teraz ma ponad 1,5). Mama nas przygotowywała na to spotkanie, dawała nam mnóstwo rad (co można, a czego nie można). Lena miała ambitne plany, że nauczy ją chodzić i będzie ją nosić. Nie dawała wiary słowom mamy i dopiero gdy poznała Kornelcie uwierzyła, że swoje plany musi przełożyć na później. Malutka lubi być noszona na rękach, a jeszcze większą radość sprawia jej gdy "coś" spałaszuje (znaczy mleko). Dokucza jej czasami brzuszek wtedy krzyczy i płacze. Ostateczną ulgę przynosi jej kupka. Dziwne, że wszyscy dorośli czekają na tą kupkę jak na zbawienie i bardzo się z niej cieszą. Jakoś jak Lena woła "mamo zlobiłam kupę!!" to mama stęka i mówi "już idę, ale mogłabyś się już nauczyć...". Gdy Kori jest najedzona i nie męczy jej brzuszek to śpi albo próbuje już coś gadać. Ślicznie się uśmiecha, co wszystkich dorosłych rozczula. Lenka, ja i Małinka czasami zaglądałyśmy do małej, ale bez przesady. U babci mamy większą labę więc korzystałyśmy z komputera i bawiłyśmy się naszymi nowymi zabawkami.Wśród prezentów znalazłyśmy grę MONOPOL, która zachwyciła dorosłych. Spędzili dwa kolejne wieczory stając się milionerami, a później bankrutowali ku radości swych rywali. Aurę świąteczną uwieńczył padający śnieg. Kraków zrobił się biały, a i nawet temperatura przypomniała że z zimą nie ma żartów. Udaliśmy się na spacery do centrum miasta. Oglądaliśmy kiermasz świąteczny, choinkę na krakowskim rynku i zawitaliśmy w Pałacu Krzysztofory. Co roku można tam oglądać wystawę szopek krakowskich. Zwyczaj (szopek krakowskich, a konkurs z 6 letnią przerwą odbywa się od 1937r) ten wykształcił się w XIX w., a w okresach I i II wojny światowej zamierał. Szopki krakowskie są kolorowe, błyszczące i przypominają małe zamki, a nie szopkę w której urodził się pan Jezus. Oglądałyśmy te świecące i ruchome budowle z zapartym tchem. Najbardziej nas rozbawił latający skoczek narciarski wokół Wieży Mariackiej. Gdy już zbliżaliśmy się do końca wystawy, mama zapytała:
- Lenko podobały Ci się szopki?
- Mamo, ale ja nie widziałam żadnych szopków - odpowiedziła z wielkim smutkiem, ku zdziwieniu mamy.
- Jak to? Te wszystkie kolorowe budowle to są szopki krakowskie.
- Mamo szopki to małe szopy.
Lenie podobała się wystawa, ale myślała że spotka małe futrzane zwierzaczki. Mróz nie pozwolił nam na kontynuację spaceru. Innego dnia pojechaliśmy zobaczyć szopkę w kościele Bernardynów. Odwiedziny tego miejsca stały się już naszą tradycją. Nie zmienia to faktu, że co roku nie możemy się odkleić od tego pięknego, ruchomego obrazka. Nawet rodzice stoją zawsze i są po wielkim wrażeniem ruchomych figurek i pokazują sobie wzajemnie "nowe" odkrycia (drwal rąbiący drzewo, rybacy cerujący sieci rybackie, kobieta ugniatająca ciasto, mężczyzna wyciągający wodę ze studni
i dużo, dużo innych). Te kilka dni zleciało nam szybko... za szybko. Wcale nie chciałyśmy jechać do domu i we łzach żegnałyśmy Kraków. 
Noc Sylwestrową spędziliśmy w naszym mieście, u mojej koleżanki Lilii. Bawiłyśmy się, tańczyłyśmy, a o północy podziwialiśmy sztuczne ognie i wróciliśmy do domu. 
Z Nowym Rokiem przyszła odwilż, ale mimo to udało nam się z mamą rozpocząć sezon łyżwiarski.
 
PS. Podczas pobytu w Krakowie Lena udała się z rodzicami w odwiedziny do Aleksandra. Podobno lubi te same rzeczy co Kornelcia. Dodatkowo oboje są melomanami, a Aleksander chyba postanowił być śpiewakiem operowym, bo trenuje codziennie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz