niedziela, 24 kwietnia 2016

"Zróbmy coś bo oszaleję" cz.1

  Miesiąc temu byliśmy tak "zasiedzeni" w domu, że nie miałam o czym pisać. Teraz działo się tyle, że nie było czasu na obowiązki domowe, a już nie wspomnę o siedzeniu przy komputerze. No, ale dziś się uda. Tatę wysłałyśmy do pracy, mamę przeziębiłyśmy na placu zabaw i tym sposobem załatwiłyśmy nam spokojny weekend w domu (nie licząc krótkich spacerów). 
   Teraz kolej na miłe wspomnienia, to co lubię najbardziej :). Mama ma tak, że ją czasami nosi. Ona lubi być w domu, ale jak siedzi za długo to ją zaczyna wszystko wkurzać. Ostatnio tak się składało, że albo ktoś z nas był chory (łącznie z niechorującą mamą), albo auto u mechanika, tata w pracy lub po prostu paskudna pogoda. W końcu nadszedł weekend gdy kilka tych czynników sprzyjało, żeby jakoś fajnie spędzić czas. Tylko prognoza pogody dla większości Polski głosiła: OPADY DESZCZU!!! Mama była zdesperowana i powiedziała, że ona oszaleje jeśli gdzieś nie pojedziemy i nie zrobimy czegoś superanckiego. Tata uwielbia spełniać jej zachcianki i zorganizował weekend we Wrocławiu. Już tam kiedyś byliśmy i szukałyśmy krasnoludków, ale jeszcze wiele ciekawych miejsc zostało nam do odkrycia. 
   W sobotę rano wystartowaliśmy w strugach deszczu licząc, że prognozy pogody się nie sprawdzą. Pierwszym punktem naszego weekendowego programu było Afrykarium. Gdy byliśmy w ZOO poprzednim razem dopiero go budowano. Teraz udało nam się je zwiedzić bez kolejek i bez dzikiego tłumu gapiów. 
Cieszyliśmy się rybkami, pingwinkami, płaszczkami, hipopotamami, kotkikami afrykańskimi (czyli uchatkami), manatami, krokodylem, żółwiem. Rodzice przed każdą szybą stali i z otwartymi buziami oglądali ten podwodny świat. My im te buzie zamykałyśmy okrzykami: " No chodźcie dalej!!" "teraz tam!!"" No szybciej, ile można...". Na mnie i Lenie największe wrażenie zrobiły płaszczki i rekiny. Mama zachwycona była olbrzymim żółwiem, wodospadem przy zbiorniku z hipopotamami, ruchliwymi i wesołymi pingwinkami. Tata zachwycał się wszystkim od strony technicznej i próbował robić zdjęcia. Jest tam taki tunel, gdzie otaczała nas woda z trzech stron. Nad nami pływały płaszczki, rybki, żółwie...Co tu dużo gadać wszystkim podobało się wszystko... Na koniec wędrówki dostałyśmy po maskotce na pamiątkę, chociaż mama nieraz się zarzekała "już nigdy nie kupimy żadnych miśków, nie ma gdzie tego trzymać...". Miło było tak razem oglądać, nikt nie marudził, wszyscy byli zadowoleni, a gdy wyszliśmy z afrykarium przestało padać i udało nam się pospacerować po ZOO. Na popołudnie tata zakupił bilety do Teatru Lalek na spektakl "Po sznurku". Sztuka "inna" niż zawsze, może dlatego że przeznaczona dla starszych dzieci. Dla mnie i Leny nieco nielogiczna, ale przez absurdalność wypowiadanych kwestii wywołująca salwy śmiechu:
Aktorka: Boję się mydła.
Lena: Mamo, ona powiedziała, że boi się mydła!! - wykrzykiwała śmiejąc się Lena
A: Boję się prysznica.
L: Ona boi się....
Sztuka opowiadała o świecie ludzi "innych", przez chorobę (np. dauna) patrzących inaczej na świat niż my. Za wyobraźnią głównego bohatera ciężko było nadążyć. Śmiałyśmy się całe przedstawienie, ale gdy padło pytanie rodziców o czym było, to nie umiałyśmy odpowiedzieć. Gdy próbowałyśmy opowiedzieć o czym aktorzy mówili to nic się nie trzymało tzw. kupy. Rodzice mówią, że to było o niezwykłej wyobraźni, która potrafi stworzyć niesamowite historie. Po takiej dużej dawce pożywienia dla duszy, poszliśmy ucieszyć nasze podniebienia. Na kolację dostałyśmy wielką porcję lodów. Niesamowicie się złożyło, bo tego dnia były moje imieniny. W kroplach deszczu wróciliśmy późnym wieczorem do naszego hostelu. Rodzice szybko zasnęli, chyba ich zmęczyła ta dawka atrakcji. W niedzielę aura nie była łaskawsza, ale to nic, bo tym razem udaliśmy się do aquaparku. Gdy przyszyliśmy było znośnie (chodzi o ilość ludzi), ale kolejki ( i pchające się dzieci) do zjeżdżalni skutecznie mnie zniechęciły do tych atrakcji. Co do zadowolenia z tego punktu programu zdania były najbardziej podzielone, ale nam, dzieciom, bardzo się podobało. Głodni, zmęczeni udaliśmy się do centrum miasta w poszukiwaniu żywności. Miały być pyszne naleśniki, ale kolejka z lokalu wychodziła na ulicę. Udaliśmy się na burgery, ale takie prawdziwe. Tata się śmiał, że bułka była wielkości głowy Leny. Próbowaliśmy je jeść zgodnie z instrukcją, ale ciężko nam to szło. Wszystko wypadało i kapało... Mama ledwie zjadła (myślała, że pęknie), ja śmiało mogłam iść na deser z naleśników, a tata dojadł resztkę za Lenę. Rodzice byli w szoku, że tyle wciągnęłyśmy i że mi było mało. Najedzeni, zadowoleni, w lekkiej mżawce ruszyliśmy szukać krasnali. Idąc w góry mamy taką zabawę, że szukamy szlaku i krzyczymy "zaplute zamazane". Teraz szukałyśmy krasnali:
Lena: No nie, ja nie mam żadnego krasnala. Wszystkie są Mai.
Na koniec tego zdania kapały wielkie łzy. Powiem, że chętnie wsiedliśmy do ciepłego, suchego autka i wróciliśmy do domu.
  Tu wychodzimy spod wody. Po lewej widać pupy hipopotamów.



 Ryby mają bardzo zabawne miny.

 Co mówią nasze miny:
Ja- No pośpiesz się, ja też chcę zrobić zdjęcie.
Lena: Czy już mam się uśmiechnąć.
Mama: Szybko bo Lena wcale nie jest taka lekka...








 Okapi: zebra, żyrafa, koń...

 We Wrocławckim Zoo powstało też Odrarium. Można tam zobaczyć jakie rybeńki żyją w Odrze.




sobota, 26 marca 2016

Wesołego Arreruja!!!

Minął prawie miesiąc od ostatniego wpisu, ale daję słowo nie mam czasu. Co gorsze nie bardzo jest o czym pisać. Oczywiście są sprawy ważne- codzienne... Była sprawa Juliana, który porwał moją SOWĘ i wrzucił ją do wiadra z brudną wodą. Zacznijmy od początku... Przeczytałyśmy z mamą Harrego Pottera, a on ma sowę Hedwigę. Książka bardzo mi się podobała, wzbudzała wiele emocji. Bałam się o głównych bohaterów:
- Boję się, co się stanie?
- Nie wiem, ale może nie czytajmy jak się boisz?- odpowiadała mama
- Czytaj, ale przecież ty wiesz.
- Już nie pamiętam, na pewno dobrze się skończy bo przecież jest dużo części.
- Czytaj!!
Koniec rozdziału:
- No jak tak można? Przerywać w takim momencie, czytaj dalej.
- Nie mam już siły, długie są te rozdziały.
- Czytaj, proszę czytaj...
Teraz czekam, aż mama kupi drugą część. Próbowałam pożyczyć w bibliotece, ale się nie udało. Także teraz wróciłam do mojego ulubionego autora Adama Bahdaja. Przyszła pora na "Kapelusz za 100 000". Uwielbiam zagadki, śledztwa, magię, zwierzęta i pluszaki. Gdy spotkałam w sklepie śnieżnobiałą sowę postanowiłam ją mieć. Musiałam odkładać na nią pieniążki (z kieszonkowego, bo wszystkie oszczędności wydałam na klocki lego - je też uwielbiam) i udało się. Z dumą poszłam i sama sobie kupiłam sowę, którą nazwałam Hedwigą. Oczywiście wszędzie z nią chodziłam, aż pewnego dnia Julian z mojej klasy porwał ją. Śnieżna sowa po kąpieli w ohydnej wodzie zrobiła się brudna, śmierdząca i miała naderwany ogonek. Bardzo zasmuciło mnie to wydarzenie, na szczęście udało się ją odratować.

Lena w ostatnich tygodniach popadła w skrajność i nadużywa litery R i mówi "rarka",  "ratarka", "rub", "roreta"...  Okazało się też, że umie czytać krótkie wyrazy. Idziemy sobie, a ona:
- H-O-T-E-L, mamo tu jest hotel! - zdarza jej się używać litery L.
Ja natomiast zaczytuję się w kawałach, a później opowiadam je bez końca moim rodzicom.
- Wiecie jak nazywa się opiekun strusia??
- ANIOŁ STRUŚ!!

Teraz mamy Święta Wielkanocne i spędzamy je w Krakowie. Tradycji stało się zadość i jedna z nas się rozchorowała, zmieniając ambitne plany rodziców. Mama prowadzi takie obserwacje, że jak przyjeżdżamy do Krakowa, albo są jakieś Święta to jedno z naszej czwórki (lub więcej) choruje. Tym razem padło na mnie. "Niestety" nie mogłam pójść święcić koszyczka. Reprezentowała nas Lena i rodzice. Poszli z malutkim koszyczkiem do Katedry na Wawelu. Ku ich zdziwieniu ksiądz tam święci expresowo. Gdy przyszli, akuratnie skończyła się jedna tura. Nasz koszyczek stał samotnie na wielkim stole. W oczekiwaniu na innych mama i Lena poszły oglądać groby królów:
L: Tu nie ma żadnego zwierza, chodźmy szukać gdzie indziej.
Lenkę zainteresowały posągi lwów, a najbardziej pieska leżącego u stóp królowej Jadwigi. Gdy wróciły do koszyczka, on nadal stał samotny. Ksiądz postanowił go poświęcić bez towarzystwa innych koszyczków... Najpierw wypytał Lenkę, kto piekł, kto gotował jajka. Powiedzmy, że powiedziała prawdę... To była expresowa święconka w istnie szalonej aurze (deszcz, słońce, deszcz).

Wesołych Świąt!!

poniedziałek, 29 lutego 2016

O feriach i cała prawda o tym skąd się biorą małe króliki.

Ferie zimowe kojarzą się ze śniegiem, sankami, nartami, bałwanami, łyżwami. Niestety w tym roku śniegu podczas ferii nie widziałyśmy. Przepraszam, raz spadł śnieg i niektóre dzieci miały to szczęście, że pod osłoną nocy ulepiły bałwana. Rano ze śniegu nie wiele zostało. Ja zamiast łyżew śmigałam na rolkach razem z moją kuzynką Malwiną. Pierwszy tydzień ferii spędziłam właśnie z nią. Robiłyśmy co tylko chciałyśmy, nikt nam nic nie kazał. Mogłyśmy oglądać TV, jeździć i bawić się... Pewnie myślicie, że siedziałyśmy tylko przed bajkami, a właśnie że nie. W ruch poszły rolki i wyobraźnia, bajek też trochę było. Drugi tydzień spędziłam w klubie naszej spółdzielni. Byliśmy w muzeum chleba w Radzionkowie, w aquaparku w Tarnowskich Górach, w kinie, mieliśmy warsztaty fotograficzne (oglądaliśmy ciemnie i aparaty), były również podchody w lasku Aniołowskim, rozgrywki sportowe. Mama trochę się obawiała o to jak ja sobie poradzę pierwszego dnia- miał być wyjazd autokarem na cały dzień, w tym basen. Nikogo tam nie znałam, ale ja szybko znalazłam sobie koleżanki i się świetnie bawiłam. Lenka w tym czasie chodziła do swojego przedszkola. Niestety nie była z tego zadowolona ponieważ nie chodzili jej najwięksi przyjaciele Julka i Dawid. W drugim tygodniu nie chciała mamy wpuścić z przedszkola, nawet jej łezki kapały. Po feriach w niedziele wieczorem oświadczyła:
- Mamo, ja chcę zrezygnować z przedszkola.
Ja podczas tych dwóch tygodni odkryłam pewną ważną rzecz. Czasami nie warto pytać o pozwolenie, jak się wie, że mama powie "NIE". Najlepiej wyczekać moment gdy jest zajęta i wtedy działać. Można wtedy stworzyć mikstury: pachnące, mocno cuchnące i takie ozdobne coś (woda brokat i coś co pływa w wodzie). Można nauczyć się robić kakao bezmlecznego- bo Lenka przecież nie powinna pić mleka lub tworzyć różne desery. Dlaczego mama by powiedziała "NIE"? Bo przy tych eksperymentach może dojść do niekontrolowanej katastrofy. Zresztą jak mama patrzy na ręce to nie ma takiej frajdy.  Ostatnio przygotowałyśmy dla mamy super przyjęcie. Ja zrobiłam sałatkę (sałata, pomidor, ser biały, cebula), Lena obrała mandarynkę, do tego paluszki i czekolada. Nakryłyśmy mały stolik niebieską chustą, a same pomalowałyśmy się kosmetykami mamy (podkreśliłyśmy sobie brwi czarną kredką, usta dość mocną szminką i delikatnie użyłyśmy cieni do oczu- na całej twarzy). Mama była wzruszona...

 Od dwóch dni bawimy się zapachami. Niestety te eksperymenty mama szybko wyczuwa. Zaczęłam również uczyć się biologii. Moja koleżanka miała królika- dziewczynkę, a teraz rodzice kupili królika- chłopaka. Wszystko po to żeby były małe króliczki. Koleżanka mi wyjaśniła, że jak chłopak- królik masuje brzuch królika- dziewczynki to wtedy ona zachodzi w ciążę. Koleżanka oświadczyła:
- Zrobię wszystko, żeby Amelka zaszła w ciążę.
No to chyba ona się zna??  Mama nie zgadza się z tą teorią...

sobota, 13 lutego 2016

Wiwat Babciu, wiwat Dziadku!!






Po balu karnawałowym przyszła pora na występy z okazji Dnia Babci i Dziadka. W szkole już nie robimy takich występów, za to Lenka zaprosiła wszystkich na uroczystość do przedszkola. Przyszła babcia Ania i dziadek Marek i nawet babci Krysi z Krakowa udało się przyjechać. To było pierwsze przedstawienie gdzie Lena miała swoją krótką kwestię do powiedzenia. Wyszło jej to świetnie, no i miała jeszcze bardzo ważną rolę... Na koniec jednego z tańców weszła na środek sali i puściła 5 białych balonów, które były wypełnione helem. Trzeba przyznać grupie Żabek, że bardzo się starali i mimo tremy świetnie sobie poradzili. Muszę również tu napomknąć o  wyprawie do Krakowa. Rodzice zabrali nas tam na "Kraina Lodu Disneya - film z muzyką na żywo" w TAURON Arenie Kraków. Było to niezwykłe wydarzenie dla nas. Po przedszkolu i szkole pojechaliśmy do Krakowa. Lena cieszyła się na ten dzień cały tydzień gdy dotarłyśmy do babci oświadczyła:
- Ja z wami nie idę, zostaję u babci.
Rodzice zaniemówili na 3 minuty, a później zaczęli zachęcać swoją młodszą córkę do wyjścia. Na co Lena:
- No przecież wszystko mi opowiecie, przecież można opowiadać.
 
Udało się Lenisławę przekonać, ale trochę opóźniło to nasze wyjście i w drodze do Tauron Areny napotkaliśmy korki. Mama odetchnęła z ulgą widząc tłumy biegnących Elz (bohaterka bajki) i normalnie ubranych dzieci w stronę okrągłej hali widowiskowej, na której wyświetlała się reklama całego wydarzenia. Ustawiłyśmy się w długiej kolejce do wejścia, a gdy w końcu zasiadłyśmy na trybunach mama odsapnęła. Byłyśmy tam pierwszy raz i miejsce to zrobiło na nas duże wrażenie. Duży ekran miałyśmy po prawej stronie, a pod nim stało dużo krzesełek które zajęła orkiestra. Po raz kolejny miałyśmy okazję oglądnąć naszą ulubioną bajkę. Grająca Orkiestra Akademii Beethovenowskiej, śpiewający Chór Polskiego Radia   no i wykonawcy piosenek śpiewający na żywo: Czesław Mozil, Katarzyna Łaska, Magdalena Wasylik i Marcin Jajkiewicz
zrobiły ogromne wrażenie na wszystkich dzieciach i ich rodzicach. Bardzo nam się podobało, Lena też była szczęśliwa że jednak z nami poszła.


Mama bardzo chciała zrobić nam zdjęcie w trójkę. Najpierw Lena oświadczyła, że ona nie lubi zdjęć i sobie nie zrobi. Jak w końcu mama ją przekonała to Kornelka stwierdziła, że ona nie chce:


 


Przed nami ferie zimowe. W tym roku mama miała pierwszy raz problem co ze mną zrobić podczas zimowej przerwy. Przecież ona ma swoje obowiązki, tata też musi wyjechać. Lena będzie chodzić do przedszkola, a dla mnie trzeba było szukać jakiegoś miejsca gdzie będę miała opiekę. No, a z innej beczki gdzie jest zima?? gdzie jest śnieg??

Na koniec pochwalę mamę. Mama kiedyś napisała dla nas książkę, która bardzo nam się podobała. Bo my (zwłaszcza ja, Maja) lubimy jak nam mama czyta różne książki, wierszyki. Mamie udało się wydać tę książkę i podczas pobytu w Krakowie odebrała ją. Nosi tytuł "Niezwykłe przygody Mai", ale ona nie jest o mnie. Jest o dziewczynce, może trochę podobnej do mnie, no i ma takie imię jak ja. Do tekstu mamy pani Katarzyna Kurdziel zrobiła piękne ilustracje.





PS. Lena ma 4,5 roku i ku swej radości (bo w przedszkolu jej przyjaciele mają to za sobą) powiedziała "R". Nie zawsze jej to wychodzi, ale wszyscy ją tu dopingujemy :).

niedziela, 24 stycznia 2016

Karnawał


Ale czas leci i znowu tak mało go między szkołą, zajęciami, balami, spacerami- tych ostatnio za mało. Chodzimy niewyspane i tylko czekamy na sobotę, żeby odespać te przepełnione zadaniami dni. W tamtym tygodniu odbyły się w przedszkolu i szkole bale karnawałowe. Lena wróciła tego dnia do domu w rytmach "Jesteś szalona". Nasz bal szkolny odbył się na dużej sali gimnastycznej. Bawiły się klasy 0- 3, panie nauczycielki, a całą zabawą dowodził prawdziwy DJ. Na sali szybko zrobiło się gorąco i wesoło. Istne szaleństwo! Zabrałam na imprezę Lene, bo w mojej klasie jest troje dzieci (oprócz mnie), które ma rodzeństwo w grupie Leny. Także na sali bawiły się jeszcze przedszkolaki. Lena szalała przez pierwsze 10 min, a potem stwierdziła że za głośno i bawiła się ze swoim kumplem Dawidem w sali lekcyjnej. Podczas tego spotkania, bo niektórzy rodzice postanowili zostać na ploty wyszło na jaw, że trochę marzniemy. Nasza sala jest na końcu skrzydła budynku i z 3 stron nieobudowana. Podczas ostatnich mrozów niektóre dzieci i pani siedziały w kurtkach, rękawiczkach. Co do samej sali to mamy bardzo fajnie wyposażoną (aczkolwiek My nie mamy jeszcze tablicy interaktywnej, a niektórzy już mają). Mamy dywan i miejsce żeby się trochę pobawić, poruszać- a jak jest tak zimno to fajnie poskakać. Mamy kącik książek, całe pudło klocków LEGO, teatrzyk. Jak dobrze pracujemy pani Monika daje nam czas wolny, możemy wtedy pobudować, pobawić się. Bal udał się wyśmienicie i do domu dotarliśmy dopiero przed 20 (a wyszłyśmy o 7- to dlatego Lenka chodziła nie wyspana). 

Kilka zdjęć ze spaceru po JURZE:






Teraz przenosimy się nad morze do taty:





środa, 6 stycznia 2016

Pierwszy wpis w 2016

Oj, ciężko po Świętach zabrać się do opisania wszystkiego co się działo w tej długiej przerwie. Po pierwsze, bo jak się okazuje to ważna informacja (dla tych co mają krótką pamięć) wigilię 2015 spędziliśmy w Częstochowie u babci Ani i dziadka Marka. Byli też nasi kuzyni z rodzicami i ciocia Ania. Kolacja odbyła się tradycyjnie. Była modlitwa (co za szczęście, że ją znałam i nie chowałam się ze wstydu jak Lena pod stół), były życzenia przy opłatku- żeby się nie rozgadywać dzieci składały wszystkim "naj, naj", później była długa degustacja 12 potraw. Każdy, oprócz Leny, chociaż spróbował świątecznych potraw. Tradycyjnie wszystkie dzieci spoglądały z utęsknieniem w stronę choinki i prezentów, które się pod nią znajdowały. Co parę minut, z różnych ust padało ważne pytanie "kiedy będziemy mogli otworzyć prezenty?". Takie mam nieśmiałe przemyślenie, że chyba lepiej czekać na ten prezent, niespodziankę. Bo jak się już go ma i otworzy to już jest tak jakby koniec. W przypadku Leny i moim prezentom w tym roku nie było końca. Wszystko dlatego, że pierwszego dnia Świąt pojechaliśmy w odwiedziny do Stalowej Woli. Odwiedziliśmy tam ciocie i wujków, prababcie i pradziadków i pod każdą choinką czekał na nas jakiś drobiazg. Mama się tylko bała, żeby nam się w głowach nie poprzewracało. Zostawię to bez komentarza. Bardzo miło było wszystkich spotkać, pobyć chociaż przez chwilę... Najbardziej zmieniły się Iga i Kornelka. Obie dziewczynki już same spacerują i niewątpliwie są w centrum zainteresowania wszystkich. Tata chciał nam zrobić na pożegnanie zdjęcie pod choinką. Jak się okazało było to bardzo trudne zadanie. Najpierw Lena się obraziła, Kornelka się rozpłakała, a w między czasie Iga uciekła. Pod choinką zostałam sama ze skawaszoną miną.



Po kilku dniach wiosennej pogody (bo temp sięgała nawet 15 stopni i często świeciło słonko) zabraliśmy babcię Krysię i pojechaliśmy do Krakowa. Plany były ambitne, żeby aktywnie spędzać te dni (chociaż aktywność i krakowski smog nie idą w parze). Niestety jak to zwykle bywa z planami ( zwłaszcza mamy) trzeba było je zmienić. Tata się rozchorował i został do Sylwestra uziemiony w domu. Mama i babcia Krysia zabrały Lenkę, Kornelkę i mnie na wystawę "Modna i już... w PRL". Myślę, że wszystkim się podobała. Ja i Lenka wybierałyśmy kreacje, które nam się najbardziej podobały, a Kornelka była zachwycona że może biegać i chodzić po schodach. Minus był taki, że nagle zima sobie przypomniała że już czas na temperaturę na MINUSIE. To trochę utrudniało aktywność na świeżym powietrzu, ale rodzice nie pozwolili nam na siedzenie w domu. Na wystawę szopek krakowskich miał nas zabrać dziadek Janusz, ale chyba nie chciał bo złamał sobie rękę (na lodowisku). Tym sposobem na szopki wzięłyśmy tatę jak się lepiej poczuł. Muszę powiedzieć, że autorzy tych dzieł muszą mieć anielską cierpliwość i szaloną wyobraźnię. W jednej szopce został uwieczniony nawet SMOG krakowski. Lena przed każdą szopką stała jak zaczarowana i trzeba było ją czasami szturchać żeby szła oglądać następną. Ze zdrowym tata wybraliśmy się również na łyżwy, na kryte lodowsiko. Ma ono spore zalety: jest duże i ma dach. Niestety koszt 1,5 godziny szaleństwa 4 osobowej rodzinki (nie w pełni wyposażonej sprzęt łyżwiarski) jest dość spory (69 zł). W Częstochowie na mniejszym lodowisku, odkrytym za 1 godzinę płacimy ok. 15zł. Teraz będzie mniej bo Lenka dostała swoje własne łyżwy. W moim długim opowiadaniu zabrakło części
o Sylwestrze. Rodzice z powodu choroby taty musieli zostać w domu z nami i z babcią. My z Lenusią tak się wygłupiałyśmy, biłyśmy, szalałyśmy, że ze zmęczenia padłyśmy po 23. Nie widziałyśmy nawet sztucznych ogni. Obładowani podarunkami 3 stycznia wróciliśmy do Częstochowy. Jutro czas wrócić do szkoły, ale ja chyba teraz sobie pochoruję...?

Na koniec kilka fotografii ze spacerów po Krakowie...