niedziela, 24 kwietnia 2016

"Zróbmy coś bo oszaleję" cz.1

  Miesiąc temu byliśmy tak "zasiedzeni" w domu, że nie miałam o czym pisać. Teraz działo się tyle, że nie było czasu na obowiązki domowe, a już nie wspomnę o siedzeniu przy komputerze. No, ale dziś się uda. Tatę wysłałyśmy do pracy, mamę przeziębiłyśmy na placu zabaw i tym sposobem załatwiłyśmy nam spokojny weekend w domu (nie licząc krótkich spacerów). 
   Teraz kolej na miłe wspomnienia, to co lubię najbardziej :). Mama ma tak, że ją czasami nosi. Ona lubi być w domu, ale jak siedzi za długo to ją zaczyna wszystko wkurzać. Ostatnio tak się składało, że albo ktoś z nas był chory (łącznie z niechorującą mamą), albo auto u mechanika, tata w pracy lub po prostu paskudna pogoda. W końcu nadszedł weekend gdy kilka tych czynników sprzyjało, żeby jakoś fajnie spędzić czas. Tylko prognoza pogody dla większości Polski głosiła: OPADY DESZCZU!!! Mama była zdesperowana i powiedziała, że ona oszaleje jeśli gdzieś nie pojedziemy i nie zrobimy czegoś superanckiego. Tata uwielbia spełniać jej zachcianki i zorganizował weekend we Wrocławiu. Już tam kiedyś byliśmy i szukałyśmy krasnoludków, ale jeszcze wiele ciekawych miejsc zostało nam do odkrycia. 
   W sobotę rano wystartowaliśmy w strugach deszczu licząc, że prognozy pogody się nie sprawdzą. Pierwszym punktem naszego weekendowego programu było Afrykarium. Gdy byliśmy w ZOO poprzednim razem dopiero go budowano. Teraz udało nam się je zwiedzić bez kolejek i bez dzikiego tłumu gapiów. 
Cieszyliśmy się rybkami, pingwinkami, płaszczkami, hipopotamami, kotkikami afrykańskimi (czyli uchatkami), manatami, krokodylem, żółwiem. Rodzice przed każdą szybą stali i z otwartymi buziami oglądali ten podwodny świat. My im te buzie zamykałyśmy okrzykami: " No chodźcie dalej!!" "teraz tam!!"" No szybciej, ile można...". Na mnie i Lenie największe wrażenie zrobiły płaszczki i rekiny. Mama zachwycona była olbrzymim żółwiem, wodospadem przy zbiorniku z hipopotamami, ruchliwymi i wesołymi pingwinkami. Tata zachwycał się wszystkim od strony technicznej i próbował robić zdjęcia. Jest tam taki tunel, gdzie otaczała nas woda z trzech stron. Nad nami pływały płaszczki, rybki, żółwie...Co tu dużo gadać wszystkim podobało się wszystko... Na koniec wędrówki dostałyśmy po maskotce na pamiątkę, chociaż mama nieraz się zarzekała "już nigdy nie kupimy żadnych miśków, nie ma gdzie tego trzymać...". Miło było tak razem oglądać, nikt nie marudził, wszyscy byli zadowoleni, a gdy wyszliśmy z afrykarium przestało padać i udało nam się pospacerować po ZOO. Na popołudnie tata zakupił bilety do Teatru Lalek na spektakl "Po sznurku". Sztuka "inna" niż zawsze, może dlatego że przeznaczona dla starszych dzieci. Dla mnie i Leny nieco nielogiczna, ale przez absurdalność wypowiadanych kwestii wywołująca salwy śmiechu:
Aktorka: Boję się mydła.
Lena: Mamo, ona powiedziała, że boi się mydła!! - wykrzykiwała śmiejąc się Lena
A: Boję się prysznica.
L: Ona boi się....
Sztuka opowiadała o świecie ludzi "innych", przez chorobę (np. dauna) patrzących inaczej na świat niż my. Za wyobraźnią głównego bohatera ciężko było nadążyć. Śmiałyśmy się całe przedstawienie, ale gdy padło pytanie rodziców o czym było, to nie umiałyśmy odpowiedzieć. Gdy próbowałyśmy opowiedzieć o czym aktorzy mówili to nic się nie trzymało tzw. kupy. Rodzice mówią, że to było o niezwykłej wyobraźni, która potrafi stworzyć niesamowite historie. Po takiej dużej dawce pożywienia dla duszy, poszliśmy ucieszyć nasze podniebienia. Na kolację dostałyśmy wielką porcję lodów. Niesamowicie się złożyło, bo tego dnia były moje imieniny. W kroplach deszczu wróciliśmy późnym wieczorem do naszego hostelu. Rodzice szybko zasnęli, chyba ich zmęczyła ta dawka atrakcji. W niedzielę aura nie była łaskawsza, ale to nic, bo tym razem udaliśmy się do aquaparku. Gdy przyszyliśmy było znośnie (chodzi o ilość ludzi), ale kolejki ( i pchające się dzieci) do zjeżdżalni skutecznie mnie zniechęciły do tych atrakcji. Co do zadowolenia z tego punktu programu zdania były najbardziej podzielone, ale nam, dzieciom, bardzo się podobało. Głodni, zmęczeni udaliśmy się do centrum miasta w poszukiwaniu żywności. Miały być pyszne naleśniki, ale kolejka z lokalu wychodziła na ulicę. Udaliśmy się na burgery, ale takie prawdziwe. Tata się śmiał, że bułka była wielkości głowy Leny. Próbowaliśmy je jeść zgodnie z instrukcją, ale ciężko nam to szło. Wszystko wypadało i kapało... Mama ledwie zjadła (myślała, że pęknie), ja śmiało mogłam iść na deser z naleśników, a tata dojadł resztkę za Lenę. Rodzice byli w szoku, że tyle wciągnęłyśmy i że mi było mało. Najedzeni, zadowoleni, w lekkiej mżawce ruszyliśmy szukać krasnali. Idąc w góry mamy taką zabawę, że szukamy szlaku i krzyczymy "zaplute zamazane". Teraz szukałyśmy krasnali:
Lena: No nie, ja nie mam żadnego krasnala. Wszystkie są Mai.
Na koniec tego zdania kapały wielkie łzy. Powiem, że chętnie wsiedliśmy do ciepłego, suchego autka i wróciliśmy do domu.
  Tu wychodzimy spod wody. Po lewej widać pupy hipopotamów.



 Ryby mają bardzo zabawne miny.

 Co mówią nasze miny:
Ja- No pośpiesz się, ja też chcę zrobić zdjęcie.
Lena: Czy już mam się uśmiechnąć.
Mama: Szybko bo Lena wcale nie jest taka lekka...








 Okapi: zebra, żyrafa, koń...

 We Wrocławckim Zoo powstało też Odrarium. Można tam zobaczyć jakie rybeńki żyją w Odrze.




2 komentarze:

  1. A kiedy będzie część druga i oczywiście następne. Cos sie Maju obijasz ostatnio...

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak się obijam, że nawet komentarza nie widziałam ;).

    OdpowiedzUsuń