Oj, ciężko po Świętach zabrać się do opisania wszystkiego co się działo w tej długiej przerwie. Po pierwsze, bo jak się okazuje to ważna informacja (dla tych co mają krótką pamięć) wigilię 2015 spędziliśmy w Częstochowie u babci Ani i dziadka Marka. Byli też nasi kuzyni z rodzicami i ciocia Ania. Kolacja odbyła się tradycyjnie. Była modlitwa (co za szczęście, że ją znałam i nie chowałam się ze wstydu jak Lena pod stół), były życzenia przy opłatku- żeby się nie rozgadywać dzieci składały wszystkim "naj, naj", później była długa degustacja 12 potraw. Każdy, oprócz Leny, chociaż spróbował świątecznych potraw. Tradycyjnie wszystkie dzieci spoglądały z utęsknieniem w stronę choinki i prezentów, które się pod nią znajdowały. Co parę minut, z różnych ust padało ważne pytanie "kiedy będziemy mogli otworzyć prezenty?". Takie mam nieśmiałe przemyślenie, że chyba lepiej czekać na ten prezent, niespodziankę. Bo jak się już go ma i otworzy to już jest tak jakby koniec. W przypadku Leny i moim prezentom w tym roku nie było końca. Wszystko dlatego, że pierwszego dnia Świąt pojechaliśmy w odwiedziny do Stalowej Woli. Odwiedziliśmy tam ciocie i wujków, prababcie i pradziadków i pod każdą choinką czekał na nas jakiś drobiazg. Mama się tylko bała, żeby nam się w głowach nie poprzewracało. Zostawię to bez komentarza. Bardzo miło było wszystkich spotkać, pobyć chociaż przez chwilę... Najbardziej zmieniły się Iga i Kornelka.
Obie dziewczynki już same spacerują i niewątpliwie są w centrum zainteresowania wszystkich. Tata chciał nam zrobić na pożegnanie zdjęcie pod choinką. Jak się okazało było to bardzo trudne zadanie. Najpierw Lena się obraziła, Kornelka się rozpłakała, a w między czasie Iga uciekła. Pod choinką zostałam sama ze skawaszoną miną.
Po kilku dniach wiosennej pogody (bo temp sięgała nawet 15 stopni i często świeciło słonko) zabraliśmy babcię Krysię i pojechaliśmy do Krakowa. Plany były ambitne, żeby aktywnie spędzać te dni (chociaż aktywność i krakowski smog nie idą w parze). Niestety jak to zwykle bywa z planami ( zwłaszcza mamy) trzeba było je zmienić. Tata się rozchorował i został do Sylwestra uziemiony w domu. Mama i babcia Krysia zabrały Lenkę, Kornelkę i mnie na wystawę "Modna i już... w PRL". 
Myślę, że wszystkim się podobała. Ja i Lenka wybierałyśmy kreacje, które nam się najbardziej podobały, a Kornelka była zachwycona że może biegać i chodzić po schodach. Minus był taki, że nagle zima sobie przypomniała że już czas na temperaturę na MINUSIE. To trochę utrudniało aktywność na świeżym powietrzu, ale rodzice nie pozwolili nam na siedzenie w domu. Na wystawę szopek
krakowskich miał nas zabrać dziadek Janusz, ale chyba nie chciał bo złamał sobie rękę (na lodowisku). Tym sposobem na szopki wzięłyśmy tatę jak się lepiej poczuł. Muszę powiedzieć, że autorzy tych dzieł muszą mieć anielską cierpliwość i szaloną wyobraźnię. W jednej szopce został uwieczniony nawet SMOG krakowski. Lena przed każdą szopką stała jak zaczarowana i trzeba było ją czasami szturchać żeby szła oglądać następną. Ze zdrowym tata wybraliśmy się również na łyżwy, na kryte lodowsiko. Ma ono spore zalety: jest duże i ma dach. Niestety koszt 1,5 godziny szaleństwa 4 osobowej rodzinki (nie w pełni wyposażonej sprzęt łyżwiarski) jest dość spory (69 zł). W Częstochowie na mniejszym lodowisku, odkrytym za 1 godzinę płacimy ok. 15zł. Teraz będzie mniej bo Lenka dostała swoje własne łyżwy. W moim długim opowiadaniu zabrakło częścio Sylwestrze. Rodzice
z powodu choroby taty musieli zostać w domu z nami i z babcią. My z Lenusią tak się wygłupiałyśmy, biłyśmy, szalałyśmy, że ze zmęczenia padłyśmy po 23. Nie widziałyśmy nawet sztucznych ogni. Obładowani podarunkami 3 stycznia wróciliśmy do Częstochowy. Jutro czas wrócić do szkoły, ale ja chyba teraz sobie pochoruję...?Na koniec kilka fotografii ze spacerów po Krakowie...







nono
OdpowiedzUsuń