niedziela, 19 października 2014

Co w domu piszczy

Za nami pierwsza, dłuższa, chorobowa nieobecność Lenki w przedszkolu. Wcale nie tęskniła za dziećmi, ani paniami. Chociaż codziennie bawiłyśmy się w przedszkole w domu. Przez 1,5 tygodnia pomagała nam babcia. Wszystko dlatego, że pani doktor kazała siedzieć mojej siostrze w domu. Gdy zwykłe syropki nie pomogły to zapisała jej antybiotyk, a ten szybko postawił ją na nogi. Z każdym dniem pobytu w domu Lenka utwierdzała się w przekonaniu, że jej dobrze tu z mamusią. Raz miała zostać z babcią, a mnie mama miała zaprowadzić w tym czasie na tańce. Wtedy Lenka się zbuntowała. Rzuciła się mamie na szyję i strasznie płakała. Tłumaczenie, a nawet przekupstwo nie pomogło i musiałyśmy uciec.  Po powrocie okazało się, że szybko zapomniała o łzach, wręcz nie uczciła powrotu mamy wielka radością. W końcu pani doktor pozwoliła Lence w czwartek pójść do przedszkola. Po zapewnieniach mamy, że na pewno ją odbierze nawet chętnie weszła do sali. Niestety ciocia zatrzymała mamę, żeby coś podpisała. Wtedy nasz mały krasnalek rozkleił się strasznie i znowu musiałyśmy uciekać. W piątek obyło się bez łez, a co będzie po weekendzie??
Dawno nie pisałam o Marcie, naszym świniaku. Od wizyty u weterynarza minęła mu depresja. Do tego pan doktor dobrał odpowiedni lek i w końcu odrosło mu piękne futerko. Jest znowu bardzo towarzyski i ma przepotworny apetyt. Wieczorami biega po domu, czasami słucha z nami książeczek, które czyta mama. Ponieważ śpimy na materacach to przychodzi do mnie i liże mnie po rękach, albo obgryza moje włosy. Taka wizyta w naszym pokoju oznaczać może, że świnka chce być głaskana, albo że czegoś jej brakuje (wody, jedzenia). Niestety nasz kochany świnek pozostawia po sobie bardzo liczne ślady (kupki i siku). Mama mówi, że sypie się z niego jak ze skarbonki.
Dlaczego śpimy na materacach?
Mama miała nadzieję, że jak będziemy spać koło siebie to przestaniemy przychodzić do nich do pokoju. Niestety patent mamy się nie sprawdził. Rodzice chcą w przyszłości sprawić nam piętrowe łóżko, ale boją się że której pięknej nocy spadnę. Lena potrafi spaść nawet z łóżka rodziców. Ostatnio lecąc zahaczyła o szafkę nocną i nabiła sińca na policzku. Także o spokojnych nocach nie można jeszcze mówić...

niedziela, 12 października 2014

Rozstrzygnięcie konkursu


Konkurs został rozstrzygnięty. Nadeszło sporo prac, 6 uczestników. Wybór nie był wcale łatwy. Każdy miał inny pomysł na "najpiękniejszą gwiazdę" i wybrał inną technikę. Jury w składzie Ja(Maja) i Lenka długo obradowało. Po burzliwych dyskusjach ogłosiłyśmy, że:

3 miejsce  Lena
2 miejsce tata 
1 miejsce ciocia Karinka


 Wszystkim uczestnikom dziękujemy za udział w konkursie, zapraszamy również na wystawę prac. Nagrody zostaną wysłane pocztą lub zostaną wręczone osobiście.


czwartek, 9 października 2014

Co można złapać w przedszkolu, wg Leny


Jeśli mama myślała, że jak wyśle nas do przedszkola to będzie miała święty spokój, to była w błędzie. We wrześniu z powody kataru opuściłam 1 dzień. Mama w tym czasie pomyła okna, posegregowała nasze zabawki (czas przeszły), zrobiła generalne porządki. My w tym czasie rysowałyśmy, śpiewałyśmy, tańczyłyśmy i bawiłyśmy się doskonale. Odkryłam, że lubię kolorować. Przez ten miesiąc pokolorowałam całą górę kolorowanek. Mama uznała etap porządków za zakończony i postanowiła się rozglądnąć za pracą. Powiem szczerze, że jak słyszę, że mama ma iść do pracy to zaczynam płakać. Bo nie wiem kto się wtedy nami zajmie. Przecież jak tatuś jedzie do pracy to go nie ma tygodniami. Mama ma wiele wątpliwości - bo jak to wszystko ogarnąć?  Przecież  mama będzie musiała dopasować nasze życie do nowych obowiązków. Jak się okazuje nie jest to takie proste. Udowodniłam mamie, że praca może nam pomieszać w życiu. Jak to zrobiłam? Złapałam parę bakterii i choruję sobie. Już cały tydzień jestem w domu. Z natury umiem się dzielić, więc staram się jak mogę, żeby podzielić się z mamą i Mają (tata w pracy to się nie da). Żeby mieć pewność, że zarażę Maję to ją pogryzłam (kilka razy). To takie zabawne jak ona krzyczy "nie gryź mnie!!" i śmieje się przez łzy. Finał jest tragiczny, dla Majki. Zostawiam jej pięknie odbite ząbalki, a ta wyje i wyje. Mamie nie podoba się ta zabawa i nam ją psuje. Ten tydzień w domu był cudowny. Bawiłyśmy się świetnie z mamą: malowanie farbami, kredkami, książeczki, moje ukochane klocki lego f. i cała masa zabaw. Mama jakaś taka zmęczona po 13 godzinach zabawy i opieki nad nami. Chyba najbardziej przypadła jej do gustu zabawa w psa w budzie.
Mama w kartonowej budzie

Podczas jednych z wielu, niemal codziennych zapasów (siłowych, słownych) padły niezapomniane słowa:
Maja: Mamo, Lena jest jak Putin bo chce więcej i więcej.

Kto myśli, że my się tylko kłócimy ten jest w ogromnym błędzie. My się doskonale razem bawimy np. w przedszkole. Maja jest cudowną starszą siostrą. Raz mama się na mnie zdenerwowała. Bo ja nie lubię jeść "normalnych posiłków". Kiedyś przez godzinę jadłam drugie danie. Miałam je zjeść bez karmienia, bo niby jestem już duża. No i nie zjadłam i nie dostałam deseru. Wiecie co zrobiła Maja? Podzieliła się ze mną swoim. Innym razem gdy nie chciałam sprzątać i strasznie krzyczałam dostałam szlaban na bajki. Moje przeprosiny już średnio działają. Maja się wstawiła za mną "Mamo, ona nie chciała, następnym razem posprząta. To moja kochana siostrzyczka.". Żeby mi nie było przykro, że mam krótsze włosy mówi mi tak "jesteś śliczną księżniczką z krótkimi włoskami, cudna jesteś. Księżniczki mogą mieć też takie włosy jak ty". No i co, dobra jest?? Jest, jest... Lubię jak się tak zachowuje, ale jako o tym nie pamiętam to dla rozluźnienia atmosfery ją gryzę.
Mimo cudownej pogody (dziś można było chodzić w krótkim rękawku) musimy siedzieć w domku. Mogę powspominać cudowny dzień jaki spędziliśmy w Śmiernym Dębie. To było jeszcze  przed wyjazdem taty do pracy. Najpiękniejsze było to, że przyjechała do nas nasza kochana Małinka (co dziennie o nią pytam i tęsknie). Zapaliliśmy ognisko i piekliśmy kiełbachy. Miło tak posiedzieć na wsi...
FOTECZKI




piątek, 3 października 2014

Przyszła jesień

Już nie świeży, bo od tygodnia czekający na publikację pościk:

Wakacje się skończyły, a teraz i lato sobie poszło. Trochę przypadkiem wybraliśmy się na pożegnalną wycieczkę, taki zbieg terminów. Mama obrała cel : Warszawa, a tata pomógł jej to wszystko ładnie zaplanować. Ponieważ nasz REKIN znowu zaniemógł, mieliśmy się wybrać pociągiem. W ostatniej chwili okazało się, że nasze auto jest gotowe do drogi i wybraliśmy bardziej komfortową podróż, czym rozczarowaliśmy naszych bliskich ;). Droga do stolicy minęła nam sprawnie, nie licząc jednego korka przy wjeździe do miasta.
FOTY
Pierwszym punktem zwiedzania był Wilanów. Znajduje się tam uroczy i piękny pałac, letnia rezydencja Jana III Sobieskiego. Najpierw zwiedzaliśmy wnętrza, gdzie dreptałyśmy ziewając, podśmiewałyśmy się ze strojów i fryzur ludzi z portretów wiszących na ścianach. Z tęsknotą patrzyłyśmy przez okna. Za nimi czekały na nas skąpane w słońcu ogrody. Gdy już wszystkie sale się skończyły, a my dokonałyśmy wyboru kto gdzie będzie spał, gdzie będzie pokój zabaw itd... z radością wybiegłyśmy na świeże powietrze. Spacer wśród krzaczków, kwiatków i fontann zwieńczyliśmy rejsem po jeziorku wiosłową łódeczką. Po tym spacerku przyszedł czas na zakwaterowanie w hostelu. Naszego pokoju strzegła Agatka - wielki pluszowy tygrys. To z nim spędzałyśmy nieliczne wolne chwile. Kolejnymi punktami tego dnia był plac zabaw w parku Ujazdowskim i obiadek. Wieczorem udaliśmy się na pokaz multimedialnych fontann, który bardzo nam się podobał i mimo zmęczenia i chłodu wysiedzieliśmy prawie do końca. Na kwaterę wróciliśmy metrem. To była nasza pierwsza podróż tym środkiem transportu. Dzień drugi rozpoczęliśmy od wizyty w Centrum Nauki Kopernik. Pięć godzin jakie tam spędziliśmy to zdecydowanie za mało, żeby skorzystać ze wszystkich ciekawostek. Lence i mnie najbardziej podobało się w części przeznaczonej dla najmłodszych - Galeria Bzzz. Mogłyśmy zobaczyć jak się robi wiry wodne, jak działają śluzy, jak transportować wodę do góry, zobaczyć jak widzi pies, wąż czy ryba, posłuchać dźwięków lasu, a nawet poczuć zapachy (jelenia, lisa, szyszki itp...). Nasze zainteresowanie wzbudziły ogromniaste bańki, albo urządzenie dzięki  któremu nasze ciała zamieniły się w perkusje. Po 5 godzinach zwiedzania dałyśmy znać, że mamy już zdecydowanie dosyć. To był dopiero pierwszy punkt naszego dnia. Później udaliśmy się na dach Biblioteki Uniwersyteckiej. Tam rozciągają się ogrody, chodniczki i ławeczki na których można odpocząć. Miło było pohasać na świeżym powietrzu. Słońce zaczęło sygnalizować koniec dnia, więc i my ruszyliśmy w kolejny odcinek trasy. Odwiedziliśmy pomnik Małego Powstańca, a później ruszyliśmy na rynek Starówki. Pod pomnikiem SYRENKI zrobiliśmy małą sesję zdjęciową. Nie byłabym sobą gdybym nie wykręciła jakiegoś numeru. Weszłam więc moimi tenisówkami do fontanny z wodą. Na moje szczęście rodzice powstrzymali mnie krzykiem "NIE!!!" od zamoczenia drugiego buta. W takim stanie zastali nas wujek Śliwka i jego już żona, ciocia Agata. Chcąc nie chcąc, towarzyszyłyśmy dorosłym w ich spotkaniu. Zasiedliśmy w restauracji Bazyliszek. Kto zna legendy ten wie cóż to za stwór.  Tym miłym akcentem zakończyliśmy kolejny dzień w Warszawie. W niedziele rano poszliśmy do Łazienek. Powiem szczerze, że na tym miejscu zależało mi najbardziej. Nie chodzi o wizytę w łazience, gdzie można się wykąpać, ale o taki park. Nie interesowały mnie pałace, czy inne pomarańczarnie. Tam mieszkają takie przyjazne wiewiórki, które podchodzą do ludzi i biorą od nich orzeszki z rączki. Zanim znaleźliśmy te urocze zwierzątka musieliśmy odsłuchać fragmentu koncertu Chopinowskiego. Odbył się on oczywiście pod pomnikiem F. Chopina. Przybyło bardzo wielu słuchaczy. Gdy rodzice zaspokoili potrzebę obcowania z muzyką, ruszyliśmy na polowanie. Wiewiórek jest tam bardzo dużo, ale trzeba być cierpliwym. Karmienie tych stworzonek sprawiło nam wiele radości i zajęło bardzo dużo czasu. Gdy orzeszki się w końcu skończyły, spacerowaliśmy i podziwialiśmy chodzące z kijkami "gwiazdy". Okazało się, że tego dnia jest akcja "Bieg po NOWE życie" w której biorą udział celebryci. Widziałam Maćka Musiała, tego z "Rodzinki pl.". rodzice też rozpoznali paru innych aktorów i "gwiazd". Później poszliśmy na bardzo niedobry obiad do Baru Mlecznego (ul. Marszałkowska 10) - którego nie możemy polecić. Nabraliśmy na szczęście sił na kolejne atrakcje. Tym razem był to Ogród Saski: piękna fontanna, grób Nieznanego Żołnierza i plac zabaw.  Grób pilnowało dwóch żołnierzy:
Maja: Mamo czy żołnierze to tacy trochę złodzieje?
Mama: Czemu złodzieje? - bardzo zdziwiona spytała mama
Maja: Bo noszą rękawiczki.
Gdy skończyłyśmy nasze szaleństwa na huśtawkach ruszyliśmy na Nowe Miasto, do pijalni czekolady Wedla. Tym miłym i słodkim napojem skończyliśmy nasze zwiedzanie stolicy. W deszczu szukaliśmy pamiątek z tego dużego miasta. Ja wybrałam sobie indyjską szkatułeczkę, a Lenka drewnianą, góralską skrzyneczkę z napisem "Warszawa". Wróciliśmy do naszej Agatki, na ostatnią noc. Rano obudził nas deszcz, który nie pozwolił na ostatni punkt naszej wycieczki. Pałac Kultury zdobędziemy następnym razem.
W aucie:
Lena: Mamo jesteśmy w Polsce!!
Mama: Tak Lenko, jesteśmy w Polsce.
Lena: Jesteśmy w Polsce bo tu są żółto czerwone autobusy.

PS. Wracając do Częstochowy machaliśmy naszym MISTRZOM ŚWIATA w siatkówkę.

sobota, 27 września 2014

KONKURS

Ogłaszam konkurs!! Trzeba narysować najpiękniejszą gwiazdę (może być rozgwiazda).  Będą nagrody wykonane przeze mnie, z pomocą mamy. Oto oficjalny plakat:

Termin 11 październik!!

Wpadł mi do głowy jeszcze jeden pomysł. Będzie mi bardzo miło jakbyście przysłali mi pocztówkę z waszego miejsca zamieszkania, albo z waszej podróży. Taką zwykłą, z pozdrowieniami. Fajnie jest dostawać pocztówki, zwłaszcza jak się ma ich kolekcję. (Mama  poda chętnym adres !!!)

PS. Zdjęcie pierwszego plakatu:

poniedziałek, 22 września 2014

Bombowy plac zabaw

FOTKI
Zaczęło się przedszkole, a w domu pojawiły się syropki. Ja przez te lata nabrałam odporności, ale Lenka już smarka i prycha. Dzielnie chodzi do przedszkola i właśnie stamtąd przyniosła te zarazki. Ma już nowe koleżanki, których imiona są jeszcze tajemnicą (poza Nikolą). Łzy tęsknoty się zdarzyły, a największy kryzys przypadł 3,4 i 5 dzień. Teraz pyta "mamo, mogę iść sama do sali?". Bardzo zmieniła się przez te dni. Wchodząc do sklepu mówi głośno "dzień dobry" i "do widzenia". Trochę mniej się wstydzi, a w domu podśpiewuje piosenki. Rodzice pękają z dumy. Drażni ich jednak fakt, że Lena wychodząc z przedszkola jest bardzo drażliwa i płaczliwa. Tłumaczą to sobie tym, że jest zmęczona i musi odreagować, a bywa to bardzo męczące. Mnie też to męczy i wkurza bo wtedy nie wiadomo co i jak mówić do tego KRASNOLUDKA (bo Lena jest w grupie Krasnoludków). Powiesz "idziemy do domu" to jest płacz bo ona chce na plac zabaw. Jakbyś powiedziała "idziemy na plac zabaw" to by się okazało, że ona chce do domu. Dobrze, że ze mną rodzice nie mają takiego urwania głowy. Ja tylko zadaję w nieskończoność pytania natury męczącej (bo padły średnio 50 razy):"czy akrobatka to potrzebny zawód?", "jak działa czujnik w alarmie?", "czemu złodzieje noszą rękawiczki?". "Mamo kiedy wybudują ten plac zabaw?" to pytanie zadaję kilka razy dziennie. We wrześniu mieli oddać nowiuteńki, wystrzałowy plac zabaw, koło naszego bloku. Termin oddania się jednak przesuwa. Wszystko za sprawą niespodziewanych wykopalisk - licznych pocisków. Odwiedziny saperów stały się na tyle normalne, że pytanie "kiedy będą saperzy?" nikogo w domu nie dziwiło. Zatem powiedzenie "wystrzałowy" plac zabaw, albo bawiłam się"bombowo"  lub "rozerwałam się" na placu zabaw (to w przyszłości) będzie miało inny wymiar.

wtorek, 2 września 2014

Pożegnanie wakacji i pierwsze wyprawy Leny do przedszkola

Tata mnie pogania, żebym mu pokazała zdjęcia z ostatniej niedzieli. Ja nie miałam czasu, żeby coś tu naskrobać. Także musiał uzbroić się w cierpliwość. Po pierwsze moja kochana siostra Maja zapomniała wspomnieć, że mam już 3 lata. Dmuchałam świeczki na torcie i trochę płakałam bo moja buzia nie chciała dmuchać. Na szczęście się udało i mogliśmy zjeść pyszny torcik. Spełniły się prawie wszystkie moje marzenia: klocki lego, pościel z kucykami pony, ręcznik. Jedno się tylko nie spełniło. Miałam dostać świecące buty, ale niestety nigdzie mama nie mogła kupić mojego rozmiaru. Po drugie byłam na dniu otwartym w przedszkolu. Panował ogromny hałas i nie mogłam się tam odnaleźć. Po trzecie za mną już pierwszy oficjalny dzień w przedszkolu. Mama bardzo się bała, że będę płakać i że będzie ciężko. Była w ogromny błędzie, była dzielna dziewczyna. Znowu było ogromne zamieszanie, dużo płaczących dzieci i jeszcze więcej przejętych rodziców i babć. W całym tym chaosie poszłam do sali i nawet nie zauważyłam kiedy mama mnie zostawiła. Po obiadku przyszła po mnie Maja, ale ja najpierw musiałam dokończyć swoją pracę. Później przywitałam się z mamą "fajnie było". Ładnie sama jadłam, bawiłam się i nawet nie płakałam. Drugi dzień był odrobinę trudniejszy. Obyło się bez łez, ale jakoś tak nieśmiało wkroczyłam do sali. Po czwrte, a to powinno być po drugie, w niedziele pożegnaliśmy wakacje. Dziadek Marek i babcia Ania zaprosili nas do Energylandii w Zatorze. To jest takie wesołe miasteczko.
FOTY
Bawiliśmy się wszyscy doskonale. Pogoda i humory nam dopisały. Trudno powiedzieć co nam się najbardziej podobało. Ja pobiłam rekord kręcenia się na karuzeli z konikami, 6 razy pod rząd. Pewnie bym kręciła się dalej, ale mama miała już zawroty głowy. Mai podobały się pływające kłody (wsiadło się do "kanu" i płynęło rynną z wodą, kłoda wpływała na na małe wzniesienie, a później z niego szybko spływała). Nawet mama, która nie lubi karuzel korzystała z różnych atrakcji i była bardzo zadowolona (jak dziecko). Co tu dużo gadać wszyscy znaleźli coś dla siebie. Mikołaj wykazał się nie lada odwagą bo zdecydował się na Kamikaze. On dzielnie fruwał w powietrzu, a Malwinka w tym czasie ze strachu płakała. Najmniej podobało nam się kino 7D. Potwory, roboty, ruszające się  fotele, hałas, podmuchy i spryskiwanie wodą to było ponad nasze nerwy. Maja i wujek Marcin na pewno nie zapomną przejazdu na Gąsienicy. Gdy wsiedli do kolejki zaczynało kropić, a później jeździli już w wielkiej ulewie. Oberwanie chmury trwało chwilę, a później kontynuowaliśmy zabawę. Po 7 godzinach harców zmęczeni, ale zadowoleni wróciliśmy do domu.