sobota, 19 lutego 2011

Kto pyta nie błądzi

Zanim przejdę do sedna mojego tematu napiszę o planowaniu. Moja mamusia lubi mieć wszystko zaplanowane, a życie po raz kolejny zweryfikowało jej PLANY. Najpierw okazało się że tatuń wraca z pracy wcześniej. Radość duża, ale za wcześniejszym powrotem krył się wcześniejszy wyjazd. Po powrocie taty pojechaliśmy do Krakowa. Niestety babcia Krysia w tym czasie pojechała do babci Stasi bo już nie mogła zmienić planów. Rodzice chcieli zabrać mnie do kina, na basen i na spacery. Niestety w sobotę rano okazało się, że ja nie mówię tylko skrzypię i trzeszczę. Cały weekend siedzieliśmy w domu, a w poniedziałek pani doktor stwierdziła zapalenie krtani (o moim "bohaterstwie" innym razem).  Tyle zostało z aktywnego wypoczynku, a to dopiero był początek zmiany planów...

***
                                                                          O pytaniu
Pewnego ranka leżałyśmy z mamą w łóżku, a ja się do niej przymilnie uśmiechałam. Zagadnęłam ją o żółwie, a później:
- Mamo taka...yyy... zła woda ...yyy- nie wiedziałam jak spytać więc trochę się zaciełam
-Zła woda?? nie mam pojęcia o co Ci chodzi - odpowiedziała zaciekawiona mama
- Yyy taka woda co kapie...yyyy
- Hmm....taka woda co płynie po policzkach??
- Tak - odpowiedziałam zadowolona
- To są łezki.
- Z czego są te łezki??

Byłam z rodzicami w urzędzie,a tam jest tyle ciekawych rzeczy. Tata stał w kolejce, a ja zadawałam mamie pytania. Naszej rozmowie przysłuchiwała się pani i jej dorosła córka.
- Co to??
- kolumna- odpowiada mama
- Po co??
(...)
- Co to??
- Okrągłe okno w dachu.
- Po co??
Po wielu kolejnych pytaniach zapytałam o podłogę. Leżały na niej pasy wykładziny, a każdy w innym kolorze. Najpierw odgadywałyśmy kolory, a potem:
- A czemu tu jest żółty,a tu niebieski? a ten czelwony??
Panie z zainteresowaniem przysłuchiwały się naszej rozmowie,co jakiś czas chichotały. Na koniec córka pani spojrzała na swoją mamę:
- Właściwie to czemu tu, aż tyle tych kolorowych pasów??

Innym razem modliłam się z babcią Krysią:
-Aniele Boży(...) Babciu, a co to wednie, co to dusza, co to ciałamego?? itd...

Inne pytania:
- Co to jest pech??
- Co to jest duch??
- Co to jest bezpieczeństwo??

środa, 9 lutego 2011

PLUCIE to moja nowa broń

Do tej pory w sytuacji "zagrożenia" mojego JA (gdy ktoś mi coś odbiera, "pożycza" gdy ja tego chcę używać, gdy coś jest nie po mojej myśli) wydawałam dźwięki stękającego płaczu, krzycząc "ja chcę", "to moje"itp... i tupałam nogami. Obraz nieciekawy, ale na pocieszenie dodam że to nie codziennie. Po prostu bywają gorsze dni (teraz było ich nieco więcej). Obecnie do moich gestów dodałam - plucie. Mama się tylko cieszy, że śliny nie używam. Gest gestem bardzo ją złości. Najczęściej tego typu zachowanie kieruję przeciwko mojej mamie, ostatnio Marysi. Czemu tak robię?? To proste i oczywiste gdy ktoś coś robi wbrew mnie to chcę komuś zrobić przykrość. Mama tłumaczyła i prosiła żeby tego nie robić, a nawet wprowadziła za to kary. Póki co to jest silniejsze ode mnie...

Dziwne pytania:
- Mamo kogo można zabić?? - brzmi strasznie, ale skoro mama zabija muchy, pająki i komary to drastyczność tego pytania nieco maleje.
- Mamo czy można lizać umywalkę w domu?? - tego nie umiem wytłumaczyć, ale zapytałam bo dobrze wiedzieć.
-Mamo czy to Ty?? - dziwności dodaje fakt, że patrze na mamę i ją poznaję. 

niedziela, 30 stycznia 2011

Drużyna dziewczyn i chłopaka - to MY

W dalszym ciągu trudno mi znaleźć chwilkę żeby coś napisać. Tyle rzeczy się dzieje. Chodzimy z Marychną i jej mamą na kule, albo one nas odwiedzają. Wczoraj dla odmiany byłyśmy w Cyrku Malucha, na dniach otwartych. Mama mówi, że to takie coś jak przedszkole,a Marychna się upiera, że to KULE (choć się okazało, że poza dużymi piłkami kul tam nie ma). Mi się bardzo podobało i po ponad 2 godzinach zabawy wcale nie chciałam wychodzić. W piątek mama obchodziła swoje urodziny i od rana do nocy mieliśmy gości. Lubię jak mnie odwiedzają dzieciaki (Miki, Malwik i Marychna) chociaż czasami się już złoszczę, że muszę czekać na swoją kolej żeby pobawić się swoimi zabawkami. Po dniu pełnym emocji szybko zasnęłam w swoim łóżeczku. Poza tym tatuniek zabiera mnie na długie spacery do lasu. Mamę zostawiamy w domu bo strasznie kaszle i nie chcemy żeby się bardziej pochorowała. Dziś widziałam dzięcioła i ślady sarenki i zajączka na śniegu. Mieliśmy o czym opowiadać po powrocie do domku.
"Do widzenia panie dzięciołu"

***
Często pomagam tacie przy robieniu śniadania, uwielbiam przystrajać kanapki. Na ogół z tatuniem się dogadujemy, ale on czasami mi nie pozwala czegoś dotykać. Jak ja się czasem uprę to za wszelką cenę dążę do swojego małego celu:
- Prosiłem żebyś tego nie dotykała - zwrócił się tata do mnie
Po chwili:
- Maja jeszcze raz to dotkniesz i będziesz musiała sobie iść. - tata prosił i ostrzegał i w końcu kazał mi wyjść z kuchni. Udałam się do mamy:
- Mamo zdenelwowałam twojego mąza.
Zrobiło mi się przykro i popłynęły ogromne łzy. Mama  na szczęście zna receptę na poprawę humoru: kazała przeprosić i słuchać taty. Udało nam się razem skończyć śniadanie.

Innym razem była bardzo podobna sytuacja, tata mnie znowu wyprosił z kuchni, a ja poszłam pożalić się mamie:
- Mamo znowu zdenelwowałam twojego mąza i twój mąz chciał mi zrobić krzywde. - wyrzuciłam z siebie
- Jaką krzywdę?? - zapytała zupełnie poważnie mama
- NOLMALNĄ - odpowiedziałam prawie się śmiejąc.

***
Jechaliśmy z tatuniem do lasu. Gdy nie jedzie z nami mama wtedy mój fotelik wędruje do przodu, ku mojemu zadowoleniu. Z przodu lepiej widać i łatwiej się rozmawia. Chcieliśmy skręcić w lewo i musieliśmy przepuścić dużo samochodów. Najpierw jechały z jednej strony, a potem z drugiej i znowu... Tatus zaczął się denerwować:
- No jedźże!!
- Nie denelwuj się. Musisz się uspokoić i poczekać...
Udało nam się pokonać to skrzyżowanie i dalej poszło jak z płatka. Rozmawiałam o zielonych i czerwonych światłach, przypominając tacie na którym można jechać. Gdy przejeżdżaliśmy obok wielkiego sklepu tata powiedział:
- Zobacz ile aut. Pewnie w sklepie jest dużo ludzi...
Spojrzałam na niego zupełnie zdezorientowana:
- Do kogo gadasz??
Wtedy to tatuń zgłupiał ;).

piątek, 21 stycznia 2011

Dzień Babci i Dziadka (już jutro)

Co za wstyd dziś Dzień Babci (a jutro dziadka), a ja nic specjalnego nie przygotowałam. Od dwóch dni wracam późno do domu i ciągle coś się dzieje (bo tak to już jest gdy tatuniek w domu). W wielkim pośpiechu siadam i piszę, żeby jeszcze dziś moje dziadki i pradziadki mogły przeczytać (bo przez telefon nie lubię gadać) :

Dużo zdrowia, uśmiechu i cierpliwości (której macie i tak więcej niż moja mama) do moich psot i humorków. Z chęcią każdemu z WAS wręczyłabym kwiaty, ale za daleko do Krakowa i Stalowej.
Czasami z babcią Anią jeżdżę do WAS wszystkich kanapowym pociągiem. Mama się śmieje, że gdyby kolej tak szybko jeździła to byśmy WAS częściej odwiedzały. Podróż do Stalowej czy Krakowa trwa nie całą minutę, a herbatka u WAS to czysta przyjemność ;). Przesyłam buziaki i obiecuję napisać coś więcej w najbliższych dniach!!

środa, 12 stycznia 2011

Trochę zimy i trochę lata

Za oknem szaro i brzydko. Śnieg stopniał i w rezultacie mamy trochę zimy i lata, chociaż mama twierdzi że prędzej wiosny (ale ja i tak wiem swoje). Do tego mama wszędzie widzi kupy i śmieci. Przy tej smutnej otoczce za oknem nie bardzo mam ochotę na spacery, a nawet na pisanie tutaj. Do tego tatuniek siedzi w pracy, a jak go nie ma to na ogół robimy to samo: malujemy, rysujemy, czytamy, bawimy się, zakupy robimy i czasami spacerujemy. Największą atrakcją jest podróż z Marynią i jej mamą ( no i moją mamą) tramwajem na kulki. Tam mogę się wyszaleć ile tylko chcę. W tamtym tygodniu wybrałyśmy się również zobaczyć szopkę i choinki na Jasną Górę. Biegałyśmy od zagrody do zagrody i od szopki do szopki (z Marysią, a nasze mamy za nami). W sumie to chyba z 6 razy widziałyśmy wszystkie zwierzaki (osiołka, koniki, sarenkę, króliki, gołąbki, owieczki, kózki, kury i koguta i jakiegoś dziwnego ptaka, który nie wiem czym był). Były też takie sztuczne zwierzaki: słoniki, koniki, krówki itp... Bardzo mi się podobało na tym długim spacerze. Wczoraj babcia Ania zabrała mnie i mamę na przedstawienie przedszkolaków gdzie występował mój kuzyn Mikołaj. Gdy weszłyśmy na salę to się przestraszyłam i płakałam. Przeszło mi gdy w kolejce do kibelka stałam z dziećmi przebranymi za misie i aniołki. Przedstawienie było bardzo udane i wszyscy dużo się śmiali (a ja razem z nimi chociaż czasami nie wiedziałam czemu i pytałam mamę "czemu się śmiejesz??"). Gdy występowała najmłodsza grupa dzieci (ok 3 lat)to mama, aż płakała (ze śmiechu). Po wszystkim wujek Marcin wziął mnie na scenę i biegałam tam razem z innymi dziećmi. Byłam zachwycona, a dziś rano po przebudzeniu oznajmiłam, że chcę iść jeszcze raz na przedstawienie i już nie będę płakać.
Załączam kilka zdjęć (kliknąć tutaj) min. ze spaceru w Olsztynie (był jeszcze śnieg) gdzie byłam z babcią Anią, dziadkiem Markiem i mamą.
Aha i jest jeszcze stary filmik ( z komórki) z 23 listopada 2009 (czyli miałam rok i nie całe 5 miesięcy) - wtedy pierwszy raz powiedziałam MAJA :).

piątek, 31 grudnia 2010

No to kończymy 2010

Święta już się skończyły. Dobrze, że jeszcze choineczka pozostała jako wspomnienie tych niezwykłych dni. Wigilijny wieczór spędziliśmy u babci Ani i dziadka Marka. Wszyscy się wystroili, a pod choinką było dużo prezentów. Najpierw się pomodliliśmy, a mi z przejęcia aż buzię zatkało. Później łamaliśmy się opłatkiem, ale nadal ciężko mi było coś z siebie wydusić i tylko nieliczni usłyszeli "wsystkiego doblego", "wesołych świąt". Grzecznie wysiedziałam przy stole i zjadałam coraz to nowe potrawy. W końcu oznajmiłam, że mam dość i wraz z resztą dzieciaków myślami i czynami zaczęłam błądzić wokół drzewka i prezentów. Tego dnia późno poszłam spać, a następnego ranka zaspałam i późno obudziłam rodziców. Po szybkim śniadanku wyruszyliśmy do Krakowa do babci Krysi i cioci Karinki. Tu też czekały na mnie prezenty, a jak się okazało to nie był jeszcze koniec. Musiałam być bardzo grzeczna, a mama czasami tak na mnie narzeka... Wieczorem udaliśmy się podziwiać szopki u Bernardynów, Kapucynów i Franciszkanów (gdzie były żywe zwierzątka i koncert kolęd). Ruchome figurki i rozmiary szopki  (Bernardyni) wywołały mój zachwyt. Gdy wychodziliśmy z kościoła szło trzech zakonników szepnęłam do cioci:
- Patrz ciociu, trzej królowie.
Babcia tego dnia dzieliła się ze mną pieniążkami i wrzucałam monety do skarbonek, a aniołki kiwały główkami, świeciły się, albo zginały w pół. Gdy pożegnałam się z małym Jezuskiem u Kapucynów (na ołtarzu stał mały żłóbek, a w nim mały lalkowy dzidziuś - wygłaskałam go, nawet próbowałam go pocałować "Już idę Jezusku, papa"). Gdy wyszliśmy na zewnątrz, gdzie było bardzo zimno zaczęłam sobie śpiewać:
-" Kochany Jezusku jesteś kochany (czy jakoś tak) daj nam trochę pieniążków do naszej skarbonki, będzie nam miło...."
Ogólne rozbawienie wywołało też gdy zobaczyłam siostry zakonne. Jedna miała białe nakrycie głowy, a druga czarne:
- Patrz ciociu, czarny i biały murzyn.
U Franciszkanów spotkaliśmy trzejkróla, a właściwie trzejkrólową (bo miała suknię) i dostałam taką małą białą lamę. 
Rodzicom muszę podziękować za to, że któregoś dnia pozwolili mi bardzo późno oglądać film o księżniczce. Był taki piękny, a gdy tylko śpiewali to ja tańczyłam w swoim szlafroczku, a później rozdawałam wszystkim buziaki. Nie wiedziałam tylko co to macocha, ale mama mi wyjaśniła. Gdy tylko skończyła wywód zwróciłam się do niej "macocho", ale to tak tylko na żarty ;).
Odwiedzili mnie też ciocie i wujkowie, z którymi bardzo miło się bawiłam. Teraz pozostaje mi tylko życzyć wszystkim udanej zabawy  Sylwestrowej i Szczęśliwego Nowego Roku. Ja na łamach bloga obiecuję przespać całą noc ( nie tak jak te dwie ostatnie - gdzie się budziłam i nie dałam spać wszystkim domownikom). Trzymajcie za mnie kciuki ;).

piątek, 24 grudnia 2010

Wesołych Świąt

Tak nas pochłonęły świąteczne porządki i inne codzienności, że zapomniałam napisać życzeń. Każdemu kto tu zagląda w imieniu swoim osobistym, a także moich szanownych rodziców chciałam życzyć
ZDROWYCH, WESOŁYCH, BIAŁYCH  
(choć u nas odwilż i z pięknej bieli robi się brudna maź) 
I RODZINNYCH ŚWIĄT BOŻEGO ARODZENIA

U nas choineczka już stoi, a jest większa nawet od mojego tatuńka. Pomagałam rodzicom ją ubierać. Najbardziej podobało mi się odwijanie  cukierków z papierków. Mama kazała mi je wieszać, ale ich miejsce jest przecież w moim brzuchu. Na choince wiszą też nasze śmieszne aniołki. Zrobiliśmy je z makaronu i modeliny, a później pomalowaliśmy farbami. Kilka z nich uległo wypadkowi podczas zawieszania. Nie wiem czemu to akuratnie ja je wieszałam... Porządki świąteczne to też miła sprawa. Rodzice zabrali się za to dość późno, ale efekt jest. Ja pomagałam mamusi w porządkach u mnie w pokoiku. Ona wyciągała wszystkie zabawki, wycierała kurze i układała je na swoje miejsce. Wtedy ja wkraczałam do akcji. Brałam i bawiłam się tymi poukładanymi zabawkami, a jak mama kończyła nową półkę to te stare zostawiałam i bawiłam nowymi. Długo nam zajęło to sprzątanie. Mama chyba nie była zadowolona z mojej pomocy, ale się udało.

***
Mama już od jakiegoś czasu opowiada mi o Bożym Arodzeniu i wczoraj chciała się pochwalić tacie jaka ja jestem mądra i jak dużo wiem:
- Majeczko kto się urodził w Boże Narodzenie??
Mama to zawsze pyta jak ja jestem zajęta, akuratnie bawiłam się gumowym kotkiem
- Nie wiem - odpowiedziałam z nadzieją, że zrezygnuje
- Ooo - posmutniała - to może kotek wie??
- Tak, Pan Jezus - odpowiedziałam dumnie za kotka
- A gdzie ten Pan Jezus się urodził??
- W łazience....