środa, 4 marca 2015

Pobyt w Krakowie


Teraz powinno być miejsce na Walentynki. Przygotowałyśmy przepiękne obrazki dla naszych rodziców z tej okazji (ale roztargniona mama zostawiła całą teczkę naszych rysunków w Krakowie). Tak, byliśmy w Krakowie. Rodzice spontanicznie (czasami im się zdarza) podjęli decyzję, że z gór jedziemy prosto do babci Krysi. Mama postanowiła nas trochę ukulturalnić. Przez cały tydzień chodziłyśmy do Nowohuckiego Centrum Kultury w Krakowie. Tam co roku (w okresie ferii zimowych małopolski) odbywa się Festiwal Teatrów Dla Dzieci. Codziennie rano wstawałyśmy i autobusem jechałyśmy do Nowej Huty. Tam kiedyś mieszkała mama i tata. Autobus zatrzymuje się tam na przystankach o bardzo ładnych nazwach : osiedle Zgody i aleja Przyjaźni. Bardzo nam się to podobało, a trzeciego dnia znałyśmy nazwy większości przystanków. Oczywiście codziennie zadawałyśmy te same pytania: "a po co ten czerwony młotek?; dlaczego wybić szybę?; a jaki może być wypadek?". Najczęściej jedna pytała, a gdy mama kończyła wywód, druga z nas jakby wybudzona z letargu pytała o to samo. Wróćmy do Nowej Huty. Oprócz Alei Przyjaźni jest też Aleja Róż, tam stał kiedyś pomnik Lenina i go zburzono. Oczywiście musiałam się dowiedzieć czemu go tak potraktowano, a mama próbowała mi trochę przybliżyć sprawę. Nie rozumiałam jednak czemu zniszczyli pomnik, przecież to nie ładnie. Mama coś jeszcze później opowiadała, pewnie miała rację... muszę ją jeszcze o to spytać. Sala w "teatrze" była duża, a mama mówiła że kiedyś tam występowała. Była krakowianką i tańczyła w "Dużym Krakowiaku" na skraju sceny. Na koniec tego tańca wszyscy się kręcili i kręcili. Mama na końcu, razem z innymi małymi dziewczynkami tańczyła w pierwszym rzędzie. Tak długo się kręcili, że prawie spadła ze sceny bo jej się w głowie zakręciło. Dzielna ta mama, że występowała na takiej dużej scenie. Przed każdym spektaklem wszystkie dzieci strasznie się wierciły w oczekiwaniu, aż bajka się zacznie. Przedstawienia były piękne, kolorowe i podobały się dzieciom bardzo. Mama mówi, że najlepiej o tym świadczyły okrzyki pełne zaangażowania, strachu i przejęcia np. "nie jedz tego jabłka!!!", "nie idź tam!!!". Oglądnęłyśmy "Trzy Świnki", "Ośle serduszko", "Królewnę Śnieżka" i "Królową Śniegu". Na koniec ostatniego przedstawienia Lenusia się popłakała, chociaż wszystko dobrze się skończyło:
- Czemu płaczesz Lenuś? - spytała mama
- Bo to już koniec...-odpowiedziała smutna.
Tym wyznaniem ujęła mamę, a ta postanowiła kupić bilety na przyszły tydzień. Tym bardziej, że dziadek Janusz się pochorował, a to on nas miał zawieźć do domu. Tym sposobem nasze ferie miały się przeciągnąć. Dodam, że jednego dnia nie byłyśmy w teatrze. Udałam się wtedy na zajęcia dla dzieciaków u dziadka w pracy. Mama znowu była pełna wątpliwości czy w ostatniej chwili nie zmienię zdania. Ku zdumieniu cioci Kariny i zadowoleniu mamy zostałam wśród obcych mi ludzi (bo dziadek był chory i leżał w łóżeczku). Później babcia mnie zabrała do swojej pracy, gdzie mogłam przybijać pieczątki, a nawet wypożyczyłam babci jedną książkę ( i ją "spikałam " czytnikiem- babcia pracuje w bibliotece). Lenusia bardzo mi zazdrościła, że byłam u babci. Jednego wieczoru wybrałyśmy się też na lodowisko z babcia Krysią, ona też umie jeździć na łyżwach.
ZDJĘCIA
Weszłam pierwsza na lód i zeszłam z niego ostatnia, po 1,5 godzinie wygłupów. Było super, ale się wyszalałyśmy...Babcia myślała, że szybko uśniemy, ale była w błędzie. W niedzielę była śliczna pogoda i pojechaliśmy na spacerek z babcią, ciocią, wujkiem i Kornelcią na Rynek i Wawel. Był to bardzo miły dzień, tylko że wieczorem Lena dostała wysokiej temperatury.Tym sposobem plany trzeba było zmienić. Dzięki cioci, która opiekowała się Lenusią zobaczyłam "Smakołyki ciotki Klotki", "Plastusiowy Pamiętnik" i "Koziołka Matołka". Z resztą z ciocią, Kornelcią i Mauinkiem widywałyśmy się codziennie. Kornelcia bardzo chciałaby już umieć siedzieć. Lubi być noszona i patrzeć na wszystkich. Zdecydowanie nie lubi leżeć lub siedzieć na kolanach, wtedy często zaczyna się wiercić, wykrzywiać buzię i marudzić. Ślicznie się już uśmiecha, ale nie umie jeszcze się głośno śmiać. Zaczyna brać zabaweczki do rączek. W ostatni weekend lutego pojechała w swoją pierwszą dłuższą podróż, do Stalowej Woli. Odwiedziła prababcie, ciotki, wujków i naszą kuzynkę Igusię (której jeszcze nie znamy).
  PS. Niestety nasza wizyta w Krakowie pozostawiła pewne ślady po sobie. Kornelcia zaraziła się od Lenusi i musi brać niedobre lekarstwa. Mimo choroby humor jej dopisuje. Zaczęła się głośno śmiać, a na dowód ciocia przysłała nam filmik (dostępny w albumie).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz