poniedziałek, 2 stycznia 2012

2012

Święta dawno się skończyły, a mi wciąż brak czasu żeby wszystko tu zapisać. To były ważne chwile, bo przecież pierwsze Święta z Lenką. Nikogo pewnie już nie zdziwi, że dni te były sponsorowane przez chorobę. Niby nic nadzwyczajnego (bo od września tylko o tym tu piszę), ale tym razem było inaczej. W czwartek wróciłam do domu z biegunką (14 dni w przedszkolu- nowy rekord), na całe szczęście zdążyliśmy z tatą kupić choinkę. Wieczorem puściłam parę pawików, znacząc drogę (znaczy się głównie łóżko i okolice). Mama musiała znowu prać i sprzątać. W piątek ubraliśmy nasze drzewko, które ozdabia duży pokój. W sobotę było już niby dobrze i spędziliśmy Wigilię u babci Ani i dziadka Marka z moimi kuzynami i ich rodzicami. Lenka na cyckowym więc nie jadła, ja po przejściach więc też nie jadłam. Zostało to co najprzyjemniejsze czyli prezenty. Było ich dużo i bardzo mi się podobały. W ten wieczór bardzo piszczałam więc rodziców wcale nie zdziwiło że całą noc przekaszlałam. Mieli zmartwienie bo nie wiedzieli czy jechać do Krakowa czy lepiej nie ryzykować i zostać w domu. Na moje szczęście w niedziele po śniadaniu ruszyliśmy w drogę. Nie byliśmy tam od września. Lnuśka dzielnie zniosła podróż, tzn. przespała całą drogę. Na miejscu czekały na nas babcia Krysia, nasza prababcia Stasia i oczywiście najukochańsza Karinka.
Lenka miała okazję poznać babcię Stasię, bo przecież przez te choroby nie udało nam się jeszcze pojechać do Stalowej Woli. Wszystko było pięknie bo byli bliscy ludzie i oczywiście kolejne prezenty. W poniedziałek poległa mama, na szczęście gorączce nie towarzyszyły inne sensacje. Wtorek też nie zaczął się obiecująco, ale za to w środę było już lepiej. Babcia Krysia zabrała mnie na szopki, a co za tym idzie na spacerek po Krakowie. Było chłodno, ale ile można siedzieć w domu?? Wieczorem odwiedziliśmy ciocię Karinę i wujka Bartka i bardzo chciałam u nich zostać na noc. Niestety oni następnego dnia szli do pracy, a my wracaliśmy do naszego kraju, do Częstochowy.
Sylwestra spędziliśmy całą naszą czwórką w domku. Najpierw tańczyliśmy, a później oglądnęliśmy sexmisję. Trochę to było dla mnie skomplikowane (ale wolałam to od KLANU URWISÓW) i dziwiło mnie że Ci panowie ciągle uciekali (oczywiście im kibicowałam, choć przecież nie lubię chłopaków). Lenka usnęła po 22, ja się dzielnie trzymałam. Rodzice wyciągnęli zimne ognie, och cóż to za zabawa. Nie mogłam doczekać się sztucznych ogni. Ok 23:30 mama zauważyła, że ja mam już dość. Tatuś otworzył szampon, na który czekałam. Wypiłam łyczka i już chciałam iść spać. Mama zabrała mnie jeszcze do okna, żebym popatrzyła na te wcześniejsze fajerwerki. Niestety nie miałam siły na nie patrzeć, nawet kolejne zimne ognie mnie nie rozbudziły. O 23:50 usnęłam smacznie w swoim łóżeczku.



---------------------------------------------------------------------------------------------------ZDJĘCIA------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Oj, kiepska ze mnie siostra, bo tak mało o Lence piszę. Już nadrabiam i notuję zdań kilka. Niewątpliwym jej osiągnięciem jest zmiana pozycji leżenia z plecków na brzuszek (na płaskim), nadal ćwiczy siadanie i trzyma się coraz lepiej. Ostatnio mniej mówi, a o jej cudowny uśmiech mogą się starać tylko Ci których Lenka zna i poznaje. Babcie w Krakowie doczekały się szczodrości dopiero po 2 dniach. Obcym mogą się dostać nawet wielkie łzy. Poza tym chyba nikt poza mną nie potrafi rozbawić jej do łez. Tylko ja umiem tak wariować, wydawać z siebie tak nieludzkie dźwięki, że ona aż się dusi ze śmiechu. Tylko, chyba mama nie lubi jak się tak wydurniamy po 21. Bo z Krakowa przywiozłyśmy nowy zwyczaj, późnego chodzenia spać. Ja póki co nie chodzę do przedszkola więc nie muszę rano się zrywać więc zasypiam o 22:30. Wracając do naszego krasnalka. Musicie pamiętać, że nie należy w ciepłej kąpieli znienacka wylewać miedniczki zimnej wody na brzuch. Ja już to wiem, grozi to przeraźliwym płaczem małego człowieka i złością mamy. Skąd ja to mogłam wiedzieć??

W Empiku:
- Mamo ja też chcę sobie wybrać książkę.
- Dobrze.
Szukałyśmy, znalazłyśmy, w drodze do kasy:
- Mamo ja zapłacę, wzięłam swój portfelik. - paradowałam przez sklep z różową torebką, w której znajdowały się moje pieniążki. Mama obawiała się, że na całe zakupy mi nie wystarczy. Zdziwiła się i chciała dać z moich oszczędności końcówkę (7 zł). Młody pan przy kasie zaproponował by wysypać pieniążki, a gdy zobaczył te złote spytał się czy chcemy się pozbyć. Mama się zgodziła nie pytając mnie o zdanie. Pan odliczał i zabierał moje złote monety, aż mi łzy zaczęły lecieć:
- Mamo on bierze wszystko, eee
Mama tłumaczyła i tłumaczyła, nie wiedząc jak zachować powagę. Pan się wystraszył, a ja dalej płakałam. W końcu się uspokoiłam bo mama oddała mi swoje drobne i obiecała że tatę też namówi. Nieprzyjemne to płacenie. Tylko czemu wszystkim dorosłym było tak wesoło??


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz