sobota, 2 lipca 2016

Inna bajka, cz. I

Na ten post nie mam pomysłu, nie wiem jak go napisać. To jest inna bajka, cudownie spędzony czas wypełniony cudownymi widokami. Wszystko zaczęło się gdy mama wypowiedziała te pamiętne słowa "zróbmy coś bo oszaleję". Tata wziął je bardzo do siebie i chciał zrobić wszystko, żeby jednak mama nie oszalała. Postanowili odwiedzić ciocię Anię i wujka Grześka w Norwegii. Trzeba było znaleźć wolny weekend, żeby wszystkim pasowało zamówić bilety na samolot i wyruszyć do kraju trolli i fjordów. To było wielkie przeżycie dla nas wszystkich. Po pierwsze, cioci i wujka nie widzieliśmy 3 lata, Lena ich już nie pamiętała. Po drugie, my i mama nigdy  nie leciałyśmy samolotem. Po trzecie, okazało się, że zakochaliśmy się w tym kraju, w tych widokach....
Zaczęło się w piątek 10.06.2016,  kiedy udaliśmy się na lotnisko w Pyrzowicach. Po drodze Lena oświadczyła, że ją strasznie boli brzuch. Łzy w oczach i nieplanowany postój. Podstawowe zabiegi nie pomogły, mama już żegnała się z lotem:
- Masz Lenko gumę, ona pomaga na ból brzucha.
Jeszcze chwilę Lena skręcała się w foteliku, aż mamę zaczął boleć brzuch... Całe szczęście guma zadziałała i dotarliśmy na pokład samolotu. Lenka była trochę rozczarowana, że nikogo z nas nie przeszukali (bo ona chciała podnieść ręce w bok i żeby sprawdzili czy nic nie schowała). Ja się trochę obwiałam czy nie rozprują naszych misiów, ale i one w całości dotarły na nasze miejsca w samolocie. Przed startem dostaliśmy gumę do żucia - ona też działa na uszy i czekaliśmy w napięciu na start. Mieliśmy jedno miejsce przy oknie i podczas lotu zmienialiśmy się na nim. Mamie dostał się chyba najciekawszy fragment, gdy zbliżaliśmy się do lądowania. Na mnie i Lenie nie robiły wrażenia widoki z góry, ani że jesteśmy w chmurach. Lenkę bawiły małe postacie zwierząt, ludzi, małych domków, aut. Mamie czoło przykleiło się do okienka i podziwiała Norwegię z lotu ptaka. Lot minął szybko, bez turbulencji, trochę uszy się nam zatkały, ale pierwszy lot już za nami. Na lotnisku czekała Ciocia Ania i zabrała nas do ich domku. Lena miała małą tremę, ale jak to zwykle bywa rozkręcała się i przyzwyczajała do nowego otoczenia i nowej cioci i wujka. Ja trochę się popisywałam, ale tak już mam. Chcę wszystkim pokazać, że nie jestem już taka mała i mogę robić znacznie więcej niż Lena i niż rodzice mi pozwalają. Później z pracy przybył wujek i po wspólnym obiedzie zaczęliśmy się szykować na pierwszy spacerek. Wujek musiał zostać w domu, bo nie zmieścilibyśmy się w aucie. Ciocia Ania przygotowała dla mnie i Leny książeczki z informacjami dokąd nas zawiezie, co zobaczymy, są tam nawet kolorowanki. Na pierwszy ogień poszło niewielkie wzniesienie Danfosen, z którego rozciągały się niesamowite widoki na Norwegię i na Stavanger- niedaleko którego ciocia i wujek mieszkają. Świeciło słoneczko i było ciepło, chociaż momentami wiało. Na początku trasy było niewielkie jezioro, po którym brodziło dziecko. Lenka tak się zapatrzyła, że zapomniała że ma buty i sama weszła do wody. Na szczęście miała odpowiednie obuwie i jej nie przemokło. Bardzo nam się spodobało przejście dla owieczek- dwie drabinki (to przejście dla ludzi), a po środku takie drzwiczki działające jak gilotyna. W Norwegii jest dużo owieczek i trzeba przyznać, że o tej porze roku to często tam pachnie kupą. Mama zachwycała się soczystą zielenią i krajobrazem. Ciocia mówiła, że w tym roku czerwiec w Stavanger jest wyjątkowo ciepły i że rzadko jest tak zielono o tej porze. Wśród traw wypatrywaliśmy owiec, które udawały głazy. Nasza droga stawała się coraz bardziej stroma i trzeba było się wspinać po skałach. Lena najchętniej robiłaby przerwy. Posuwaliśmy się do przodu, a właściwie do góry by na szczycie złapać oddech. Tata niosący aparat pstrykał co chwilę zdjęcia, by wszystko uwiecznić. Tylko, że zdjęcia tego nie oddają... Ciocia po drodze opowiadała rodzicom o Norwegii, jak tam się mieszka, pracuje, żyje. Widoki zapierały dech, zwłaszcza rodzicom. Lenę najbardziej ucieszyło poznanie na szczycie pary Polaków. Nie, żeby miło jej się rozmawiało, po prostu pani poczęstowała nas cukierkami. Nie będę się już rozpisywać, a pokażę kilka zdjęć....














sobota, 25 czerwca 2016

KONIEC roku szkolnego, mamy wakacje

Od tygodnia chcę usiąść przy komputerze i napisać:
Niedawno był pierwszy dzień szkoły, a już mamy ostatni tydzień, ostatni poniedziałek...już zaraz wakacje.
Nie znalazłam czasu i już nie mogę tak zacząć.

Ostatni tydzień roku szkolnego minął, wczoraj otrzymałam swoje pierwsze świadectwo. Ukończyłam pierwszą klasę i  zasłużyłam na wakacje. Ostatnie dni były bardzo pracowite. Wszystkie dodatkowe zajęcia kończyły się uroczyście. Była dodatkowa próba z baletu przed końcowym występem, który odbył się na sali Politechnik. Wszystkie grupy baletowe przygotowały "Dziadka do orzechów". Mieliśmy piękne kolorowe stroje i każdy dał z siebie wszystko, żeby wyszło pięknie. Wyszło świetnie, udało nam się przenieść widzów do tej pięknej opowieści. Widownia była pełna, przyszli rodzice, rodzeństwo, niektórzy zaprosili dziadków, wujków, ciocie, sąsiadów, kuzynów... Brakowało biletów dla wszystkich chętnych. Po tym kulturalnym wydarzeniu uczciliśmy zbliżający się koniec roku szkolnego z moją przyjaciółką Hanią, jej siostrą Julką- najlepszą koleżanką Lenki na działce cioci Ani. Rodzice zorganizowali grilla, a my hasałyśmy w baseniku. Lubię takie spotkania z koleżankami, mam nadzieję że w wakacje będzie na nie więcej czasu. Z kolei w Bystrzaku odbyły się pokazowe zajęcia podczas, których chwaliliśmy się przed rodzicami o czym się uczyliśmy, jakie eksperymenty wykonywaliśmy podczas zajęć. Lena miała tak wielką tremę, że dopiero w połowie zajęć usiadła ze swoimi kolegami i koleżankami. Była tak przejęta, że nie chciała się odkleić od mamy, a nawet się popłakała. Gdy w końcu usiadła w kółku i pani zadała jej pytanie, na które świetnie odpowiedziała na jej buzi pojawił się uśmiech i  zaczęła się doskonale bawić. Ja poradziłam sobie świetnie, chociaż eksperyment który miałam przedstawić robiłam pierwszy raz sama. Bałam się, że coś mi nie wyjdzie, a wyszło... Szczerze mówiąc to cieszyłabym się z wakacji bardziej gdyby były zajęcia z Bystrzaka. Bardzo lubię tam chodzić bo mogę się tam dużo nauczyć i robić eksperymenty, których w domu, ani w szkole nie robimy. Gdy ja miałam próbę z baletu Lenka w przedszkolu miała festyn. Podczas, którego tańczyła, śpiewała i brała udział w pokazie mody ekologicznej. Najpierw się zarzekała, że nie chce się przebrać za śmiecia i na nic były tłumaczenia... Gdy mama się poddała z przekonywaniem to Lenka dzień przed festynem postanowiła zostać ekologiczną modelką. Dobrze, że rodzice zdążyli przygotować dla niej strój. No i dobrze, że oboje byli bo mama by nie dała rady być w dwóch miejscach na raz. Dużo się działo i chyba wszyscy w domu cieszymy się na te wakacje.

Dziś zamieszczę kilka zdjęć z naszej rowerowej wyprawy na lody. Pojechaliśmy do Olsztyna na lody, cała trasa miała ok 40 km. Rodzice pękali z dumy, że poradziłam sobie. Miałam chwile zwątpienia gdy wyrosło przed nami ogromne wzniesienie tuż przed Olsztynem. Mama się zastanawiała jak ja dam radę dojechać drugie tyle do domu. Nie wiem jak to się dzieje, ale jak wracałam to nie marudziłam ani razu i byłam mniej zmęczona. Mama mówi, że my tak lubimy pomarudzić na początku, a później się rozkręcamy.



wtorek, 31 maja 2016

O sukcesach Leny i śmiesznej Śmieszcze.

Chwila na wsi.
Maj się kończy, może uda się jeszcze napisać małego pościka. Dziś nie będę opisywać wypraw, bo ostatnio poza wizytą w Krakowie i Zatorze ( w energyladii- gdzie się doskonale bawiliśmy, zwłaszcza rodzice) czas spędzamy raczej stacjonarnie. Nie próżnujemy bo czasu na to brakuje, a jak już mamy wolny dzień to odsypiamy zmęczenie po tygodniu gonitwy i relaksujemy się na spacerach... Muszę pochwalić TU (na blogu) Lenę bo nauczyła się jeździć na rowerze na dwóch kołach. Mama i tata się odrobinkę nabiegali za nią, ale udało się. Lena nie czuje się jeszcze pewnie, ale to przez to że za mało ma praktyki i za duże przerwy.  Jeszcze zrobimy z niej prawdziwego kolarza. Miała również sukcesy sceniczne. W przedszkolu były występy z okazji dnia mamy i taty. Najpierw dostała rolę ZŁOTEJ RYBKI, ale odmówiła występu z drapiącym ogonem. Ostatecznie została Małgosią, a Jasiem był Staś. Lenusia pięknie mówiła swoją rolę, nic nie zapomniała tylko nieco trema ją zjadła i mocny, głośny na co dzień głosik zdecydowanie osłabł. Ja już jestem za duża na takie
Dziewczynki i chomik
przedstawienia, śmieszą mnie. Przychodzę na nie z moją najlepszą koleżanką Hanią (ona ma siostrę w grupie Leny) i czasami się z nich śmiejemy (ale cicho). Prócz tych osiągnięć mojej siostry w naszym domu zaszły zmiany. Mama kupiła nam chomika, trafiła nam się bardzo urocza dziewczynka. Nazwałam ją Śmieszka (bo jest śmieszna), ale wołamy na nią Mała. Poznała się z naszą świnką Martą, ale w zasadzie nie zwracają na siebie uwagi, a podobne są do siebie jak ojciec (bo Marta to chłopak) i córka. Ja bym chciała jeszcze jednego chomika (koleżance ze szkoły urodziły się małe), ale mama już się nie zgadza. Sama miała tyle zwierzątek, a my to co? My mamy tylko dwa, to takie niesprawiedliwe. Muszę koniecznie zrobić zdjęcie naszego nowego domownika- bo tu trochę go nie widać ;) (trzymam go w ręku). Tym skromnym wpisem kończę maj, a już jutro DZIEŃ DZIECKA i zaczynamy czerwiec (do wakacji został niecały miesiąc).

niedziela, 15 maja 2016

"Zróbmy coś bo oszaleję" cz. 2 czyli rajd 3 pokoleń

Oj, wiosna i lato nie sprzyjają pisaniu. Zdecydowanie lepiej rozpocząć kolejną przygodę, niż siedzieć przed komputerem. Skoro aura nie do końca sprzyja, to może uda mi się nadrobić blogowe zaległości. Mam pewną historię, którą muszę tu zamieścić (by nie przepadła w niepamięci). Ostatnio pisałam o tym, że mama była spragniona "wyruszenia w Świat". Zabraliśmy ją do Wrocławia, ale jej było ciągle mało. Chciała pooddychać świeżym powietrzem, nabrać sił... Mama mówi, a tatuś stara się sprostać jej zachciankom. Oświadczył "jedziemy w góry", a pomysł spodobał się nie tylko nam. Przyłączyli się do nas babcia Ania i dziadek Marek. 
W sobotę 16 kwietnia, z samego rana wyruszyliśmy naszym Rekinem (tak nazywała nasze auto Lena). Byłyśmy z Leną przygotowane jak nigdy. udało nam się wyruszyć o planowanym czasie (a z nami to na prawdę bardzo trudne). Gdy dojechaliśmy do Żabnicy (Beskid Żywiecki) świeciło słonko, a niebo było błękitne. W końcu znaleźliśmy się na szlaku, chociaż najpierw szliśmy asfaltem... Postoje najczęściej zarządzała Lena. Pomalutku, każdy swoim tempem... Najdziwniejsze jest to, że im dłużej szliśmy tym my mniej marudziłyśmy. Bo trochę marudziłyśmy:
- Daleko jeszcze?
- Gdzie to schronisko?
- Nóżki mnie bolą.


Gdy dotarliśmy na wysokość schroniska na Hali Boraczej (854 m n.p.m) dorośli zasiedli by złapać oddech, a my biegałyśmy, hasałyśmy (by dać odpocząć naszym bolącym nóżkom).

Od tego tego momentu już nie marudziłyśmy. Droga była piękna, widokowa. Później zamieniła się w wąską ścieżkę, a ja i Lena zaczęłyśmy się bawić w przewodniczki. Wędrówka nabrała tempa, a strumyczki, które trzeba było pokonać były fantastycznym wyzwaniem. Niestety przewodniczka Lena poślizgnęła się na kamieniu i troszkę się potłukła.  Uznała, że to zabawa dla Mai i troszkę popsuło jej to humor. Szła dzielnie, mimo obitej nogi, obtartych od butów stóp szła trzymając się już przezornie ręki mamy:
- Mamusiu jestem śpiąca.
Takich słów mama się nie spodziewała. Trochę nie dziwła się Lenusi,bo już dużo przeszła, a trasa bywała wymagająca jak na takiego malucha. Wiecie co rozbudziło naszego zucha?? Bitwa na śnieżki. Tak! znaleźliśmy całkiem sporo śniegu (a tej zimy miałyśmy go baaardzo mało). Lenka odzyskała siły i już nie usypiała na szlaku. 




Doszliśmy do schroniska na Hali Lipowskiej (1324m n.p.m.). Tu wszyscy zjedli zasłużony obiad. Przybiłyśmy pięczątki i mogliśmy ruszać w dalszą drogę. Do następnego schroniska położonego na wysokości 1290 m n.p.m. na Hali Rysianka doszliśmy po wędrówce w zimowej aurze. Byłyśmy bardzo zmęczone i szybko znalazłyśmy sobie zabawę na świeżym powietrzu. Gdy słońce kładło się spać nazbieraliśmy z innymi turystami drzewa na ognisko.

Tego dnia w schronisku było dużo dzieci. Rozbiegły się one po hali, a ich rodzice zasiedli przy ogniskach i piekli kiełbaski. Noc zapadła już ciemna, a ciepło było już tylko blisko ognia. Lena ledwie patrzyła na oczy ze zmęczenia, ale zjadała kolejną kiełbasę. My dzieci to mamy fajnie, bo jak doszłyśmy do naszego pokoju to w nas wstąpiły nowe siły. Chwila wygłupów w śpiworach i...
Wstał nowy dzień, piękne słoneczko, zimny wiaterek... By nabrać sił przed wędrówką nie ma jak jajecznica, pajda chleba i ciepła herbata. Do naszych notesików trafiły kolejne pieczątki i dostałyśmy koszulki z RYSIEM(!) na pamiątkę. Ostatnie zdjęcia przed schroniskiem i w drogę... Krajobrazy, krokusy, żabi skrzek, źródełka, potoczki, strumyczki... Droga była niezwykle widokowa i pełna przeszkód do pokonania. Dziadek prowadził, ja i babcia daleko za nim, a rodzice i Lena na końcu. Na trasie spotkaliśmy zejście ze skały, gdzie były łańcuchy. Mama najadła się tam strachu, ale nie że ma lęk wysokości czy tego typu sprawy. Zeszła pierwsza i miała przejąć Lenkę. Nagle słyszy, jakieś stękanie...
- Kuba słyszysz??
- Co??
- No to stękanie...- nasłuchują
- Nie, nic słyszę. Weź Lenkę...- gdy tata schodził pomału z Lenką mama znowu usłyszała:
- A teraz słyszałeś??
- Nie... to pewnie drzewa.
- Nie to nie drzewa... raczej jakieś zwierze... może niedźwiedź...
- Eee tam drzewa.
- Czytałam, że na Słowacji....
Mama nerwowo się rozglądała, dźwięk usłyszeli znowu, ale tata nadal twierdził że to stare drzewa od wiatru skrzypiały. Mama chętnie odeszła z tego miejsca z przekonaniem, że to jednak jakiś zwierz.
Ja i babcia i grupa rodziców mieliśmy przy sobie  krótkofalówki i co jakiś czas nawiązywaliśmy kontakt. Dziadek, który wyszedł na prowadzenie posiadał jedynie telefon komórkowy. Niestety nie posiadaliśmy zasięgu. Tym prostym sposobem nasza ekipa się pogubiła. My dotarliśmy do Górskiej Stacji Turystycznej "Słowianka", ale dziadka tam nie było. Stąd już był rzut beretem do naszego Rekina. Z lekkim niepokojem schodziliśmy z gór, próbując złapać zasięg. Czy dziadek na pewno trafi na miejsce? Niepokój, niepokojem, ale humorki dopisywały. Nasza wędrówka już się kończyła. Z jednej strony ja i Lena cieszyłyśmy się bo zrobiło się płasko i szło się o wiele przyjemniej, ale z drugiej strony to była bardzo fajna wyprawa. Przy aucie spotkaliśmy dziadka i wszyscy razem poszliśmy na lody dla dzielnych wędrowców. 
















Wyprawa oczami taty:

niedziela, 24 kwietnia 2016

"Zróbmy coś bo oszaleję" cz.1

  Miesiąc temu byliśmy tak "zasiedzeni" w domu, że nie miałam o czym pisać. Teraz działo się tyle, że nie było czasu na obowiązki domowe, a już nie wspomnę o siedzeniu przy komputerze. No, ale dziś się uda. Tatę wysłałyśmy do pracy, mamę przeziębiłyśmy na placu zabaw i tym sposobem załatwiłyśmy nam spokojny weekend w domu (nie licząc krótkich spacerów). 
   Teraz kolej na miłe wspomnienia, to co lubię najbardziej :). Mama ma tak, że ją czasami nosi. Ona lubi być w domu, ale jak siedzi za długo to ją zaczyna wszystko wkurzać. Ostatnio tak się składało, że albo ktoś z nas był chory (łącznie z niechorującą mamą), albo auto u mechanika, tata w pracy lub po prostu paskudna pogoda. W końcu nadszedł weekend gdy kilka tych czynników sprzyjało, żeby jakoś fajnie spędzić czas. Tylko prognoza pogody dla większości Polski głosiła: OPADY DESZCZU!!! Mama była zdesperowana i powiedziała, że ona oszaleje jeśli gdzieś nie pojedziemy i nie zrobimy czegoś superanckiego. Tata uwielbia spełniać jej zachcianki i zorganizował weekend we Wrocławiu. Już tam kiedyś byliśmy i szukałyśmy krasnoludków, ale jeszcze wiele ciekawych miejsc zostało nam do odkrycia. 
   W sobotę rano wystartowaliśmy w strugach deszczu licząc, że prognozy pogody się nie sprawdzą. Pierwszym punktem naszego weekendowego programu było Afrykarium. Gdy byliśmy w ZOO poprzednim razem dopiero go budowano. Teraz udało nam się je zwiedzić bez kolejek i bez dzikiego tłumu gapiów. 
Cieszyliśmy się rybkami, pingwinkami, płaszczkami, hipopotamami, kotkikami afrykańskimi (czyli uchatkami), manatami, krokodylem, żółwiem. Rodzice przed każdą szybą stali i z otwartymi buziami oglądali ten podwodny świat. My im te buzie zamykałyśmy okrzykami: " No chodźcie dalej!!" "teraz tam!!"" No szybciej, ile można...". Na mnie i Lenie największe wrażenie zrobiły płaszczki i rekiny. Mama zachwycona była olbrzymim żółwiem, wodospadem przy zbiorniku z hipopotamami, ruchliwymi i wesołymi pingwinkami. Tata zachwycał się wszystkim od strony technicznej i próbował robić zdjęcia. Jest tam taki tunel, gdzie otaczała nas woda z trzech stron. Nad nami pływały płaszczki, rybki, żółwie...Co tu dużo gadać wszystkim podobało się wszystko... Na koniec wędrówki dostałyśmy po maskotce na pamiątkę, chociaż mama nieraz się zarzekała "już nigdy nie kupimy żadnych miśków, nie ma gdzie tego trzymać...". Miło było tak razem oglądać, nikt nie marudził, wszyscy byli zadowoleni, a gdy wyszliśmy z afrykarium przestało padać i udało nam się pospacerować po ZOO. Na popołudnie tata zakupił bilety do Teatru Lalek na spektakl "Po sznurku". Sztuka "inna" niż zawsze, może dlatego że przeznaczona dla starszych dzieci. Dla mnie i Leny nieco nielogiczna, ale przez absurdalność wypowiadanych kwestii wywołująca salwy śmiechu:
Aktorka: Boję się mydła.
Lena: Mamo, ona powiedziała, że boi się mydła!! - wykrzykiwała śmiejąc się Lena
A: Boję się prysznica.
L: Ona boi się....
Sztuka opowiadała o świecie ludzi "innych", przez chorobę (np. dauna) patrzących inaczej na świat niż my. Za wyobraźnią głównego bohatera ciężko było nadążyć. Śmiałyśmy się całe przedstawienie, ale gdy padło pytanie rodziców o czym było, to nie umiałyśmy odpowiedzieć. Gdy próbowałyśmy opowiedzieć o czym aktorzy mówili to nic się nie trzymało tzw. kupy. Rodzice mówią, że to było o niezwykłej wyobraźni, która potrafi stworzyć niesamowite historie. Po takiej dużej dawce pożywienia dla duszy, poszliśmy ucieszyć nasze podniebienia. Na kolację dostałyśmy wielką porcję lodów. Niesamowicie się złożyło, bo tego dnia były moje imieniny. W kroplach deszczu wróciliśmy późnym wieczorem do naszego hostelu. Rodzice szybko zasnęli, chyba ich zmęczyła ta dawka atrakcji. W niedzielę aura nie była łaskawsza, ale to nic, bo tym razem udaliśmy się do aquaparku. Gdy przyszyliśmy było znośnie (chodzi o ilość ludzi), ale kolejki ( i pchające się dzieci) do zjeżdżalni skutecznie mnie zniechęciły do tych atrakcji. Co do zadowolenia z tego punktu programu zdania były najbardziej podzielone, ale nam, dzieciom, bardzo się podobało. Głodni, zmęczeni udaliśmy się do centrum miasta w poszukiwaniu żywności. Miały być pyszne naleśniki, ale kolejka z lokalu wychodziła na ulicę. Udaliśmy się na burgery, ale takie prawdziwe. Tata się śmiał, że bułka była wielkości głowy Leny. Próbowaliśmy je jeść zgodnie z instrukcją, ale ciężko nam to szło. Wszystko wypadało i kapało... Mama ledwie zjadła (myślała, że pęknie), ja śmiało mogłam iść na deser z naleśników, a tata dojadł resztkę za Lenę. Rodzice byli w szoku, że tyle wciągnęłyśmy i że mi było mało. Najedzeni, zadowoleni, w lekkiej mżawce ruszyliśmy szukać krasnali. Idąc w góry mamy taką zabawę, że szukamy szlaku i krzyczymy "zaplute zamazane". Teraz szukałyśmy krasnali:
Lena: No nie, ja nie mam żadnego krasnala. Wszystkie są Mai.
Na koniec tego zdania kapały wielkie łzy. Powiem, że chętnie wsiedliśmy do ciepłego, suchego autka i wróciliśmy do domu.
  Tu wychodzimy spod wody. Po lewej widać pupy hipopotamów.



 Ryby mają bardzo zabawne miny.

 Co mówią nasze miny:
Ja- No pośpiesz się, ja też chcę zrobić zdjęcie.
Lena: Czy już mam się uśmiechnąć.
Mama: Szybko bo Lena wcale nie jest taka lekka...








 Okapi: zebra, żyrafa, koń...

 We Wrocławckim Zoo powstało też Odrarium. Można tam zobaczyć jakie rybeńki żyją w Odrze.




sobota, 26 marca 2016

Wesołego Arreruja!!!

Minął prawie miesiąc od ostatniego wpisu, ale daję słowo nie mam czasu. Co gorsze nie bardzo jest o czym pisać. Oczywiście są sprawy ważne- codzienne... Była sprawa Juliana, który porwał moją SOWĘ i wrzucił ją do wiadra z brudną wodą. Zacznijmy od początku... Przeczytałyśmy z mamą Harrego Pottera, a on ma sowę Hedwigę. Książka bardzo mi się podobała, wzbudzała wiele emocji. Bałam się o głównych bohaterów:
- Boję się, co się stanie?
- Nie wiem, ale może nie czytajmy jak się boisz?- odpowiadała mama
- Czytaj, ale przecież ty wiesz.
- Już nie pamiętam, na pewno dobrze się skończy bo przecież jest dużo części.
- Czytaj!!
Koniec rozdziału:
- No jak tak można? Przerywać w takim momencie, czytaj dalej.
- Nie mam już siły, długie są te rozdziały.
- Czytaj, proszę czytaj...
Teraz czekam, aż mama kupi drugą część. Próbowałam pożyczyć w bibliotece, ale się nie udało. Także teraz wróciłam do mojego ulubionego autora Adama Bahdaja. Przyszła pora na "Kapelusz za 100 000". Uwielbiam zagadki, śledztwa, magię, zwierzęta i pluszaki. Gdy spotkałam w sklepie śnieżnobiałą sowę postanowiłam ją mieć. Musiałam odkładać na nią pieniążki (z kieszonkowego, bo wszystkie oszczędności wydałam na klocki lego - je też uwielbiam) i udało się. Z dumą poszłam i sama sobie kupiłam sowę, którą nazwałam Hedwigą. Oczywiście wszędzie z nią chodziłam, aż pewnego dnia Julian z mojej klasy porwał ją. Śnieżna sowa po kąpieli w ohydnej wodzie zrobiła się brudna, śmierdząca i miała naderwany ogonek. Bardzo zasmuciło mnie to wydarzenie, na szczęście udało się ją odratować.

Lena w ostatnich tygodniach popadła w skrajność i nadużywa litery R i mówi "rarka",  "ratarka", "rub", "roreta"...  Okazało się też, że umie czytać krótkie wyrazy. Idziemy sobie, a ona:
- H-O-T-E-L, mamo tu jest hotel! - zdarza jej się używać litery L.
Ja natomiast zaczytuję się w kawałach, a później opowiadam je bez końca moim rodzicom.
- Wiecie jak nazywa się opiekun strusia??
- ANIOŁ STRUŚ!!

Teraz mamy Święta Wielkanocne i spędzamy je w Krakowie. Tradycji stało się zadość i jedna z nas się rozchorowała, zmieniając ambitne plany rodziców. Mama prowadzi takie obserwacje, że jak przyjeżdżamy do Krakowa, albo są jakieś Święta to jedno z naszej czwórki (lub więcej) choruje. Tym razem padło na mnie. "Niestety" nie mogłam pójść święcić koszyczka. Reprezentowała nas Lena i rodzice. Poszli z malutkim koszyczkiem do Katedry na Wawelu. Ku ich zdziwieniu ksiądz tam święci expresowo. Gdy przyszli, akuratnie skończyła się jedna tura. Nasz koszyczek stał samotnie na wielkim stole. W oczekiwaniu na innych mama i Lena poszły oglądać groby królów:
L: Tu nie ma żadnego zwierza, chodźmy szukać gdzie indziej.
Lenkę zainteresowały posągi lwów, a najbardziej pieska leżącego u stóp królowej Jadwigi. Gdy wróciły do koszyczka, on nadal stał samotny. Ksiądz postanowił go poświęcić bez towarzystwa innych koszyczków... Najpierw wypytał Lenkę, kto piekł, kto gotował jajka. Powiedzmy, że powiedziała prawdę... To była expresowa święconka w istnie szalonej aurze (deszcz, słońce, deszcz).

Wesołych Świąt!!