sobota, 2 lipca 2016

Inna bajka, cz. I

Na ten post nie mam pomysłu, nie wiem jak go napisać. To jest inna bajka, cudownie spędzony czas wypełniony cudownymi widokami. Wszystko zaczęło się gdy mama wypowiedziała te pamiętne słowa "zróbmy coś bo oszaleję". Tata wziął je bardzo do siebie i chciał zrobić wszystko, żeby jednak mama nie oszalała. Postanowili odwiedzić ciocię Anię i wujka Grześka w Norwegii. Trzeba było znaleźć wolny weekend, żeby wszystkim pasowało zamówić bilety na samolot i wyruszyć do kraju trolli i fjordów. To było wielkie przeżycie dla nas wszystkich. Po pierwsze, cioci i wujka nie widzieliśmy 3 lata, Lena ich już nie pamiętała. Po drugie, my i mama nigdy  nie leciałyśmy samolotem. Po trzecie, okazało się, że zakochaliśmy się w tym kraju, w tych widokach....
Zaczęło się w piątek 10.06.2016,  kiedy udaliśmy się na lotnisko w Pyrzowicach. Po drodze Lena oświadczyła, że ją strasznie boli brzuch. Łzy w oczach i nieplanowany postój. Podstawowe zabiegi nie pomogły, mama już żegnała się z lotem:
- Masz Lenko gumę, ona pomaga na ból brzucha.
Jeszcze chwilę Lena skręcała się w foteliku, aż mamę zaczął boleć brzuch... Całe szczęście guma zadziałała i dotarliśmy na pokład samolotu. Lenka była trochę rozczarowana, że nikogo z nas nie przeszukali (bo ona chciała podnieść ręce w bok i żeby sprawdzili czy nic nie schowała). Ja się trochę obwiałam czy nie rozprują naszych misiów, ale i one w całości dotarły na nasze miejsca w samolocie. Przed startem dostaliśmy gumę do żucia - ona też działa na uszy i czekaliśmy w napięciu na start. Mieliśmy jedno miejsce przy oknie i podczas lotu zmienialiśmy się na nim. Mamie dostał się chyba najciekawszy fragment, gdy zbliżaliśmy się do lądowania. Na mnie i Lenie nie robiły wrażenia widoki z góry, ani że jesteśmy w chmurach. Lenkę bawiły małe postacie zwierząt, ludzi, małych domków, aut. Mamie czoło przykleiło się do okienka i podziwiała Norwegię z lotu ptaka. Lot minął szybko, bez turbulencji, trochę uszy się nam zatkały, ale pierwszy lot już za nami. Na lotnisku czekała Ciocia Ania i zabrała nas do ich domku. Lena miała małą tremę, ale jak to zwykle bywa rozkręcała się i przyzwyczajała do nowego otoczenia i nowej cioci i wujka. Ja trochę się popisywałam, ale tak już mam. Chcę wszystkim pokazać, że nie jestem już taka mała i mogę robić znacznie więcej niż Lena i niż rodzice mi pozwalają. Później z pracy przybył wujek i po wspólnym obiedzie zaczęliśmy się szykować na pierwszy spacerek. Wujek musiał zostać w domu, bo nie zmieścilibyśmy się w aucie. Ciocia Ania przygotowała dla mnie i Leny książeczki z informacjami dokąd nas zawiezie, co zobaczymy, są tam nawet kolorowanki. Na pierwszy ogień poszło niewielkie wzniesienie Danfosen, z którego rozciągały się niesamowite widoki na Norwegię i na Stavanger- niedaleko którego ciocia i wujek mieszkają. Świeciło słoneczko i było ciepło, chociaż momentami wiało. Na początku trasy było niewielkie jezioro, po którym brodziło dziecko. Lenka tak się zapatrzyła, że zapomniała że ma buty i sama weszła do wody. Na szczęście miała odpowiednie obuwie i jej nie przemokło. Bardzo nam się spodobało przejście dla owieczek- dwie drabinki (to przejście dla ludzi), a po środku takie drzwiczki działające jak gilotyna. W Norwegii jest dużo owieczek i trzeba przyznać, że o tej porze roku to często tam pachnie kupą. Mama zachwycała się soczystą zielenią i krajobrazem. Ciocia mówiła, że w tym roku czerwiec w Stavanger jest wyjątkowo ciepły i że rzadko jest tak zielono o tej porze. Wśród traw wypatrywaliśmy owiec, które udawały głazy. Nasza droga stawała się coraz bardziej stroma i trzeba było się wspinać po skałach. Lena najchętniej robiłaby przerwy. Posuwaliśmy się do przodu, a właściwie do góry by na szczycie złapać oddech. Tata niosący aparat pstrykał co chwilę zdjęcia, by wszystko uwiecznić. Tylko, że zdjęcia tego nie oddają... Ciocia po drodze opowiadała rodzicom o Norwegii, jak tam się mieszka, pracuje, żyje. Widoki zapierały dech, zwłaszcza rodzicom. Lenę najbardziej ucieszyło poznanie na szczycie pary Polaków. Nie, żeby miło jej się rozmawiało, po prostu pani poczęstowała nas cukierkami. Nie będę się już rozpisywać, a pokażę kilka zdjęć....














2 komentarze:

  1. Noo takiej przygody to można tylko pozazdrościć. Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Sam mieszkam niedaleko morza, ale uwielbiam góry. Zawsze jak jadę do Karpacza czy Szklarskiej to powala mnie to poczucie wolności i przestrzeni. No i piękno przyrody. Ech trzeba bedzie niedługo się spakować i w drogę:)

    OdpowiedzUsuń