wtorek, 26 lipca 2016

Inna bajka, cz. II

Miały być wakacje, miało być dużo czasu, żeby wszystko ładnie opisać... Czy ja jeszcze wszystko dokładnie pamiętam, czy nic nie pominę i nie pomylę? 
Dzień II

Przed wyjazdem mama chciała sprzedać mi pewną ciekawostkę:
- Wiesz Maju, że jak polecimy do Norwegii to tam w nocy będzie świecić słońce?
- Pewnie, to chyba każdy wie, że tak jest w krajach Skandynawskich.
-Yyy...- mamę nico przytkało- tatuś Ci już powiedział?
- Nie mamo, pani Renatka w Bystrzaku nam opowiadała. No, ale to chyba oczywiste?

Mama chyba była innego zdania...

Fakt, że dzień jest długi ma swoje plusy- zwłaszcza przy zwiedzaniu. Dzięki białej nocy mogliśmy późno wstać kolejnego dnia i bez pośpiechu się wyszykować.  My mieliśmy podziwiać Norwegię,a wujek tego dnia brał udział w wyścigu rowerowym... Podczas tego weekendu widzieliśmy wielu rowerzystów i ludzi aktywnie spędzających czas- ciocia Ania mówi, że tam ludzie uprawiają sporty i taki widok to normalka. Normalką jest też, że tam rzadko bywa piękna pogoda. No i właśnie ona zaczęła się nam trochę psuć, więc zmieniliśmy nieco nasze plany. Tego dnia mieliśmy podziwiać Norwegię głównie z okna samochodu, ale nie tylko. Tata znowu pstrykał zdjęcia jak szalony, a mama siedziała z nosem przyklejonym do szyby.






Nam podróż nieco się dłużyła i z wielką chęcią wyskoczyłyśmy na zwiedzanie sklepu z pamiątkami. Trzeba przyznać, że to nie był byle sklepik. Był duży i miał wiele zakamarków do odkrycia. Główną atrakcją i jednym z ważniejszych produktów jakie można tam kupić są świece. Ciocia wręczyła nam białe długie świece, a my je moczyłyśmy w pojemnikach z kolorowym woskiem i w ten sposób świece przestały być białe.

Ciężko nas było wyciągnąć z tego miejsca, tym bardziej że za oknem kropił deszcz...
Jechaliśmy dalej, a drogi stawały się coraz węższe. Trudno było się minąć dwóm osobowym autom, a gdy z naprzeciwka nadjechał autobus to dopiero była przygoda. Kierowca autokaru zmusił ciocię do cofania po krętej drodze do miejsca gdzie mogła zjechać na pobocze...


Pogoda zaczęła się klarować i dorośli postanowili rozprostować nogi. Skakałyśmy z Lenką niczym małe kozice po skałkach, wrzucałyśmy kamienie do wody, wywracałyśmy się na śniegu (tak był śnieg, ale ciocia mówi, że normalnie o tej porze roku w tym miejscu jest więcej śniegu).





Wszystko co fajne szybko się kończy i znowu wsiedliśmy do auta.
Zatrzymaliśmy się w miejscu skąd się wyrusza do słynnego Kjeragbolten- głazu zawieszonego między dwoma skalnymi ścianami (jakieś 1000 m nad fiordem). Tutaj musimy wrócić jak będziemy starsze bo trasa dla nas zbyt trudna (zwłaszcza po deszczu). Zatrzymaliśmy się tylko, żeby z tarasu widokowego spojrzeć na Lysefjord. 



 Gdy pokonaliśmy drogę w dół, stanęliśmy oko w oko z fjordem. W tak przyjemnym miejscu zjedliśmy kiełbaski z grilla. Widoki cudowne, ale mieliśmy dodatkową atrakcję. Nieopodal pasły się owieczki (w Norwegii jest ich dużo) i zostawiły wszędzie swoje kupki. Także nasz posiłek pałaszowaliśmy wśród kup, które otaczały nas niczym zakwiecona znaczy zakupkana łąka. Na koniec trzeba było tylko wyczyścić buty...





Z tego czarującego miejsca przegonił nas deszczyk... Pora była wracać do wujka, który w tym czasie zdążył przejechać 100 km trasę, wrócić do domu i przygotować dla nas obiad (nawet upiekł cisto). Po drodze ciocia pokazała nam jeszcze jedno urokliwe miejsce (ja postanowiłam zostać w aucie)... 


Wyszło słonko i ciocia spytała:
- To może jednak pójdziemy zobaczyć ten wodospad?
Mama spojrzała na trącą oczy Lenę, na auto w którym zostałam i z żalem stwierdziła:
- Chyba musimy sobie darować, one mają już dość. Która godzina?
- Ooo jest 21:45.
Tak to łatwo stracić rachubę czasu gdy słońce zachodzi ok 3 w nocy (to nie tak jak u nas) i zaraz wstaje.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz