czwartek, 1 grudnia 2011

listopadowy katar

Podsumowując listopad to 10 dni byłam w przedszkolu, a to i tak lepszy wynik niż w październiku (wtedy byłam 9 dni). Przez tydzień nie miałam kataru (czego Lenka może mi pozazdrościć bo ona ma od września non stop). Pani doktor już nas poznaje, ale chyba skończyły jej się pomysły jak nam pomóc. Katar nie byłby taki straszny gdyby nie to, że jak się on pojawia to zaraz wraca zapalenie spojówek. Tak więc większą część listopada spędziłam w domu z rodzicami i Lenką. Nasze spacery ograniczały się do najbliższej okolicy. Ja chcę już do przedszkola!! Dobrze, że chociaż mogłam trochę bawić się z Malwiniakiem i Mikim. Wczoraj nawet odwiedziła mnie Maryśka, ale ja się za nią stęskniłam. Niestety i ją bierze jakaś choroba. Oby się do jutra wykurowała, bo mieliśmy świętować jej 3 urodziny na kulkach. Ja chcę na kulki, do dzieci!!

-----------------------------------------------------------------------------------------Zdjęcia------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Leneczka chyba coraz bardziej mnie lubi. Więcej się do mnie uśmiecha i często sobie gadamy. Najlepszą porą na gaduły jest "ranek" (tzn. okolica 9). Rodzice smacznie śpią, a my zaczynamy "aaaaaaayyyyyy", "ooooooooollllllllaaaaaa", a potem się chichramy, aż w końcu te nasze śpiochy łaskawie otworzą oczy. Ja moją siostrzyczkę rozumiem doskonale. Kiedyś mama otwiera oczy, a ja koło Lenki, w jej łóżeczku. Mama była lekko zdziwiona, ale przecież Lenka kazała mi tam usiąść.

Coś na co mama nigdy nie wpadła:
- Mamo czy żółw jest gadem dlatego, że dużo gada??

Napisaliście już listy do Świętego Mikołaja?? Ja już dawno to zrobiłam i nie mogę się doczekać kiedy w końcu przyjdzie...


Prośba od mamy. Ci którzy jeszcze nie zagłosowali to żeby oddali głos na nasze przedszkole:
Częstochowa i okolice
przedszkole 13 z Gwiezdnej 2
praca ŻABEK
http://meblikkonkursy.pl/galeria_prac.php
Dzięki!!

czwartek, 17 listopada 2011

Trochę o Lence



Lenia zmienia się z dnia na dzień. Gada coraz mądrzej i jest pewna tego co mówi. Czasami ma huśtawki nastrojów, ale przecież u kobiet to normalne. Gada, śmieje się, aż tu nagle robi usteczka w podkówkę i trzeba szybko działać żeby się nie rozbeczała. Innym razem płacze i płacze, a mama coś do niej zagada i już uśmiech od ucha do ucha. Leniuśka generalnie jest bardzo uśmiechniętym i pogodnym dzieciątkiem. Bardziej marudna jest jak ma katarek. Tego nie możemy się pozbyć od września, a teraz mamy fale nasilenia (chyba opanowaną). Także za nami te bardziej marudne chwile. Jak to ostatnio bywa ja złapałam jakiś katar w przedszkolu i już poczęstowałam nim mamę i Lenę. Ciekawe czy tatuń dołączy do grona kichaczy, smarkaczy i kaszlaczy. Wiecie jak to jest w przedszkolku?? Kiedyś Martynka poprosiła mnie, żebym na nią nachuchała. Chciała być chora więc nachuchałam, bo myślałam że jeszcze zarażam (jakaż byłam rozczarowana gdy mama mnie wyprowadziła z błędu). Żeby nie było są i pozytywne strony tego naszego chorowania. Ostatnio częściej chodziliśmy do pani doktor i ja przestałam się już tak bać. Nie płaczę i nie bronię się przed badaniem. Siadam dzielnie na kolanach u mamy i raz dwa jest po wszystkim. Na tym kończą się dobre strony tej sytuacji. Chociaż lubię też zostawać w domu z mamą i Lenką. Mama nie ma dla mnie tyle czasu co kiedyś, ale stara się. Póki co wcale NIE złości mnie to że opiekuje się Lenką zamiast bawić się ze mną, jestem wyrozumiała. Zresztą sama lubię obserwować moją siostrzyczkę, która zaczyna odkrywać różne ciekawe rzeczy. Namiętnie wpycha rączki do buzi i wierzcie mi, że potrafi tam włożyć piąstkę (a wy umiecie??). Próbowała z dwoma naraz, ale nie dała rady. Poza tym odkrywa, że można przekręcić się na boczek. Ponieważ układamy ją nieco wyżej na poduchach, żeby katar mniej jej przeszkadzał, stwierdziła że głowę można podnosić. Tak sobie ćwiczy te swoje mięśnie. Jak jej mama pomogła usiąść to z zachwyconą miną rozglądała się i podsumowała to długim, uśmiechniętyn "OOO".

-----------------------------------------------------------------------------------------ZDJĘCIA- "Mamowe szaleństwa z aparatem"--------------------------------------------------------------------

PS. Na pierwszym zdjęciu w albumie mam pomalowane paznokcie. Czemu to takie ważne?? Mi się to bardzo podoba, jak panie mają pomalowane paznokcie. Wiele razy musiałam mówić o tym mamie, a ona swoje jak zdarta płyta. Że niby mała jestem, a przecież chodzę do przedszkola i nawet pasowana byłam. Wiecie kto mnie poparł?? Tata, tak właśnie on zaproponował mały kompromis. Mogę czasami w weekendy malować paznokcie. Jestem z tego powodu taka szczęśliwa...

poniedziałek, 14 listopada 2011

Magia reklamy



Ściemniać nie będę i przyznam się. Lubię reklamy, zwłaszcza z zabawkami. Są też takie które nie są dla dzieci, ale chętnie podśpiewuje sobie np. "O intermarche, o intermarche...". No, ale kto nie zanuci "Merci tak podziękuje ci..."? Wracając do sedna opowiadania. Ja oglądałam sobie mój przydział bajkowy, a mama urzędowała w łazience:
- Mamo, mamo kupisz taką lalkę??
- Jaką??
- Natalie, ona sika, robi kupę, można jej myć zęby i śpiewa. Wiesz ona jest dla wyjątkowych dziewczynek.
I co mocne argumenty??

wtorek, 8 listopada 2011

Pasowanie



Dziś jest listopad (choć mama twierdzi, że to miesiąc a nie dzień), ale to właśnie dziś był ten ważny dzień. Ja i cała grupa muchomorków staliśmy w końcu prawdziwymi przedszkolakami. Zostaliśmy pasowani przez samą panią dyrektor i jej zaczarowany ołówek. Zanim to się stało musieliśmy popisywać się piosenkami i wierszykami, których do tej pory się nauczyliśmy. Powiem, że byłam dość onieśmielona tak dużą widownią, choć wcale nie przeszkadzało mi to w grzebaniu w zębach (choć ciężko śpiewać jak się trzyma dwa palce w buzi). Oprócz popisowych numerów musieliśmy odpowiadać na trudne pytania np. po zaśpiewaniu piosenki "Jestem sobie przedszkolaczek" ciocia spytała:
- Na czym grał chłopiec z piosenki??
Zapadła cisza wśród dzieci, aż jeden z moich kolegów odważnie odpowiedział:
- Na gitarze!!
A wy wiecie na czym grał?? Ja twierdzę, że na trąbce.
Później zgadywaliśmy na jakich instrumentach gra nasza ciocia (oczywiście my mieliśmy zamknięte oczka), rozpoznawaliśmy drzewa po narysowanych liściach (jarzębina, kasztan i dąb) i każdy musiał powiedzieć jaki lubi owoc. W sumie całkiem nieźle się spisaliśmy. Tylko taki jeden Mikołaj w trakcie występów wyszedł z szeregu stanął przed rodzicami i oznajmił patrząc na swoją mamusię:
- Chcę siedzieć!!
- Wracaj do dzieci...
- Nie, ja chcę siedzieć koło Ciebie.
A gdy pani dyrektor chciała mu dać dyplom to dyplomatycznie powiedział NIE.
I tak wyglądało to całe pasowanie. Ja to przyznam szczerze, że od razu chciałam się zmyć z tej imprezy bo umówiłam się z moja Maryśką. Wiecie, zaprosiła mnie na zupę i nie mogłam się już doczekać.

środa, 2 listopada 2011

Jesienne urodziny

Zacznę od rzeczy przyziemnej, ale najczęściej ostatnio poruszanej. Stan naszego zdrowia na dzień dzisiejszy - wszyscy na chodzie, oprócz Lenki bo ona tylko leży (albo jest noszona). W ostatnich dniach obchodziliśmy urodziny naszego tatuńka. Mieliśmy całkiem sporo gości, a ja lubię jak nas odwiedzają wujki, ciotki, babcie, dziadki, kuzyni i kuzynki (tych to mogłabym mieć więcej). Było tłoczno, głośno i wesoło.
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------ZDJĘCIA--------------------------------------------------------------------------------------------------------
Podsłuchane, powtórzone:
Obserwowaliśmy Dorcie:
- Patrz jak ona dużo pije. - stwierdziła mama
- Pewnie ma kaca.

Załatwiając swoje potrzeby w toalecie jedni czytają, a ja czasami śpiewam:
- Kuwa mać, kuwa mać tralalala

Rozmawiając z babcią Krysią:
- I w Zoo byliśmy... - Z Lenką?? - spytała babcia
- Nie, Lenka była w plemniczku u tatusia.

Wszystko co usłyszę może być wykorzystane, a Ty nie znasz dnia, ani godziny.
Lenek ma już 10 tygodni i jest uśmiechniętą dzidzią. Gada i dużo się śmieje. Próbuje roześmiać się głośno,ale jak tak bardzo się ją rozśmieszy to często kończy się to ulaniem. Lubi swoje odbicie w lustrze i coraz dłużej obserwuje karuzelkę. Ja ją bardzo kocham. Przytulam, całuję, gadam z nią, a jak zacznie płakać gdy rodzice są zajęci to staram się ją jakoś rozbawić. Mama mówi, że jestem super siostrą mojej siostrzyczki.

środa, 19 października 2011

Uciekająca Dora

----------------------------------------------------------------------------------------------------------- ZDJĘCIA ----------------------------------------------------------------------------------------------------------------- Długo nie pisałam bo byłam chora. Niby na zwolnieniu powinno się mieć więcej czasu, żeby nadganiać zaległości, ale nie w naszym przypadku. Z resztą co mogło się wydarzyć ciekawego gdy człowiek siedział w domu? Jak już wspominałam nie raz, od początku września nasz dom zamieniał się w przychodnie z coraz większą wystawką leków, syropków, maści. 7 października wstałam z niewinną chrypką (która szybko zniknęła). Z przedszkola wróciłam z małą ropką w oku. Wieczorem ropek było bardzo dużo, a w nocy już nie mogłam otworzyć oka. Kilka razy się budziliśmy, żeby przemyć oczko. Rano zaczął się maraton po szpitalach i przychodniach. Diagnoza była prosta: zapalenie spojówek (bo drugie oczko też zaczynało ropieć) spowodowane niewyleczonym przeziębieniem (tylko czemu od tygodnia nie miałam kataru, kaszlu i innych objawów?). Ja się histerycznie boję lekarzy i leków. Mama twierdzi, że wizyty jak na mnie przebiegły i tak dość sprawnie i bez większych szaleństw. Gorzej było przy kropieniu i smarowaniu oczu. Nie wiem czy ktoś kto mnie nie zna tak dobrze jak mama, tata i babcie może sobie to wyobrazić. Tak czy siak ja zaczęłam zdrowieć, a Lenka miała coraz większy katar. W środę miałam iść na kontrolę i mama wzięła też Lenkę bo ona od rana strasznie charczała. Pani doktor wypisała dla mojej siostrzyczki skierowanie do szpitala z podejrzeniem o zapalenie płuc.
Szybko poszłyśmy do szpitala i przyjęli Lenkę na oddział. Po wszystkich badaniach zaczęto podejrzewać że to może zapalenie oskrzeli. Po dniu postawiono końcową diagnozę - KATAR. Mamie ulżyło, ale musiała jeszcze z Lenką tam zostać. Mi było trochę smutno, ale na szczęście była u nas babcia Krysia i świetnie sobie radziłyśmy. Mama pobyt w szpitalu wspomina raczej kiepsko. Okazało się, że łóżko dla Lenki jest, ale mama musi przynieść posłanie dla siebie. W małej salce było w sumie troje dzieci (w tym ponad roczne dziecko, które było wszędzie)i trzy mamy. Dla łóżka mamy nie było po prostu miejsca. Udało się pożyczyć dla niej materac - taki dmuchany. Ponieważ Lenka w nocy często śpi z mamą to podczas pobytu w szpitalu też spała z mamą na jednoosobowym materacu. Podobno bujało jak na morzu. Miały taki biwak. Na szczęście pod dwóch nocach tam spędzonych nasze dziewczyny mogły wrócić do domu. Teraz to chyba już wiecie czemu brak mi było czasu. Z bardziej przyjemnych rzeczy: Po powrocie ze szpitala mama postanowiła posprzątać u mojej Dorci. Przygotowała dla niej kojec, tak żeby nie zwiała i mogła sobie pobiegać.
Chomiczka okazała się sprytniejsza od mamy. Gdy mama sprzątała w jej domku, ja z babcią podziwiałyśmy zwierzaka, który postanowił zwiać. Babcia tylko krzyczała na mamę: - Chomik ucieka!! Ja się rozpłakałam i też krzyczałam. U mamy szumiała woda i słyszała tylko że ja płaczę (a że często płacze bez powodu to się nie przejęła i myła domek dalej). Dopiero po chwili zrozumiała co ja do niej mówię i zaczęło się. Dora wbiegła pod moje łóżko, więc usunęliśmy zabawki: - Masz ją?? - krzyczy babcia - Nie, mam za krótkie ręce...- odpowiada mama - Złapałaś ją?? - pytałyśmy z babcią na zmianę - Nie, ja się jej boję - krzyczała mama z głową przy podłodze. Mama zaopatrzyła się w "ochraniacz" na rękę (najpierw moją czapkę a później rękawice kuchenną). Niestety strach mamy i Dory był silniejszy. Ta druga była jednak szybsza, sprytniejsza i zmieniła swoja kryjówkę - schowała się za moim regałem. Pokój zaczynał przypominać pobojowisko, a Dora była ciągle na wolności. Po 40 minutach pościgów udało się!! Dora wróciła do swojego białego z różowym dachem domku i do swojej klatki. Mówię wam jak ja się bałam...
-------------------------------------------------------------------------------------------- Lenka, 8 tygodni i ponad 5 kg ------------------------------------------------------------------------------------------------
----------------------------------------------------------------- Wspomnienie wakacyjnych zabaw na podwórku, znalezione na komórce----------------------------------------------------------------

czwartek, 6 października 2011

O ostatnich dniach, mojej twórczości i inne takie


ZDJĘCIA


Czas najwyższy opisać ostatni weekend, bo już kolejny zbliża się wielkimi krokami. W sobotę udaliśmy się ogromnym składem do Świerklańca, gdzie spacerowaliśmy po wielkim parku. Było świetnie bo była z nami babcia Ania, ciocia KAsia, wujek Marcin i dzieciaki. Ja się świetnie dogaduję z Malwikiem, a nie często mamy okazje na takie fajne spacery.
Odwiedziliśmy tam mini ZOO gdzie nakarmiłam kozy i osła trawą. Nawet odważyłam się wyciągnąć rękę do krowy, ale rozmiary jej jęzora mnie zaskoczyły. Mimo, że odskoczyłam i tak liznęła mnie ku wielkiej mej uciesze. Teraz wiem czemu się mówi "krowa ma dłuższy i się nie chwali". Po długim spacerze pojechaliśmy do moich kuzynów na grilla. Do wieczora ganialiśmy po ogródku. Mimo zmęczenia nie chciałam wracać do domku. W niedzielę spacerowaliśmy sobie z babcią i rodzicami wzdłuż Warty w miejscowości Mstów. Pogoda była piękna w te dni i wcale, a wcale jej nie zmarnowaliśmy. Na zakończenie tak pięknych dni mama zabrała mnie na wesołe miasteczko. Działo się, działo... Zaczęło się od smoka (który stoi tuż pod moim oknem)- mini kolejki górskiej. Mama tam wskoczyła ze mną bo zobaczyła, że siedzi tam Marysia ze swoją ciocią. Rzucało mną w lewo, w prawo, ja z radości piszczałam. Mama?? Mama mnie ściskała mocno i modliła się żeby to już było ostatnie okrążenie, jak wyszła to miała mięciutkie nogi. Potem poszło lawinowo karuzela, za karuzelą, aż tatuń wezwał mamę na ratunek do głodnej Lenki. Gdy się ściemniło tatuń zabrał mnie na drugą część atrakcji. Bardzo lubię to moje wesołe miasteczko, bywam tam też w tygodniu. Wiecie, trzeba umieć szukać sponsorów, a ja mam to szczęście że mnie znajdują sami.

Przedszkole:
Ponieważ tatuń pojechał do pracy to w poniedziałek i wtorek zawoziła mnie tam babcia Ania. Od środy zaprowadza mnie babcia Krysia, która przyjechała do nas na całe dwa tygodnie (ale ja to mam dobrze). W tym tygodniu mama tylko raz usłyszała "odmnie" "Ja nie chcę iść do przedszkola". Inne moje wypowiedzi: - Czemu dziś tak krótko się bawiłam?? - Tam jest nudno bez Ciebie. - Mamo ja nie chcę iść, ja chcę na podwórko.- Mama musiała mnie zostawić godzinę dłużej ponieważ przyszła gdy zbieraliśmy się na dwór (jak mawia się w naszym mieście).

Radosna twórczość:
Rzecz stała się wieczorem kiedy to mama myła Lenkę, babcia robiła kolację, a ja w wyobrażeniu domowników oglądałam Dorę. W domu panowała sielanka, do czasu aż zaglądnęłam do łazienki i oznajmiłam: - Mamo porysowałam koc bo nie miałam kartki. Mama chyba nie mogła zrozumieć co do niej mówię, bo dopiero za trzecim razem dotarł do niej sens moich słów. Chociaż miałam wrażenie, że dopiero zrozumiała gdy zobaczyła moje dzieło. Na beżowym kocu i łóżku ( w dużym pokoju) były ślady różowego flamastra. Nie trzeba było długo czekać, mama się mocno wkurzyła. Tłumaczenia o braku kartki (okazało się leżały na stole tuż obok i do tego jeszcze był blok który porzuciłam na podłodze) nie przyniosło skutku. Oj, sobie nagrabiłam. Gdy emocje nieco opadły poprosiłam mamę, że chcę pogadać z tatuńkiem (który jest w pracy). Mama wybrała numer i dała mi telefon: - Przepraszam tatusiu, że porysowałam łóżko i koc. - Ja myślałam, że to kartka a okazało się że to koc. Taka była wersja dla niego.

Wybuchowo:
Stoję sobie w kuchni koło zajętej mamy i z nudów podeszłam do kurków od kuchenki. Chciałam sobie pokręcić, ale : - Majeczko nie dotykaj to nie jest do zabawy. - Cemu?? - jedno z moich ulubionych pytań - Bo jak przekręcisz to możemy wybuchnąć... - i będziemy latać??- spytałam z nadzieją w głosie.

Murzynek Bambo:
Jak już wspominałam oglądam czasami z tatą mecze. Ponieważ jeszcze nie widziałam na żywo nikogo o innym kolorze skóry mama mi pokazała: - Patrz Maja ten pan jest murzynkiem, widzisz jaki ma kolor skóry?? Taki murzynek Bambo. Później z radością wołałam: - Pac mamo biegnie murzynek Bambo. Kiedyś wybrałam się z tatuniem na plac zabaw, a tam biegał chłopiec o ciemnej karnacji. Przystanęłam i krzyknęłam (pokazując paluszkiem): - Pac tato murzynek Bambo!! Jak myślicie kto chciał się pod ziemię zapaść??

Lenka:
Nasza mała Lenka ma skończone już 6 tygodni. Mama przy niej może się nauczyć co to ulewanie i musi pamiętać że trzeba ją odbić. Jak wiecie Lenia jest do mnie podobna (jak byłam taka mała jak ona), ale oprócz problemów z brzuszkiem ponoć różnimy się jeszcze tym że nasz mały skarb umie się głośno domagać swego. Oj, umie krzyczeć, ale szybko zapominamy o tym gdy czaruje nas swoim uśmiechem. Ahhh, ważna sprawa. Najpierw rodzice obstawiali czy Lenka będzie Lenką czy Leonem. Teraz rozstrzyga kwestia koloru oczu. Mama ma brązowe, tatuniek i ja mamy niebieskie. Do tej pory wszyscy widzieli szanse, że może jednak Lenka będzie brązowooka. Jednak zdaniem mojej mamy wygląda na to że barwa jest coraz bardziej zbliżona do szarej, niebieskiej. Cóż, pozostaje czekać (znowu czas rozwiążę tą zagadkę). Na kolor włosów pewnie przyjdzie nam czekać znacznie dłużej (ja to długo świeciłam łysą główką, a i moja siostrzyczka czupryną nie grzeszy). Czy kolor brwi może być jakąś wskazówką?? Są rudawe...