czwartek, 11 czerwca 2009

(więcej zdjęć)
PUSTYNIA SIEDLECKA
Dziś rodzice sprawili mi nie lada atrakcję. Zabrali mnie do mega ogromnej piaskownicy. Zapomnieli tylko o sprzęcie do kopania i formowania piasku, ale mi to do szczęście nie jest potrzebne. Mam przecież dwie rączki. Szkoda tylko, że byliśmy tak krótko. Ja bym jeszcze poprzesypywała trochę pasku.... Mama mówi, że po dzisiejszej wyprawie to mamy teraz własną piaskownicę w domu, ale ja myślę że nie ma racji.

środa, 10 czerwca 2009

(Kilka fotek)

Wariacje pogodowe zdominowały kolejny dzień. Rodzice na szczęście nie dali się i mimo deszczowych chmur zabrali mnie na wycieczkę. Znowu pojechaliśmy do Janowa. Tym razem zobaczyliśmy pałac Raczyńskich i dwór Krasińskich oraz Diabelskie Mosty. Wszystko udało się nam zwiedzić w przerwach między deszczami. Chociaż mostów nie widziałam, bo ich nie ma już od lat 60. XX wieku, a nazwa pozostała. Musimy jeszcze koniecznie odwiedzić jaskinię "Na Dupce". Legenda mówi, że wypierdział ją sam Pan Twardowski.

poniedziałek, 8 czerwca 2009

(więcej zdjęć z weekendu po kliknięciu foty)

Weekend dobiegł końca, a i poniedziałek już za nami. Do kolejnego weekendu pozostało jedyne cztery dni. Ja w sumie liczyć nie muszę, bo każdy dzień jest inny i ciekawy, a jak jest słonecznie to już jestem przeszczęśliwa. Już wczoraj wiatr rozwiał chmury i nad Częstochową zawitało utęsknione słoneczko. Dziś mogliśmy posiedzieć w piaskownicy - tak bardzo mi tego brakowało.
W sobotę pojechaliśmy z rodzicami do Janowa na spacer. Chodziliśmy po lesie szukając Bramy Twardowskiego. Były tablice informacyjne, ale okazało się, że nikt nie zasugerował którym szlakiem należy się kierować... Tata włączył swój zmysł GPS (ale taki w 100% naturalny) i doprowadził nas do celu. Postanowiliśmy, że jeszcze kiedyś (niedługo) wrócimy do Janowa bo tam jest jeszcze wiele nieodkrytych przez nas zakamarków. Tego dnia niestety pogoda nas przegoniła i wróciliśmy szybko do domku. W niedziele odbyliśmy obowiązkową wycieczkę, aby Tata mógł oddać swój głos w głosowaniu do EuroParlamentu. To była moja pierwsza oficjalna wizyta w komisji wyborczej. Znowu uciekaliśmy przed deszczem. Popołudniu wyszło słonko i wyszliśmy na spacer. Odwiedziliśmy nową fontannę w III Alei. Ku naszemu zdziwieniu tryskała wodą. Wodotrysk jest bardzo ładny i jest niewątpliwą atrakcją. Stoi może półtora miesiąca i rzadko kiedy można być świadkiem tryskającej wody.Ponoć dysze się zatykają i jakiś bezpiecznik wywala. Cóż, Częstochowa to dobre miasto....

środa, 3 czerwca 2009

(jeszcze parę zdjęć z dzisiaj po kliknięciu)

Dziś specjalnie, dla tych którzy tu zaglądają w godzinach pracy (dla zabicia czasu). Ostatnio rodzice się obijali i zapomnieli mi robić zdjęcia. Po małej interwencji postanowili to zmienić i wyciągnęli biedny, zapomniany aparacik z szafy. No i strzelali mi znowu foty, a kiedy to ja będę mogła robić im (nie chcą dać mi aparatu nawet na chwilkę)? Ja jestem strasznie ciekawa nowinek technicznych tym bardziej, że siedzę ostatnio w domu. Pogoda nie dopisuje :(. Wczoraj udało nam się wyjść na spacer, ale później uciekaliśmy przed chmurami. Dziś było zbyt wietrznie i tak już od pięciu dni, albo deszcz, albo wiatr. W domu jest w sumie fajnie, bo jest dużo ciekawych rzeczy, ale ciągle słyszę "Nie", "nie wolno!!". Najbardziej podoba mi się w kuchni (ahhh te kurki od gazu). Zresztą ja to jestem chętna do pomocy (tylko rodzice jakoś tego nie doceniają). Lubię układać ubrania na podłodze, wszytko lubię tam kłaść. Nie wiem czemu rodzice mnie nazywają TSUNAMI.
Mam dużo ulubionych piosenek, zresztą ja bardzo lubię tańczyć. Oto link do jednej z "moich piosenek" - TU. Miłego słuchania ;).

środa, 27 maja 2009

(zdjęcia z wyjazdu i nie tylko, po kliknięciu)

WYPAD W GÓRY

Zaczęło się dość zwyczajnie, a skończyło... Jak to przed takim wyjazdem wstaliśmy trochę wcześniej niż zwykle (ale i tak za późno, jak się okazało). Do miejsca STARTU czyli Jaworek dotarliśmy ok 12 godziny. Po krótkich przygotowaniach (takich jak karmienie i przewijanie - JA w roli głównej) ruszyliśmy w góry. Rodzice celowo wybrali nie za długą, dosyć prostą trasę ponieważ mieli dość długą przerwę w wyprawach (jakieś 20 miesięcy ;) ). Pierwsze podejście było trudne, a najbardziej odczuł je tatuś który mnie niósł na plecach (w sumie jakieś 10 kg). Pogoda była wymarzona na taki górski spacerek. Pot prędko pojawił się na skroniach rodziców i szybko szukali schronienia w cieniu. Po pierwszej przerwie było już coraz łatwiej. Pomalutku dotarliśmy do pierwszego celu - schronisko pod DURBASZKĄ. Ja pod koniec usnęłam i przespałam cały odpoczynek. Obudziłam się gdy ruszaliśmy by osiągnąć grzbiet, którym skierowaliśmy się w stronę wąwozu HOMOLE. Przy słupkach granicznych zrobiliśmy przerwę na papu i rozprostowanie moich nóżek. Później szliśmy lasem, było kilka stromych podejść i zejść, ale tata sobie świetnie radził (pomimo zimowej kontuzji nogi). Kolejna przewa (obiadowa) była już koło bacówki. Tam podobało mi się najbardziej. Gdy mnie tylko rodzice wyciągneli z nosidełka i póścili to biegałam na czworakach gdzie mnie oczy poniosły. Widziałam krówki, koniki, pieski, a ludzie którzy nas mijali miło się do mnie usmiechali (na szlaku zwłaszcza). Gdy dotarliśmy do autka, a muszę dodać że ostatni odcinek pokonałam na plecach mamy, była prawie 18. Mama chciała zrobić niespodzinkę babci z okazji DNIA MAMY (ja zrobiłam swojej awansem dzień wcześniej) i przyjechać niespodzianie i niezapowiedzianie. Wszystko szło zgodnie z planem. Ja szybko usnęłam w autku, byłam taka zmęczona... Nagle tuż przed Myślenicami tata zatrzymał się na poboczu. Mama była zaskoczona, a ja jeszcze bardziej bo nie wiedziałam co sie dzieje. Okazało się, że mamy niezidentyfikowaną awarię. Po oględzinach i próbach dedukcji tata postanowił zadzwonić do swojego mentora w sprawach motoryzacji. Wujek Paweł próbował wywnioskować przez telefon co się mogło stać. W całym tym nieszczęściu okazało się, że on i ciocia Aga jedzie właśnie w rodzinne strony i są przed Myślenicami (ale z przeciwnej strony). Po 20 minutach wujek już grzebał pod maską naszego autka. Szybko wyciągnął zerwany pasek klinowy. Tata ( i my też) miał szczęście że zauważył że cos się dzieje bo nasza awaria mogła być dużo poważniejsza. Okazało się, że ani ciocia ani mama nie ma przy sobie rajstop, a te mogłyby nas wybawić szybko z opresji. Nie obyło się bez holowania na stację benzynową. Tam zakupiliśmy nową część, a biedny wujek jeszcze długo mordował się by ją założyć (bo dostęp do miejsca gdzie być powinna nie był zbyt prosty). Ja nie miałam czasu się nudzić ponieważ cocia Aga pokazywła mi misie na wystawie stacji i bawiła się ze mną. Dopiero po 21 juz miałam dość tej dziwnej przygody, ale i tak byłam dzielna i cierpliwa (tak mówi mama). Ok 22 wszystko działało i mogliśmy pojechac dalej, wtedy troszkę się popłakałam, ale szybko usnęłam. Nie na długo bo jakieś 30 minut później witałam się już z babcią, ciocią i moja kochaną Pibą. Bardzo byłam szczęśliwa, nawet trochę potańczyłyśmy z ciocią. Mama zrobiła mi pyszne mleczko, a później to oczka same mi się zamknęły. No i w rezultacie niespodzianka już nie była niespodziajką bo trzebabyło babci powiedzieć, że przyjedziemy i mamy małą usterkę. Dziś już wrócliśmy do domku, bo w Krakowie na Brackiej pada deszcz.
Drogą wyjaśnienia:
Na nosie mam strupki po innej mojej przygodzie. W skrucie obdarłam sobie nosek na dywanie, ale nic nie bolało...

OD RODZICÓW:
Jeszcze raz chcieliśmy podziękować naszym WYBAWCOM, a zwłaszcza wujkowi Pawłowi dzięki któremu tak szybko mogliśmy kontynuować naszą podróż.
WIELKIE DZIĘKI!!!!!!!!

czwartek, 21 maja 2009

(klikając udasz się do albumu pełnego zdjęć)

No tak, trochę się obijałam i widzę TU spore zaległości. Skoro nikt się nie upomina to widocznie nie muszę się spinać ;). Celem uzupełnienia ostatnich wydarzeń, COFAMY się w czasie:

-1- Majowy weekend
- Tata już tradycyjnie 1 maja wyjechał do pracy. Nie byłyśmy z mamą zbyt długo same bo przyjechała do nas ciocia Karina z Debrusią (z pieskiem, gdyby ktoś myślał że to jakaś koleżanka, bo i tacy byli). Nauczyłam się wtedy wielu nowych rzeczy m.in. wiem co znaczy PICIU i gdy zawołam "pisiu pisiu" moje pragnienie zostanie ugaszone. Oczywiście umiem też wołać DEBRE - "bebera", "jebra", a najczęściej to mi wychodzi "Piba". Teraz czasem mylą mi się pieski z kotkami, a czasami nawet z gołąbkami :/.
Później był ten spacer, z którego zdjęcia są w poprzednim poście.

- 2 - Wyjazd do Stalowej -
8 maja przyjechał do nas dziadek Janusz i ciocia Karina. Zabrali mnie i mamę do Stalowej Woli na komunię Kacperka. Mama jest jego mamą chrzestną. Tata niestety nie dał rady z nami być. W niedzielę wszyscy się wystroili i poszliśmy do kościółka, gdzie odbywała się uroczystość. Nasz mały komunista miał odświętny, elegancki strój. Całą mszę stałyśmy na polku (albo dworze - jak kto woli ;) ), bo do kościoła nie dało się wejść - tak duuuużo było ludzi. Pogoda tego dnia była bardzo piękna, więc mogłam sobie spacerować z mamą i ciocią na zmianę. Później była imprezka, której bohaterem był oczywiście Kacperek. W domku było tak strasznie ciepło, że Kacper i Ja szybko pozbyliśmy się naszych oficjalnych strojów. Podsumowując pobyt w Stalówce był udany, a główny cel wizyty wypalił. Kacper miał dużo powodów do radości bo specjalnie dla niego do Polski przyjechał jego tatuś i babcia Ania no i oczywiście JA (ale tylko z Częstochowy).

- 3 - Wizyta u babci Krysi -
Pobyt w Krakowie zaczął się niefajnie, ponieważ dopadła mnie czterodniowa trzydniówka. Miałam gorączkę i musiałam siedzieć w domku. Dopiero w piątek wyszłam na spacerek. W sobotę przyjechał tatuś i było jeszcze superowiej niż wcześniej. Tylko, że on przywiózł katar dla mnie :(. Ja go później dałam mamie i takim sposobem wszyscy kichamy i smarkamy. Rodzice mieli ambitny plan zabrać mnie w góry, ale i katar i wcześniejsza trzydniówka i zmienna pogoda zmusiła ich do zmiany tych planów. Skończyło się na wycieczce do ogrodu botanicznego. Bardzo mi się tam podobało...

Teraz jesteśmy już w domku, a za oknem pada deszcz (dobrze, że rano odwiedziliśmy piaskownicę).

poniedziałek, 4 maja 2009

Dziś tylko przepiękne zdjęcia, które zrobił wujek Marcin podczas niedzielnego spacerku (jeszcze raz wielkie dzięki). FOTY