poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Nasze greckie wakacje

Upały zdecydowanie lepiej znosi się w Grecji, na plaży. W Częstochowie temperatury powyżej 30 stopni były trudne do przetrwania. W cieniu gorąco, basen pełen ludzi, a w domu najlepiej siedzieć przed wiatrakiem. Po powrocie z Grecji, nawet zbiornik wody w Kłobucku wydawał nam się mało atrakcyjny. Chyba dobrze, że się już ochłodziło. Prawie codziennie spotykamy się z koleżankami i z kolegą na podwórku. Śmigamy na rowerach, rolkach (ja) i hulajnogach, to jest życie. Lena przesiadła się z rowerka biegowego na czterokołowy. Potrzebowała dużo czasu by nauczyć się pedałować i kierować jednocześnie. Naukę jazdy na dwóch kołach, mama odkłada na przyszły rok. Mamy fajną paczkę dzieciaków, ale jak to bywa czasami się kłócimy. Na szczęście po każdym kolejnym problemie radzimy sobie coraz lepiej z dogadywaniem się. Ja nie mogę się już doczekać szkoły. Dostałam piękny tornister, a i piórnik czeka gotowy do rozpoczęcia roku. To już tydzień...

Grecja c.d.

Kolejne dni były podobne do siebie. Zmienialiśmy tylko plaże. Każda inna i na swój sposób piękna. Aha i zmieniliśmy hotel... Przez całe to zamieszanie z rezerwacją, przeniesiono nas do innego hotelu. Rodzice nie bronili się, licząc że oprócz basenu (w pierwszym hotelu go nie było) zyskamy może lepsze jedzenie (w drugim było jeszcze gorsze ;( ). Basen okazał się fantastyczną rozrywką na porę poobiednią i wieczorną. Najchętniej byśmy z niego nie wychodziły. Nauczyłam się wskakiwać do basenu z nurem pod wodę. Z resztą okazuje się, że lepiej mi idzie utrzymywanie się na wodzie z głową pod wodą niż nad. Gdy próbuję pływać z głową nad powierzchnią wody wygląda jakbym się topiła (mama nazywa, że pływam "na tonącego"). Lena też ośmieliła się i zaczęła nurkować. Także większość dnia spędzałyśmy w wodzie, mama zastanawiała się kiedy nam wyrosną błony między palcami. Najbardziej się cieszyła, że dzięki słonej wodzie przeszedł mi w końcu ten paskudny katar (trochę się nawciągałam wody nosem...). Lena z początku nie mogła przyzwyczaić się do smaku wody w morzu, codziennie pytała:
- Mamo, a tu też jest słona woda?
Jednego dnia byliśmy na plaży z wysepką, na której stała kapliczka. Na ogół morze było spokojne i mogłyśmy się chlapać i pływać same w kółkach i z rękawkami. Jednego dnia morze było bardziej wzburzone i były ogromne fale. Trafiliśmy wtedy na piękną plażę, gdzie na skarpach stały wille, z których stromymi schodkami schodziło się wprost na plażę. Jak na filmach... Ku przerażeniu mamy wzięłam koło i pobiegłam sama do wody. Chwilę "surfowałam" na falach, a później fala wyrzuciła mnie na brzeg. Trochę to bolało i później wchodziłam do wody już tylko z tatą. Lenie fale się nie spodobały i zrezygnowała z zabawy w morzu. Generalnie tego dnia tatusiowie skakali z dziećmi w wodzie, a na brzegu stały mamy, które szybko łapały dzieci, gdy fala je wyrzucała turlające się na brzeg. Jeżdżąc na różne plaże objechaliśmy cały półwysep Sithonia i podziwialiśmy przepiękne widoki, których zdjęcia nie oddadzą. Chcieliśmy znaleźć plażę z jaskinią i kapliczką. Dzięki temu trafiliśmy w bardzo tajemnicze miejsce. Z głównej drogi zjechaliśmy na bitą dróżkę. Po przejechaniu ok. 1 km zmieniła się ona w drogę asfaltową. Nie byłoby w tym nic dziwnego, ale nagle spostrzegliśmy, że na tym pustkowiu jest plątanina asfaltowych dróżek i schodków. Widoki na morze i górę Athos były niesamowite. Było widać małe plażyczki (na jednej z nich był camping - stały rozłożone płachty, które miały dawać cień, a pod nimi stały namioty, z których wychodziło się wprost na plażę i do morza). W plątaninie tych uliczek poddaliśmy się i zaprzestaliśmy szukania plaży z jaskinią i kapliczką. Podejrzewamy, że w tamtym miejscu miał powstać jakiś kurort... Inną ciekawostką w Grecji są kapliczki - nie tylko w miejscach wypadków, ale też tam gdzie święci mają czuwać nad rolą, albo mają odstraszyć złe duchy. Kapliczki są wszędzie. Czymś nietypowym dla nas była sjesta. Najbardziej odczuliśmy ją, gdy odwiedziliśmy małe miasteczko Agios Nikolaos. Jest ono oddalone od morza, i gdy wracając z plaży zawitaliśmy tam ok 17, ulice świeciły pustkami. W centrum był mały placyk z fontanną po środku. Dookoła knajpki z parasolkami. Niestety wszystkie o tej porze zamknięte. Jakby wszyscy ludzie nagle wyparowali, albo wyjechali stamtąd. W miasteczkach wypoczynkowych pory sjesty nie odczuwaliśmy aż tak bardzo. Nie wiadomo kiedy minęło 10 dni naszych cudownych greckich wakacji i trzeba było myśleć o powrocie do domu... 
Zdjęcia

1 komentarz: