wtorek, 22 lipca 2014

Wakacje cz.1

Już jesteśmy w domu, już prawie tydzień. Nie wiem, ale nie miałam czasu po powrocie. Wpadliśmy z rodzicami w wir prania, sprzątania, ogarniania zaległych prac domowych (trzeba było położyć płytki na balkonie, zamontować antenę - to dola tatusia), odwiedzania (bo przecież trzeba było się spotkać z rodzinką by uczcić moje urodziny) rodzinki i przyjaciół rodziców (pozdrawiamy ciocie Asie z Aleksandrem i wujka Łukasza). Zleciało wszystko szybciutko i tyle się działo. Mama ciągle drżała o pogodę, żeby tylko nie lało. Wydrżała bo przez całe nasze "wakacje" padało tylko dwa razy (i to po upalnych dniach). Zacznijmy od początku:
1 lipca- Start
FOTY

Wyjechaliśmy z naszego domku, wpadając w korki panujące w naszym mieście. Z małym poślizgiem czasowym, a mama nic tylko na zegarek zerkała bo o 12 miało zacząć padać, a grafik był napięty i wszystko pod gołym niebem. Z niewielkim opóźnieniem dojechaliśmy do Tokarni gdzie znajduje się Muzeum Wsi Kieleckiej. Bardzo miły spacerek wśród wiejskich chat, dworku, wiatraków, kościółka. Na terenie skansenu pasły się kozy, koniki, kwakakały kaczuchy i inne ptaszyny. Do domków wchodziliśmy i oglądaliśmy ich wyposażenia. Osoby, które pilnowały eksponatów chętnie nam opowiadały co do czego służyło, skąd się wzięło itd... Najbardziej podobały nam się dom lekarza, apteka, sklep, dworek, wiatraki, a inne domki też były fajne. Najważniejsze, że prognoza pogody rodziców się totalnie nie sprawdziła. Deszcz nie spadł, a wręcz zrobiło się bardzo ciepło i zgubiliśmy kilka warstw wierzchnich. Kolejnym punktem były Kielce. Rodzice spodziewali się jakiegoś SCYZORYKA, ale go nie znaleźli w centrum. Odwiedziliśmy zamek (pałać biskupów), bo w Kielcach ku wielkiemu ich zdziwieniu jest taka budowla. Zwiedziliśmy go nieco, ale szczerze mówiąc gdyby nie fajna gra którą wymyśliłam (inwentaryzacja każdego pomieszczenia według mapek z opisami sal) byłoby strasznie nudno. Byłyśmy dzielne i w nagrodę dostałyśmy lody, a później ruszyliśmy w dalszą drogę, do Zacisza. To takie gospodarstwo agroturystyczne, położone na totalnym zaaaciszu, daleko od drogi. Przywitała nas miła pani z wnuczkami ( miałyśmy kolegę Adasia i koleżankę Nikolę) i cisza przerywana odgłosami paszczowymi zwierząt (koni, kóz, psów, krówek, kaczek, kurek i ich małych dzieci). Miła pani zaprowadziła nas w pole i zaczęła coś kopać, z ziemi wystawały takie zielone łodyżki. Po chwili okazało się, że to piękne malutkie marcheweczki (kto by pomyślał, że one rosną w ziemi, a nie w sklepie). Po drodze pozrywaliśmy czarną porzeczkę, a później zerwaną marchew zanieśliśmy do królików. Z podwórka wygnały nas komary. Zmęczeni szybko usnęliśmy, aby rano zaspać. Śniadanko na świeżym powietrzu smakowało fantastycznie.
W Bałtowie
Przed nami była kolejna atrakcja, spełnienie jednego z moich urodzinowych marzeń. Okazało się, że spaliśmy w Bałtowie, a tam mieszkają też dinozaury. W podskokach ruszyliśmy tropem tych wielkich gadów. Rodzice nieco znudzeni bo kraina w Krasiejowie (którą odwiedziliśmy na moje 4 urodziny) podobała im się bardziej. My zachwycone, zwłaszcza możliwością kręcenia się bez ograniczeń w "lunaparku". W Bałtowie jest też cała masa innych atrakcji, ale na więcej nie starczyło nam już czasu, sił, a i coś o pieniądzach rodzice wspominali. Całą naszą wycieczkę towarzyszył nam upał, ale według prognoz miało padać. Gdy kierowaliśmy się do auta zaczęło wiać i pojawiła się wielka ciemna chmura. Czy padało w Bałtowie, my nie wiemy bo ruszyliśmy w dalszą drogę. W brzuchach nam zaburczało i postanowiliśmy zatrzymać się na małe co nieco w Sandomierzu. Zaczęło wiać i wcześniejszy upał gdzieś przepadł. Doszliśmy do krzywego rynku, a tam jakieś zamieszanie. Okazało się, że trafiliśmy na nagrania do mojego ulubionego serialu "Ojca Mateusza".  Widziałam Ojca Mateusza (Artura Żmijewskiego) i Natalię ( Kingę Preis). Oczekując na obiad obserwowaliśmy pracę całej ekipy. Byli panowie i panie, którzy pilnowali, żeby niepowołani ludzie nie pojawili się w kadrze, panie które kiziały aktorów po noskach, ludzie od kamer i masa statystów. Ktoś krzyczał akcja: przez rynek szły dwie dziewczynki, pani z pieskiem, jacyś chłopcy, do przystanku autobusowego podchodził Ojciec Mateusz i Natalia i wjeżdżał bus, z którego wysiadała młoda dziewczyna. I taki schemat widzieliśmy kilka razy. Później wszyscy i wszystko zniknęło, a my zjedliśmy obiadek i pojechaliśmy dalej do Stalowej Woli.    

1 komentarz:

  1. A kiedy będą następne części? Majka robi cudne zdjęcia! Gratuluję!

    OdpowiedzUsuń