niedziela, 8 czerwca 2014

Wyprawa do Aleksandrii

Notatka z podróży
W sobotę 7 czerwca 2014 r. pojechaliśmy do Aleksandrii. Dziadek to ma wymagania. Kazał mi zapakować do mojej podróżnej torby aparat fotograficzny, notatnik i długopis… A tam przecież imprezy z okazji nieco spóźnionego dnia dziecka. Niektórzy nie mieszkający w okolicach Częstochowy pewnie myślą, że to była wyprawa do Egiptu. Tam jest starożytna Aleksandria, która dawno już została zniszczona. Tak mówi dziadek… Oprócz tego w tej Aleksandrii powstała pierwsza na świecie biblioteka! Ale wszystko zostało zniszczone. Dziadek mówił, że wtedy jak ktoś przyjeżdżał do Aleksandrii z książką, to musiał ją zostawić w Bibliotece Aleksandryjskiej. Kopiści przepisywali książkę i dopiero wtedy mogli ją oddać właścicielowi… Musiało to trwać dość długo, ale wtedy nie było komputerów, skanerów, kserokopiarek… Nie było też maszyn drukarskich. Wszystko musieli robić ludzie!
Do tej częstochowskiej Aleksandrii pojechaliśmy naszym autobusem. Mama usiadła za kierownicą. Tatuś byłby z niej dumny, bo przy nim to nigdy nie chce prowadzić samochodu. Była też babcia Ania, dziadek Janusz i Lenka. Kiedy jechaliśmy w Częstochowie obok kościółka i cmentarza św. Rocha, dziadek się ożywił bardzo. I stwierdził, że to musi być stary kościółek. Babcia potwierdziła, i powiedziała, że to jest kościółek św. Rocha i św. Sebastiana. Ile tych świętych jest, muszę to kiedyś przeanalizować. Dziadek powiedział, że ci dwaj święci mieli chronić ludzi przed zarazami, czyli takimi brzydkimi chorobami. Mnie się Roch rymuje z groch, a dziadek opowiadał, że ten Roch to był takim odważnym chłopcem, który 700 lat temu pomagał zarażonym na dżumę ludziom we Włoszech. Miał cudowną moc uleczania. W końcu sam zachorował na dżumę, wtedy uciekł do lasu, by nie zarazić ludzi. Znalazł go tam pies, który się nim zaopiekował i przynosił mu jedzenie. Roch wyzdrowiał, ale kiedy wyszedł z lasu zatrzymali go żołnierze i posądzając go o szpiegostwo zamknęli w więzieniu. Tam umarł w osamotnieniu i zapomnieniu. Pamiętali o nim ludzie, którym uratował życie. I dlatego w końcu został świętym. I do dzisiaj pamiętamy o nim w Częstochowie!
W końcu dojechaliśmy do częstochowskiej Aleksandrii. Dziadek zastanawiał się skąd taka starożytna nazwa pod Częstochową? Okazuje się, że to chyba nic starożytnego… Jak zakładali tę wieś, to nadali jej nazwę na cześć cesarza rosyjskiego Aleksandra II. Nie bardzo wiem o co chodzi, ale dziadek mówi, że kiedyś, gdy zlikwidowali Polskę, to Częstochowa i okolice należały do Rosji.
Dojechaliśmy w końcu do kręgielni… A tam Dziki Zachód! Kowboje, indiańskie tipi, konie, pizza, malowanie twarzy, skoki na trampolinie! Suuuuper! Tylko na Malwinkę nie mogłam się doczekać. Kiedy ona przyjechała, to byłam już tak zmęczona, że nie bardzo wiedziałam czego chcę. Już nic mi się nie podobało, popłakałam się jak mała dzidzia. Ale wszyscy dzielnie znieśli moje fochy… Tylko dziadek, jak popadałam w kolejne spazmy, to mówił, że on ma doskonałe lekarstwo na moje zachowanie i pokazując na szeroki pasek, pytał mnie czy może chciałabym je zażyć… Ach ten dziadek, taki nienowoczesny, niczego nie rozumie! Przecież dzieci muszą kaprysić i grymasić, muszą się wypłakać. To nasze prawo!
Ale wszystko się dobre skończyło wizytą w księgarni w Empiku. Dostałyśmy z Lenką w sumie cztery książki… Ja trzy, a Lenka jedną. Ona nie umie jeszcze czytać, a poza tym starsza jestem… Teraz będziemy mieli co czytać. Starałam się wybrać książki ciekawe i z dużymi literkami, żeby mama nie narzekała, że takie małe literki mu si mi czytać…
A na noc poszłam do babci Ani. Tam był dopiero prawdziwy luzik!
Majka Wojtalówna















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz