Notatka z
podróży
W
sobotę 7 czerwca 2014 r. pojechaliśmy do Aleksandrii. Dziadek to ma
wymagania. Kazał mi zapakować do mojej podróżnej torby aparat
fotograficzny, notatnik i długopis… A tam przecież imprezy z
okazji nieco spóźnionego dnia dziecka. Niektórzy nie mieszkający
w okolicach Częstochowy pewnie myślą, że to była wyprawa do
Egiptu. Tam jest starożytna Aleksandria, która dawno już została
zniszczona. Tak mówi dziadek… Oprócz tego w tej Aleksandrii
powstała pierwsza na świecie biblioteka! Ale wszystko zostało
zniszczone. Dziadek mówił, że wtedy jak ktoś przyjeżdżał do
Aleksandrii z książką, to musiał ją
zostawić w Bibliotece
Aleksandryjskiej. Kopiści przepisywali książkę i dopiero wtedy
mogli ją oddać właścicielowi… Musiało to trwać dość długo,
ale wtedy nie było komputerów, skanerów, kserokopiarek… Nie było
też maszyn drukarskich. Wszystko musieli robić ludzie!
Do tej
częstochowskiej Aleksandrii pojechaliśmy naszym autobusem. Mama
usiadła za kierownicą. Tatuś byłby z niej dumny, bo przy nim to
nigdy nie chce prowadzić samochodu. Była też babcia Ania, dziadek
Janusz i Lenka. Kiedy jechaliśmy w Częstochowie obok kościółka i
cmentarza św. Rocha, dziadek się ożywił bardzo. I stwierdził, że
to musi być stary kościółek.
Babcia potwierdziła, i powiedziała,
że to jest kościółek św. Rocha i św. Sebastiana. Ile tych
świętych jest, muszę to kiedyś przeanalizować. Dziadek
powiedział, że ci dwaj święci mieli chronić ludzi przed
zarazami, czyli takimi brzydkimi chorobami. Mnie się Roch rymuje z
groch, a dziadek opowiadał, że ten Roch to był takim odważnym
chłopcem, który 700 lat temu pomagał zarażonym na dżumę ludziom
we Włoszech. Miał cudowną moc uleczania. W końcu sam zachorował
na dżumę, wtedy uciekł do lasu, by nie zarazić ludzi. Znalazł go
tam pies, który się nim zaopiekował i przynosił mu jedzenie. Roch
wyzdrowiał, ale kiedy wyszedł z lasu zatrzymali go żołnierze i
posądzając go o szpiegostwo zamknęli w więzieniu. Tam umarł w
osamotnieniu i zapomnieniu. Pamiętali o nim ludzie, którym uratował
życie. I dlatego w końcu został świętym. I do dzisiaj pamiętamy
o nim w Częstochowie!
W końcu
dojechaliśmy do częstochowskiej Aleksandrii. Dziadek zastanawiał
się skąd taka starożytna nazwa pod Częstochową? Okazuje się, że
to chyba nic starożytnego… Jak zakładali tę wieś, to nadali jej
nazwę na cześć cesarza rosyjskiego Aleksandra II. Nie bardzo wiem
o co chodzi, ale dziadek mówi, że kiedyś, gdy zlikwidowali Polskę,
to Częstochowa i okolice należały do Rosji.
Dojechaliśmy
w końcu do kręgielni… A tam Dziki Zachód! Kowboje, indiańskie
tipi, konie, pizza, malowanie twarzy, skoki na trampolinie! Suuuuper!
Tylko na Malwinkę nie mogłam się doczekać. Kiedy ona przyjechała,
to byłam już tak zmęczona, że nie bardzo wiedziałam czego chcę.
Już nic mi się nie podobało, popłakałam się jak mała dzidzia.
Ale wszyscy dzielnie znieśli moje fochy… Tylko dziadek, jak
popadałam w kolejne spazmy, to mówił, że on ma doskonałe
lekarstwo na moje zachowanie i pokazując na szeroki pasek, pytał
mnie czy może chciałabym je zażyć… Ach ten dziadek, taki
nienowoczesny, niczego nie rozumie! Przecież dzieci muszą kaprysić
i grymasić, muszą się wypłakać. To nasze prawo!
Ale wszystko się dobre skończyło wizytą w księgarni w Empiku.
Dostałyśmy z Lenką w sumie cztery książki… Ja trzy, a Lenka
jedną. Ona nie umie jeszcze czytać, a poza tym starsza jestem…
Teraz będziemy mieli co czytać. Starałam się wybrać książki
ciekawe i z dużymi literkami, żeby mama nie narzekała, że takie
małe literki mu si mi czytać…
A na
noc poszłam do babci Ani. Tam był dopiero prawdziwy luzik!
Majka
Wojtalówna


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz