CD Świąt
Ciąg dalszy...
Niedzielne popołudnie minęło dość tradycyjnie. Rodzice wiele godzin spędzili przy stole. My dzieci miałyśmy ciekawsze zajęcia (np. zalewałyśmy łazienkę). W poniedziałek trochę pochlapałyśmy się jak to bywa w Śmigus Dyngus. Mama zarzekała, się że wstanie pierwsza i nas obleje wodą. Koń by się uśmiał z jej obietnicy, ale na wszelki wypadek wstałam przed nią. Przydreptałam do sypialni rodziców bladym świtem zmoczyłam mamy dłoń, ona mi pogratulowała i poszłyśmy spać dalej. Przy i po śniadaniu dla podtrzymania świątecznych zwyczajów polało się już więcej wody, ale z kulturką.
Później zapakowaliśmy nasze rowery i pojechaliśmy na wycieczkę do lasu. Przyznam się, że z początku marudziłam. Bo do tej pory jeździłam po chodnikach, a tu nagle bita droga z kamykami, jakieś górki. Co to ma być? Rodzice wsiedli na duże rowery, a ja na swoim małym różowym rowerku musiałam machać moimi nóżkami 10 razy więcej niż oni. Jak ja się rozkręciłam w moim jęczeniu i stękaniu, to mamę krew zalała i też zaczęła marudzić. To był dopiero początek trasy i to tej lepszej. Skręciliśmy z głównej drogi, na bardziej piaszczyste leśne dróżki. Co chwilę się przewracałam i marudziłam na ten piach, na szyszki, na kierownicę (że sama skręca). Podczas przerwy zbudowaliśmy szałas (to chyba będzie taka nasza mała rodzinna tradycja, rok temu ulepiliśmy ze śniegu króliczka). Wtedy ucichły narzekania, aż Lena przypomniała sobie, że jest głodna. Jedyną niemarudzącą osobą był tata. On to nawet podczas budowy szałasu zachowywał zasady BHP, budował w kasku. W naszym leśnym domku bawiłyśmy się chwilkę bo nagle znalazłam tam pomarańczowego robaka i postanowiłam się wyprowadzić. Gdy wróciliśmy na główną leśną bitą drogę nic mi nie przeszkadzało ani górki, ani kamienie. To była wspaniała wyprawa (mam nadzieję, że mama nie dotrzyma słowa i mnie jeszcze weźmie na rowery).
Wieczorem doznałam szoku, Święta Wielkanocne 2014 się skończyły.
Brawo Maja! Zdjęcia piękne! Widziałem że Lena też pstrykała, ale jej fotografii nie było...
OdpowiedzUsuń